·•Zostanę mistrzem Pokemon 2 !!!•·



Rozdział 1 Rozdział 2 Rozdział 3 Rozdział 4 Rozdział 5 Rozdział 6 Rozdział 7
Rozdział 8 Rozdział 9 Rozdział 10 Rozdział 11 Rozdział 12 Rozdział 13 Rozdział 14 Rozdział 15 Rozdział 16 Rozdział 17 Rozdział 18 Rozdział 19 Rozdział 20 Rozdział 21 Rozdział 22 Rozdział 23 Rozdział 24 Rozdział 25 Rozdział 26 Rozdział 27 Rozdział 28 Rozdział 29 Rozdział 30 Rozdział 31 Rozdział 32 Rozdział 33 Rozdział 34 Rozdział 35 Rozdział 36 Rozdział 37 Rozdział 38 Rozdział 39 Rozdział 40 Rozdział 41 Rozdział 42 Rozdział 43 Rozdział 44 Rozdział 45 Rozdział 46 Rozdział 47 Rozdział 48 Rozdział 49 Rozdział 50 Rozdział 51 Rozdział 52 Rozdział 53 Rozdział 54 Rozdział 55 Rozdział 56 Rozdział 57 Rozdział 58 Rozdział 59 Rozdział 60 Rozdział 61 Rozdział 62 Rozdział 63 Rozdział 64 Rozdział 65 Rozdział 66 Rozdział 67 Rozdział 68 Rozdział 69 Rozdział 70


Rozdział 1 - Przypomnienie

Hej, pamiętacie mnie? Pewnie tak. A może nie... Może nie czytaliście pierwszej części moich przygód... A może tak! W każdym razie napiszę charakterystykę najważniejszych osób, które występowały w poprzedniej części. Zaczynamy!

Shubi - To ja. Tak naprawdę mam na imię zupełnie inaczej, ale nie lubię swojego imienia. Pochodzę z New Bark Town. Moim pierwszym Pokemonem był Totodile. Razem z Karolem, moim przyjacielem, postanowiliśmy zostać Mistrzami Pokemon. Wyruszyłem do Johto, a on do Kanto. Razem zdobyliśmy po osiem odznak i złapaliśmy mnóstwo Pokemonów. Spotkaliśmy się najpierw w Olivne, a potem w Lidze Pokemon. Karol przegrał ze mną w piątej rundzie, a ja dostałem się do szóstej rundy i zremisowałem z Olą. Lubię roślinne Pokemony, ale inne też.

Karol - Mój najlepszy przyjaciel. Tak jak ja wyruszył z New Bark Town, żeby zostać Mistrzem Pokemon. Jego pierwszym Pokemonem był Cyndaquil. Karol złapał dużo więcej Pokemonów ode mnie, ale moje były silniejsze, co potwierdziło się w piątej rundzie. Mój przyjaciel jest nieco narwany, ale da się lubić. Najbardziej lubi Pokemony wodne.

Chad - Chłopiec, którego spotkałem w Parku Narodowym. Pomógł mi pokonać Zespół R, a potem przyłączył się do mnie. Chad jest gadatliwy i nieco „upierdliwy”, ale da się lubić. Wie dużo o Pokemonach. Gloom, Voltorb, Snornut i mały Azurill - to jego Pokemony.

Sayo - Dziewczyna, którą spotkałem w Ecruteak. Pomogła mi pokonać Morty`ego. Zna bardzo dobrze historię swojego rodzinnego miasta. Jest bardzo nieśmiała i niepewna siebie, rzadko bierze udział w walce. Ma tylko Pokemony elektryczne: Jolteon, Ampharos i Lanturn.

Joey - Nie odgrywa znacznej roli. Pierwszy raz spotkałem go niedaleko Cherrygrove. Potem zobaczyliśmy się za Goldenrod i podróżowaliśmy do Ecruteak. Tam Joey został, kiedy my poszliśmy do Olivne. Potem znaleźliśmy go w Machogany, gdzie został, a ostatni raz spotkaliśmy się w Lidze Pokemon, gdzie mi kibicował. Ma kilka Pokemonów: Raticate, Mareep, Skiploom, Aipom i Magmar.

Mike - Odgrywa rolę jeszcze mniejszą niż Joey. Pożyczyłem mu Sandshrewa, żeby mógł pokonać jednego chłopca, a potem Pokemon już z nim został. Potem Mike pojawia się jeszcze na zawodach Ligi Pokemon, gdzie oddaje mi Sandshrewa już przemienionego w Sandslash. Po zawodach Mike wraca do swojego domu, razem z Sandslashem.

Zespół R - Mitch i Gina. Za wszelką cenę starają się mi zabrać Feraligatra i inne Pokemony. Są bardzo źli, posuną się nawet do morderstwa. Mitch ma Machopa i Weezinga, a Gina posiada Golbata i Drowzee.

To tyle na temat najważniejszych postaci. Teraz przedstawię najważniejsze Pokemony:

Feraligatr - Mój pierwszy Pokemon. Łączy mnie z nim wielka przyjaźń. Feraligatr nie wchodzi do Pokeballa. Wypuściłem tego Pokemona niedaleko Machogany, ale wrócił do mnie niezwykle poraniony niedaleko Blackthorn. Wiem, że Feraligatr zostanie ze mną na zawsze.

Charizard - Pokemon, którego dostałem od profesora Oaka, kiedy był jeszcze Charmanderem. Jest to mój drugi najlepszy Pokemon. Charizard jest bardzo łagodny, ale potrafi dobrze walczyć. Jest zaprzyjaźniony z Feraligatrem.

Rogacz - Tauros. Pokemon po przejściach - najpierw dostał się w łapy Zespołu R, potem trafił do Sama Mc`Banneta, a na koniec do mnie. Ma dodatkowy typ - ciemność. Marzeniem Rogacza było wrócenie do stada. Spełniło się niedaleko Blackthorn. Wypuściłem tam tego Pokemona, ale Rogacz wrócił, żeby mi pomóc w Lidze. Potem znowu odszedł.

Bagon - Złapałem tego Pokemona zaraz za Machogany. Jego marzeniem jest latać. Żeby to się spełniło, Bagon musi ewoluować w Shellgona, a potem w Salamence`a. Ten Pokemon jest bardzo silny, jego najlepszy atak to atak czachą.

Oczywiście mam jeszcze dużo Pokemonów, ale te są najważniejsze. Moja pierwsza przygoda skończyła się tym, że zostałem pół-mistrzem. Co przyniesie mi druga przygoda?

Powrót do góry

Rozdział 2 - Do Kanto!!!

Kiedy otworzyłem oczy, od razu usiadłem na łóżku.
- Oj, przepraszam, Bagon!
Bagon, który zawsze spał na mojej kołdrze, jak co rano zleciał, kiedy wstawałem. Ubrałem się szybko w „standardowe ubranie trenerskie Shubiego”, na szyję założyłem dwa amulety i kopiąc niechcący leżącego na podłodze Bagona zszedłem po schodach na śniadanie. Po drodze potknąłem się o Furreta, który zawsze leżał na którym ze stopni. Minęło już pięć miesięcy od zakończenia Ligi Pokemon. Miałem już prawie dwanaście lat. Tęskniłem już do jakiejś przygody... Stanąłem w kuchennych drzwiach. Mamy jak zwykle nie było. Tylko Adam, mój brat, siedział przy stole i dokarmiał Gligara kanapkami. Na szybko przygotowałem sobie jakieś śniadanie i połknąłem je. Właśnie tak, nudno, wyglądało moje życie od tych pięciu miesięcy. Marzyłem, żeby się gdzieś wyrwać! Nagle zadzwonił dzwonek do drzwi. Poszedłem, żeby otworzyć. Żeby dostać się do drzwi należało najpierw obudzić Espeona, więc zrobiłem to. Za drzwiami stał Karol. Jak zwykle ucieszyłem się, gdy go ujrzałem.
- Hej, Shubi! Nudzisz się?
- A jak sądzisz? Jasne...
- Chodźmy do laboratorium profesora Elma!
- No dobra. Zobaczę, jak tam Gengar, Feraligatr, Sharpedo, Charizard i Hitmonchan.
Założyłem buty i wyszedłem.
- Czy ty też przypadkiem nie tęsknisz do jakiejś przygody?
- Tak... Nuda tu... Muszę zacząć z powrotem zbierać odznaki... A jak z tobą, mistrzu? Pewnie założysz swój własny stadion?
- Ile razy mam Ci powtarzać, że nie jestem mistrzem, tylko pół-mistrzem?!
- Ale przecież masz puchar i odznakę...
- I co? Nie czuję mistrzem. Mów jak dawniej: Shubi.
- OK., mis... znaczy, Shubi.
Doszliśmy właśnie do laboratorium. Weszliśmy bez pukania, jak zwykle. Profesora nie było w pierwszym pomieszczeniu, ale na pewno był w drugim. Weszliśmy tam. Mieliśmy rację. Profesor był tam. Razem z Hitmonchanem. Pokemon do całego ciała miał poprzyczepiane kabelki i uderzał w manekina. Na ekranach komputerów pokazywały się jakieś wykresy. Profesor nas zobaczył.
- Hej, Shubi, Karol! Witajcie! Co słychać?! Właśnie eksperymentuję, z jaką siłą może uderzyć Hitmonchan. Dość już, Hitmonchan!
- Hit!
Pokemon zdjął kabelki i podszedł się przywitać.
- Shubi, Karol, zanalizowałem wasze Pokedexy. Wychodzi na to, że Shubi złapał osiemnaście Pokemonów, a Karol czterdzieści dwa! A ciekawsze jest to, że Shubi zarejestrował blisko sto Pokemonów, a Karol tylko sześćdziesiąt! Proszę, wasze Pokedexy.
- Dziękuję.
- Dzięki.
Odebraliśmy nasze encyklopedie Pokemonów.
- Profesorze, a gdzie reszta moich Pokemonów?
- Są na dworze, jak zwykle.
- Dziękuję.
Podczas, gdy Karol rozmawiał z profesorem o Pokemonach, ja wyszedłem na zewnątrz. Charizard spał na trawie. Gengar obok niego. W stawie pływał Feraligatr razem z Sharpedo. Uśmiechnąłem się widząc moje najsilniejsze Pokemony. One ucieszyły się na mój widok.
- Wezmę was dziś ze sobą.
Mówiąc to zawróciłem wszystkie Pokemony do Pokeballi, albo w przypadku Gengara do Miłyballa. Feraligatr wyszedł ze stawu. Wróciłem do profesora. Pogadaliśmy chwilę o mało ważnych sprawach, po czym razem z Karolem wyszliśmy. Tak mniej więcej wyglądało moje codzienne życie. Ale to się na szczęście miało zmienić! Wszedłem razem z towarzyszami do domu. Moja mama już wróciła. Ucieszyła się na mój widok.
- Witaj, Shubi, Karol, Feraligatr! Jak tam? Nuda, jak zwykle?
- Tak...
- Siadajcie.
Usiedliśmy przy stole.
- Marzy wam się jakaś przygoda?
- Taaak... Jak nie wiem... Tu wieje nudą...
- I właśnie mam dla was coś takiego. Wiecie, byłam na poczcie i...
Wyjęła z torebki kopertę.
- Shubi, twój tata przysłał cztery bilety do Kanto. Chciałby, żebyś go odwiedził. Chcesz jechać?
- Co?! Jasne! Do Kanto?! Pewnie!!!
- A ty, Karol, też pojedziesz z Shubim?
- Tak, jeśli mogę...
- Oczywiście, że możesz.
- Ale, mamo... Bilety są cztery... Kto jeszcze jedzie?
- Właśnie. Ponieważ napisałam twojemu tacie list o twoich przyjaciołach, przysłał cztery bilety. Może Sayo i Chad się z wami wybiorą?
- Tak! Chad i Sayo! Już dawno ich nie widziałem! Ale jak oni tu przyjdą?
- Bilety są na statek odpływający z Olivne. Po drodze możecie wpaść po Chada i Sayo.
- Jasne, tak zrobimy! Ale to długa droga... Z samego Cherrygrove szedłem do Ecruteak cztery miesiące... A co dopiero do Olivne...
- Shubi, nie musimy iść przez Azalea i inne! Znacznie skrócimy sobie drogę przez Smile Town!
- Jasne! A więc, kiedy ruszamy?!
- Jutro Ci pasuje?
- Jasne! Mógłbym nawet dzisiaj!
- Dzisiaj nie możesz, Shubi! Przygotuj się!
- Jasne.
- Ja już idę, proszę pani. Muszę się przygotować. Cześć, Shubi!
- Cześć, Karol!
Wyszedł. A ja popędziłem na piętro, żeby się spakować. Po drodze jak zwykle potknąłem się o Furreta, ale mnie to nie obchodziło. Nareszcie jakaś przygoda!!!

Powrót do góry

Rozdział 3 - Wyruszamy!

Zerwałem się z łóżka o szóstej, chociaż nie wiedziałem, po co. Spakowany byłem od poprzedniego dnia. Nawet Pokeballe sobie przygotowałem. A w podróż brałem Feraligatra, Charizarda, Bagona, Sharpedo i Gligara. Jedno, szóste miejsce zostawiłem sobie wolne. Właściwie wszystko miałem, tylko jeszcze jedną rzecz musiałem wziąć. W tym celu udałem się w najcieplejsze miejsce mojego pokoju. Zajrzałem za piec. Tam, w małym zawiniątku spoczywało jajo mojego pierwszego Pokemona - Feraligatra. Wziąłem je, bo wiedziałem, że mój Pokemon nigdzie się bez niego nie ruszy. Ostrożnie włożyłem jajo do wypakowanego plecaka. Do paska przyczepiłem sobie cztery Pokeballe i obudziłem Feraligatra, który jeszcze spał. Chciałem wyruszyć już w tej samej chwili, ale wiedziałem, że muszę się pożegnać i przede wszystkim poczekać na Karola. Zszedłem cicho po schodach i przygotowałem sobie śniadanie. Dałem też jeść wszystkim Pokemonom. Zajęło to trochę czasu, bowiem potężny Charizard, czy Feraligatr musi sobie podjeść. Zastanawiałem się, czy kiedyś nie zbankrutujemy... W końcu wybiła godzina siódma. Usłyszałem dwa budziki - jeden mojej mamy i drugi Adama. Po chwili oboje byli na dole. Zdziwili się, że byłem już gotowy. Do godziny ósmej zdążyłem się pożegnać i wyszedłem z domu. Mama kazała mi zadzwonić, kiedy dotrę do Kanto.
- Chodź, Feraligatr!
Poszedłem najpierw w stronę domu Karola. Zadzwoniłem. Otworzył mi mój przyjaciel we własnej osobie. Też już był od dawna gotowy. Razem wyszliśmy i skierowaliśmy się na zachód, do Cherrygrove.
- Hej, Shubi, Karol!!! Poczekajcie!!!
Odwróciliśmy się. Ku nam biegł profesor Elm. Zatrzymaliśmy się. Kiedy dobiegł, dyszał przez chwilę, po czym się wyprostował i powiedział:
- Słyszałem, że wyruszacie do Kanto!
- Tak jakby, najpierw do Olivne...
- Tak, tak, na statek. Czy odwiedzilibyście Pallet? Dałbym wam coś dla profesora Oaka...
- Czemu nie... W sumie, możemy. Chętnie odwiedzę Pallet, a Charizard się ucieszy, że zobaczy profesora.
- Świetnie, dziękuję.
Profesor podał Karolowi pudełko. Mój przyjaciel schował paczkę do plecaka.
- Dziękuję wam jeszcze raz i powodzenia. Pozdrówcie profesora Oaka ode mnie!
- Dobrze, profesorze.
Uczony uścisnął nam dłonie, po czym odszedł do swojego laboratorium, a my ruszyliśmy w drogę.

***

Szliśmy przez kilka dni, aż w końcu dotarliśmy do Cherrygrove. Nie zatrzymaliśmy się tam, tylko od razu ruszyliśmy dalej. Chcieliśmy jak najszybciej dotrzeć do Olivne. Dlatego podróżowaliśmy bardzo szybko. Któregoś dnia idąc tak, zobaczyliśmy, że ktoś idzie z przeciwnej strony. Tak, to nic dziwnego, ludzie chodzą ścieżkami, ale to była osoba znajoma. Kiedy nas zobaczyła, natychmiast zaczęła biec w naszym kierunku. My też biegliśmy na spotkanie tej osoby. Kiedy się spotkaliśmy, przed naszymi oczami stał niski chłopiec, o czarnych włosach, ubrany w za dużą niebieską bluzę i czarne spodnie, ledwie wystające spod bluzy. Na plecach miał zielony plecak, a na rękach trzymał Azurilla.
- Cześć, Chad!
- Cześć, Shubi, Karol!
- Co słychać? Jak żyjesz?
- A tak, jakoś... Właśnie szedłem do New Bark Town!
- To dobrze, że się spotkaliśmy! Bo właśnie wyruszamy w kolejną podróż!
- Tak? Super! Gdzie tym razem? Będziecie zdobywać odznaki? Chcecie zostać Mistrzami Pokemon? Macie jakieś nowe Pokemony? Jak się miewa Feraligatr? Czy z jaja coś się wykluło?
Chad zadawał pytanie po pytaniu, aż w końcu przestał, bo musiał odpocząć.
- Wyruszamy do Kanto, ale nie będziemy zbierać odznak. Wybieramy się, żeby odwiedzić mojego tatę i przy okazji profesora Oaka.
- Naprawdę?! Ja nie mogę, ale super! Zobaczycie się z profesorem Oakiem?! Mogę iść z wami?!
- Jasne, chcieliśmy Cię zaprosić.
- Super! Chodźmy!
Chad ruszył w stronę, z której przyszliśmy.
- Hej, Chad, my nie tam! Stamtąd przyszliśmy!
- Co? Ale przecież Kanto jest na wschód...
- Tak, ale my idziemy do Olivne. Do Kanto popłyniemy statkiem.
- Super! Jeszcze lepiej!
Ruszyliśmy w drogę. Chad trajkotał cały czas o różnych rzeczach.
- Słuchajcie, wiecie co? Słyszałem, że w ruinach świątyni coś odkryto, coś ekscytującego! Może zboczymy trochę z drogi i zajdziemy?
- Nie wiem...
- Oj, Shubi! To nie będzie długo trwało, a możemy się czegoś dowiedzieć. Może odkryto jakiś nowy gatunek Pokemona?
- Może... Shubi, on może mieć rację, zajrzyjmy do ruin! Możemy się czegoś ciekawego dowiedzieć!
- No dobra... Ale nie będziemy tam długo!
- Jasne!
W ten sposób droga do Olivne trochę się wydłużyła, ale co mi tam! Ta wyprawa jest coraz bardziej ekscytująca!

Powrót do góry

Rozdział 4 - Tajemnica pokemonowych ruin

Chad miał rację, nie było to daleko. Po dwóch dniach doszliśmy do ruin. A po dokładniejszym przestudiowaniu mapy okazało się, ż teraz nawet będzie bliżej do Ecruteak. Ucieszyłem się, że zobaczymy coś ciekawego i jednocześnie nie spóźnimy się na statek. Niestety, coś poszło nie tak.
- Niestety, nie możecie wejść.
- Co?
- Dlaczego?
- To nie fair!
- Przepraszam, nikogo nie wpuszczamy. Taki dostałem rozkaz.
Strażnik nie chciał nas wpuścić. Miałem już się wkurzyć na Chada za stratę czasu, ale Chad był szybszy.
- A może nam pan chociaż powiedzieć, co zostało odkryte?
- A, tak. Archeolodzy odkryli jakieś puzzle, ułożyli je i jedna ze ścian się trochę podniosła. To wszystko. Teraz planują tam wejść, ale to trochę potrwa.
- A ile? Z godzinę?
- Co najmniej tydzień.
- CO?! Dlaczego tak długo?
- Muszą dostać pozwolenie, zdobyć sprzęt, kamery itd.... Trochę to potrwa. No, dzieci, idźcie sobie.
Poszliśmy. Kiedy znikliśmy za jakimś krzakiem, chciałem wybuchnąć. Wiadomo na kogo.
- CHAD!!!
- Nie martw się. Nie wiem, jak wy, ale ja tam idę.
- Jak? Teraz?
- Tak. Bardzo chcę iść z wami do Kanto, ale też bardzo chcę zobaczyć, co odkryto.
- Jak to?
- A tak. Poczekam do wieczoru i wejdę tam.
- Jesteś szalony! Przecież na pewno jakoś tego strzegą!
- Tak, ale poradzę sobie. Idziecie ze mną?
- Wiesz, Chad, że my zawsze jesteśmy z tobą. Jaki masz plan?

***

Poczekaliśmy do wieczora. Chad ustalił, że Feraligatr odwróci uwagę stróżów, a my przez ten czas wejdziemy do ruin. Feraligatr chętnie na to przystał. Wiedzieliśmy, że i tak nie przeciśnie się przez dziurę, o której mówił strażnik. Kiedy słońce zaszło, Feraligatr poszedł. Po chwili usłyszeliśmy, że gonią go strażnicy. Wtedy wyszliśmy z ukrycia. Ruiny wyglądały imponująco w ciemnościach. Aż strach było wejść. Ale się przełamaliśmy, bo słychać było, że strażnicy wracają i narzekają na „te irytujące Pokemony”. Szybko weszliśmy do jaskini. Na ścianach było mnóstwo rysunków Pokemonów i ludzi. Gdyby było więcej czasu, bardzo chciałbym to obejrzeć. Ale nie było. Szybko przeszliśmy przez pierwsze pomieszczenie. Drugie było bardzo małe i na oko puste. Na środku stało coś w rodzaju stołu, a na nim ułożone puzzle przedstawiające Pokemona - ptaka. Za stołem była lekko podniesiona ściana. Dorosły nie wszedł by tam, ale my mogliśmy. Chad przecisnął się pierwszy. Za nim ja, a na końcu Karol. Wewnątrz było prawie zupełnie ciemno. Dojrzeliśmy, że przed nami były trzy korytarze.
- I co teraz, geniuszu?
- Rozdzielmy się.
- Wiedziałem, że to powiesz. Pamiętasz, jak błądziliśmy w górze Mortar?
- Pamiętam, ale tu to nam nie grozi. Ja pójdę środkowym korytarzem.
- OK., Shubi, ja lewym.
- No to ja prawym.
Poszliśmy swoimi korytarzami. Było zupełnie ciemno. I mokro. Trzeba było uważać, żeby się nie przewrócić.
- No jasne! Czemu wcześniej nie pomyślałem?! Charizard, wychodź!
Pokemon wyszedł z Pokeballa. Płomień na jego ogonie od razu oświetlił korytarz. Kilka Zubatów wiszących na suficie obudziło się i odleciało.
- No tak. Skoro Zubaty tu wleciały, to wiem, że przynajmniej jest stąd wyjście. Prowadź, Charizard.
Szliśmy tunelem, aż w końcu doszliśmy do pomieszczenia przypominające tamto z puzzlami. W tym też były puzzle. Podszedłem do nich. Miały mnóstwo elementów. Podniosłem jeden. Puzzle miały formę kwadracika o wymiarach około 1 centymetr na 1 centymetr. Odłożyłem go na miejsce. Odetchnąłem głęboko. Mogłem albo spróbować je ułożyć, albo odejść. Zawsze byłem dobry w układaniu puzzli.
- Poświeć tu, Charizard.
Pokemon przysunął ogon. Zacząłem układać. Oczywiście, byłoby to prostsze, gdybym wiedział, co ma z tego wyjść. Przekładałem puzzle, ale nic mi nie wychodziło. Nagle kichnąłem. Spadł kurz na ścianie przede mną. Zobaczyłem tam część napisu. Starłem resztę kurzu i przeczytałem napis: „POKEMON TEN ŻYŁ DAWNO TEMU W OCEANACH. OCZY NA JEGO MUSZLI SKANOWAŁY WODĘ”.
- Z tych puzzli musi wyjść Pokemon. Chyba wiem, jaki.
Otworzyłem Pokedex i przeczytałem na głos opis. Pokedex wyrecytował:
- Kabuto, Pokemon skorupiak.
- Kabuto! Wiedziałem!
Bardzo szybko ułożyłem Kabuto, bo teraz było to dużo prostsze. Kiedy obrazek było gotowy, podłoga pode mną otworzyła się. W jednej sekundzie wpadłem do jeszcze jednego pomieszczenia.
- No super, jak stąd teraz wyjdę?
- No, nareszcie jesteś.
- Co?
Podniosłem głowę. Przede mną siedział Chad.
- Eee? Chad?
- Niop. Czy masz pojęcie, ile czasu na Ciebie czekam?
- Nie...
- No widzisz. A widzisz tą dźwignię?
- Tak, to widzę.
- Kiedy ja wpadłem pojawiła się druga. A teraz, kiedy ty wpadłeś, pojawiła się trzecia. Niech zgadnę, ułożyłeś puzzle?
- Taaak... Moje były z Kabuto.
- A moje z Aerodactylem. No więc, wnioskuję, że zaraz odwiedzi nas Karol.
Chad miał rację. Po chwili przez dziurę w podłodze wpadł Karol, a przez tunel, którym ja przybyłem, wleciał Charizard. Kiedy tylko Karol upadł, na ścianie pojawiła się czwarta dźwignia.
- I co teraz?
- Kiedy byłem tu sam, próbowałem nacisnąć te dźwignie, ale nie mogłem. Były zablokowane. Może teraz spróbujmy?
Każdy z nas złapał za jedną z dźwigni.
- I co teraz? Jedna została!
- No fakt... Charizard, pociągnij czwartą dźwignię!
Pokemon posłusznie pociągnął za drążek. Wtedy ja i reszta pociągnęliśmy swoje. Wszystkie naraz dały się opuścić. Nagle ziemia zaczęła się trząść. Ściana przed nami rozsunęła się. Tak samo sklepienie. Otworzył się wielki dół, przypominający pułapkę. Na samym dole leżał Pokemon przypominający ptaka. Wyjąłem Pokedex.
- Brak danych. To jest Pokemonem, ale musi zostać zidentyfikowane.
- Oj, chyba odkryliśmy nowy gatunek Pokemona!
- Niemożliwe! Ktoś go tu uwięził, więc ludzie na pewno widzieli go wcześniej.
W tym samym momencie Pokemon podniósł się i rozpostarł swoje wielkie, piękne, srebrne skrzydła. Wzleciał w powietrze. Przysiągłbym, że kiedy koło mnie przelatywał, usłyszałem w mojej głowie: „DZIĘKUJĘ...”. Staliśmy i patrzyliśmy, jak tajemniczy Pokemon Odlatuje. W tym samym momencie ruiny zaczynały się z powrotem zamykać.
- Szybko, wydostańmy się stąd! Naukowcy na pewno słyszeli ten cały hałas! Znajdą nas i będą kłopoty!
- Racja! Idź, Kadabra! Teleportacja!!!
Karol wybrał Kadabra. Jego Pokemon teleportował nas do lasu. W tym samym momencie ruiny się zamknęły i wyglądały zupełnie tak, jak przedtem.
- I co, Shubi, warto było przyjść?
- Jasne, ale znajdźmy Feraligatra i spadajmy stąd! Ciągle nie jesteśmy bezpieczni! Przecież troje dzieciaków nie widuje się często w nocy przy takich ruinach. Mogą być kłopoty.
- Racja.
Szybko odnaleźliśmy Feraligatra, który siedział na polanie i ściskał plecak z jajem. Szybko odeszliśmy stamtąd w stronę Ecruteak. Zastanawiałem się, co to był za Pokemon, ale jedno wiedziałem. Był nam bardzo wdzięczny.

Powrót do góry

Rozdział 5 - Złap robaka!

Nie ochłonęliśmy jeszcze po przygodzie w Pokemonowych ruinach. Wszyscy zastanawialiśmy się, co to był za Pokemon. Chad mówił, że to na pewno był Articuno. Nie zgadzałem się z nim. Articuno już widzieliśmy, kto by chciał go więzić? Na pewno nie był to Articuno, ale co to było, to nie wiedziałem. Byliśmy już w połowie drogi do Ecurteak, to znaczy blisko Goldenrod. To tam poznałem Chada.
- Hej, Shubi, pamiętasz Park Narodowy? - Chłopak wypowiedział moje myśli.
- Niop, pamiętam.
- Może tam zajdziemy?
- A po co?
- Bo wiesz... Rozgrywają się tam zawody w łapaniu Pokemonów - robaków. Może byśmy spróbowali?
- Słuchaj, Chad. - Powiedziałem stanowczo. - Przez Ciebie mamy opóźnienia, bo zaciągnąłeś nas do ruin. A teraz chcesz, żebyśmy szli do Parku Narodowego?
- Tak. Przecież nie straciliśmy czasu. To nawet trwało krócej. Poza tym, możesz złapać jakiegoś rzadkiego Pokemona w Parku!
- Ech... No dobra, wygrałeś...
- TAAAK!
Chad aż podskoczył. Następnego dnia doszliśmy do Parku. Przy wejściu chodzili ludzie przebrani za robaki Pokemon. Podszedł do nas Beedrill.
- Hej, nie chcecie wziąć udziału w zawodach łapania robaków?
- Chcemy. Po to przyszliśmy.
- Dobrze, możecie wejść.
- A ile płacimy?
- Nic. - Powiedział śmiejąc się Beedrill. - W zawodach za darmo biorą udział tylko dzieci w wieku do 14 lat. Starsi muszą płacić. Dorośli nie mogą brać udziału w konkursie.
- Fajnie! - Powiedzieliśmy chórem.
Każdy z nas dostał bilecik z numerem startowym. Zgłosiliśmy się i dostaliśmy po jednym Parkballu.
- Tylko tym Parkballem możecie łapać robaki. Macie tylko jeden, więc porządnie się zastanówcie, jakiego Pokemona łapać! Poza tym, do łapania możecie użyć tylko jednego Pokemona, resztę musicie zostawić u mnie.
- Dobrze. Ja biorę Glooma.
- OK., ja Bulbasaura.
- A ja... Eee... Feraligatra.
Zostawiliśmy w recepcji wszystkie pozostałe Pokemony i odeszliśmy..
- No, Chad, jakiego robaka złapiesz?
- Nie wiem... Ale na pewno wygram! Trzeba złapać rzadkiego Pokemona, na wysokim poziomie i zdrowego. Wtedy się wygra. Pożegnaj się z pierwszym miejscem, Shubi! Tylko Ci, co zajęli pierwsze trzy miejsca mogą zatrzymać złapanego Pokemona!
- OK. Ale ja też mogę wygrać, wiesz o tym.
- Jasssssne.
Gadając w ten sposób doszliśmy do linii startu. Za linią był las pełen robaków Pokemon. Sędzia podniósł do góry pistolet (na kapiszony, oczywiście, to nie jest brutalna opowieść!) i wystrzelił. Około czterdziestu uczestników, w tym my, pobiegło do lasu. Stanąłem przy drzewie.
- Feraligatr, tam muszą być jakieś Pokemony! Uderz je!
- Feeeeeer!
Pokemon rozpędził się i uderzył barkiem drzewo. Z korony odleciało kilka przestraszonych Pidgey`ów.
- Nie ma mowy, tam musi być coś jeszcze! Uderz!
Pokemon jeszcze raz uderzył drzewo. Cisza. Po chwili coś spadło.
- Hej, to Pokemon - robak! Heracross!!!
- Heer!
- Fer!
- Feraligatr, wodna broń!
Pokemon odrzucił wodną bronią Heracrossa na drzewo.
- Dobrze, Feraligatr, teraz gryź!
Feraligatr dotkliwie pogryzł przeciwnika.
- Dobrze, teraz moja kolej! Parkball... Zaraz, a który on ma poziom? Pokedex, mów!
- Poziom Pokemona Heracross - 9.
- Tylko 9? Nie, nie opłaca się łapać...
W tym momencie Pokemon się ocknął i uciekł.
- Ech... Zawsze chciałem mieć Heracrossa... Trudno... Chodź, Feraligatr, poszukamy jeszcze!
Razem z Feraligatrem szukaliśmy Pokemonów przez najbliższą godzinę. Pokonaliśmy mnóstwo Metapodów, Kakun, Caterpie i Weedlów. Raz tylko spotkaliśmy Venomotha, ale on był zbyt słaby. Nagle usłyszałem jakieś krzyki. Zajrzałem za krzak, zza którego dochodziły. Był tam Chad i skakał do góry. W ręku trzymał Parkball.
- Hura! Hura! HURA!!! TAAAAAK! MAM!!!
- Co masz? - Spytałem zaciekawiony.
- MAM! Złapałem Pineco na 24 poziomie!!! Mówię Ci, ale super!!! Teraz na pewno wygram!
- Pineco?
- Pineco, Pokemon szyszka. Ten Pokemon zwiększa swoją wagę poprzez utwardzanie ciała. Jego ciężar nigdy nie jest taki sam, gdyż Pineco ciągle przybiera na wadze.
- Oho... Ja też muszę złapać szybko jakiegoś robaka...
- A co, nie złapałeś jeszcze żadnego?
To przyszedł Karol, również zwabiony krzykami Chada.
- Nie... Spotkałem tylko Heracrossa i Venomotha, ale pierwszy był na 9 poziomie, a drugi na 12. Nie opłacało się łapać...
- Rzeczywiście... Ja złapałem Parasecta na 21 poziomie i myślę, że mam szansę na zwycięstwo.
- Idę, muszę coś złapać... Zostało 15 minut...
Pod tym pretekstem ja i Feraligatr znikliśmy za drzewami.
- Uff... Feraligatr, musimy szybko złapać jakiegoś Pokemona!
- Fer!
Ja i mój Pokemon wzięliśmy się do dzieła. Ale prześladował nas pech. Tym razem spotkaliśmy tylko i wyłącznie Ledyba. Zostało 5 minut, rozważałem nawet jej złapanie, choć była na 13 poziomie... Nagle Ledyba odleciała. Musiała się czegoś przestraszyć. Ale czego? Dowiedziałem się zaraz. Zza krzaka wyszedł powoli olbrzymi Pokemon - modliszka.
- Ua! Scyther!
- Scyther, Pokemon modliszka. Zwinny i szybki jak ninja, potrafi sprawić wrażenie, że jest więcej niż jeden.
- Super! Poziom!
- Poziom Pokemona Scyther - 26.
- Świetnie! Mam 4 minuty na złapanie go! Muszę przynajmniej spróbować! Idź, Feraligatr!!!
Scyther na widok przeciwnika przyjął pozycję mającą na celu odstraszyć Feraligatra.
- Feraligatr, nie poddawaj się!!! Wodna broń!!!
Pokemon wystrzelił wodę, ale Scyther skutecznie ją zablokował. W następnej chwili zaatakował szybkim atakiem.
- Nie poddawaj się, Feraligatr!!! Teraz lodowa pięść!!!
Feraligatr zamachnął się i trafił Scythera. Pokemon jednak nie miał zamiaru się jeszcze poddać. Użył ataku cięcia na Feraligatrze.
- Jeszcze została minuta, Feraligatr!!! Pokonasz go!!! Gryź!!!
Na nasze nieszczęście, Scyther użył podwójnej drużyny. Dookoła Feraligatra pojawiło się mnóstwo Scytherów.
- No nie!!! Zrób coś, Feraligatr!!!
- Fer!!!
40 sekund... Nagle Feraligatr postanowił użyć strasznej miny. Scyther zatrzymał się ze strachu.
- Teraz, Feraligatr, WODNA POMPA!!!
Pompa odrzuciła Scythera na drzewo, niemal je łamiąc. Pokemon próbował się podnieść, ale upadł.
- 10 sekund! IDŹ, PARKBALL!!!
Parkball poleciał w kierunku Scythera i zamknął go. Teraz zaczął się trząść. Ostatnie sekundy mijały... Parkball ciągle się trząsł... 5... Ciągle... 3... Jeszcze... 2... 1... Przestała. W tym samym momencie zabrzmiał dzwonek oznajmiający koniec zawodów.
- Feraligatr, udało się nam! Dzięki!!!
- Fer!!!
Zabrałem Parkball i pobiegłem do recepcji. Pani wzięła mojego Pokemona, wsadziła go do komputera, po czym oddała mi.
- Ogłoszenie wyników za pięć minut.
- Dziękuję.
W miejscu, gdzie podawano wyniki, spotkałem Karola i Chada.
- Hej, jak było? Złapałeś coś?
- Tak, nie uwierzycie, złapałem Scythera!!!
- Niemożliwe! Jak...
- Cisza, wyniki!
Na podwyższenie wszedł jakiś człowiek i zaczął mówić do mikrofonu.
- A teraz podajemy wyniki konkursu na łapanie robaków. Miejsce trzecie i Gold Berry zajmuje Karol za złapanie Parasecta! Jego poziom to 21, punkty zdobyte - 325...
- Niemożliwe! Zająłem trzecie miejsce! - Karol nie mógł uwierzyć.
- Dobra, słuchamy dalej!
- ...Miejsce drugie otrzymuje Mindy za złapanie Butterfree! Jej poziom to 23, punkty zdobyte - 401...
- Teraz będę ja! - Chad był pewny siebie. - Zobaczycie!
- ...I miejsce pierwsze i Kamień Słoneczny otrzymuje... uwaga, uwaga... Shubi!!! Shubi złapał Scythera na poziomie 26, co dało mu 448 punktów! Prosimy zwycięzców!
Nie mogłem uwierzyć, że wygrałem. To niewiarygodne! Myślałem, ze złapałem Scythera za późno. Ale trudno. Wszedłem razem z Karolem i jakąś dziewczyną - Mindy na podwyższenie. Otrzymaliśmy Pokeballe na nasze nowe Pokemony i nagrody. Cieszyłem się bardzo.

***

- Dobrze, profesorze, tylko opiekuj się nim! Może być kapryśny!
- Poradzę sobie, Shubi! Powodzenia! Dziękuję, teraz mogę badać Scythera!
- Dobrze. Kończę.
Odłożyłem słuchawkę Videofonu. Chad był na mnie bardzo obrażony. Chciał wygrać, ale się rozczarował.
- Słuchaj, Chad... Przepraszam...
- Nie szkodzi... Ale to ja chciałem wygrać! Myślałem, że taki poziom wystarczy! I nawet nie mogłem zatrzymać Pineco!
- Przykro mi...
Nagle przypomniałem sobie o Kamieniu Słonecznym. Wyjąłem go. Przypominał słońce z kamienia.
- Proszę, Chad. Mnie się nie przyda, weź go!
- Ale... Nie mogę... - Powiedział Chad, ale widziałem, że oczy mu się zaświeciły.
- Bierz! Scyther to dla mnie wystarczająca nagroda!
- Jej... Dzięki, Shubi, jesteś najlepszym kumplem!
- Spoko!
Chłopak, teraz już uśmiechnięty od ucha do ucha, wziął Kamień i ostrożnie wsadził go do plecaka. Staliśmy jeszcze chwilę w tamtym miejscu. Po jakimś czasie odeszliśmy. Do Ecruteak był jeszcze kawał drogi.

Powrót do góry

Rozdział 6 - W Ecruteak

Po tylu trudach dotarliśmy do Ecruteak. Miałem jakiś sentyment do tego miasta, kojarzyło mi się ze złapaniem Hauntera, z Odznaką Mgły i oczywiście z Sayo. Kiedy weszliśmy do tego miasta, od razu chciałem iść poszukać naszej przyjaciółki, ale Karol, który był pierwszy raz w Ecruteak, bardzo chciał pozwiedzać. Przystaliśmy na to. Pamiętałem, co mówiła mi kiedyś Sayo o Ecruteak, więc powiedziałem to Karolowi. Pokazałem mu też Cynową Wieżę i Spaloną Wieżę.
- I co, Karol? Jak Ci się podoba?
- Super! Nie wiedziałem, ile tracę, nie podróżując po Johto!
- Ha! Ale przecież w Kanto też jest dużo ciekawych rzeczy, co?
- Tak, na przykład muzeum skamieniałości w Pewter City...
- Chciałbym to zobaczyć!
- Shubi, może chodźmy do Sayo!
- A, jasne!
Idąc w kierunku domu Sióstr Kimono, minęliśmy arenę Ecruteak.
- Poczekajcie, muszę tu wejść!
- OK., Shubi! Ech... Sentyment...
- Macie coś przeciwko?!
- Eeee... Nie, Skądże!
- Ha!
Wszedłem na arenę.
- Heeeej, Morty!!!
Cisza. Tylko mój głos odbijał się echem.
- Co ja słyszę? Znajomy głos! Czy to może być...
Zza drzwi wyszedł Morty, lider sali w Ecruteak.
- Och! Toż to sam Mistrz Pokemon!
- Ahgr!!! Nie jestem Mistrzem!
- Więc to, co było w telewizji, to nie była prawda?
- Nie... No, była, ale ja zremisowałem. Nie jestem Mistrzem...
- Dobrze... Co Cię sprowadza do Ecruteak?
- Dziewczyna.
Morty się zakrztusił. Zrozumiałem, że moja odpowiedź zabrzmiała dwuznacznie, więc zaczerwieniłem się i poprawiłem się:
- Eee... To znaczy... Sayo, moja przyjaciółka... Wyruszamy właśnie do Kanto i chcieliśmy ją zaprosić.
- Aha... A jak tam Gengar? Nie użyłeś go w finałowej walce.
- Nie, jakoś wybierałem inne Pokemony...
- A jak się spisuje?
- Jest świetny! Nie przegrywa prawie żadnej walki! Ale nie mam go akurat przy sobie...
- Aha... Tak stoimy... Może wejdziesz?
- Niestety, Morty... Nie mogę... Śpieszę się...
- Szkoda, Shubi... Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś mnie odwiedzisz!
- Też mam taką nadzieję, Morty! Do widzenia!
- Do widzenia!
Wyszedłem z areny w świetnym humorze. Paczka czekała na mnie.
- I jak, Shubi? Wspomnienia wróciły?
- Och, przymknij się, Chad!
Śmiejąc się, doszliśmy do domu Sióstr Kimono. Zadzwoniłem. Nic. Zadzwonił Karol. Też nic. Zadzwonił Chad. Nic.
- I co teraz? - Zapytał Chad. - Co mamy zrobić?
Pomyślałem chwilę. Wpadłem na pomysł.
- Hahaha! Przecież to oczywiste!
Zapukałem. Po chwili otworzyła nam drzwi dziewczyna o brązowych włosach. Ubrana była w niebieskie jeansy i czerwoną koszulkę z Teddiursą.
- Cześć, Sayo! - Powiedzieliśmy chórem.
- O! Shubi! Chad! Karol! Cześć! Co za niespodzianka! A, słuchajcie, może nie dzwoniliście? Dzwonek nam się zepsuł, wszyscy myślą, że nas nie ma...
Uśmiechnąłem się do Chada obrażonego, że to nie on rozwiązał zagadkę. Sayo zaprosiła nas do środka i poczęstowała herbatą.
- Moich sióstr jak zwykle nie ma... Tańczą z Rhydonem... Ale tu nuda... Marzy mi się jakaś przygoda...
- Więc, Sayo, masz szczęście! Właśnie wygrałaś bilet do Kanto!
- Że jak?! Bez żartów...
- Ale naprawdę!
Streściłem Sayo całą historię. Otworzyła szeeeroko oczy. I usta.
- Na-na-na-naprawdę? To-to-to su-super! Niemożliwe! Na-Naprawdę mogę je-jechać z wami?
- Tak, przecież mówię: mam cztery bilety. Za Pokemony się nie płaci...
Spojrzałem na Feraligatra z ulgą. Jego bilet kosztowałby ze 100$...
- To jak, jedziesz? Przyda nam się spec od elektryczności!
- Jasne, jadę! Bardzo chętnie! Tylko musimy poczekać, aż moje siostry wrócą... Nie mogę zostawić domu bez opieki.
Chad i Karol spojrzeli na mnie.
- No dobra, dobra, poczekamy! Czasu za dużo nie stracimy!
Obaj się roześmieli, a Sayo nic z tego nie zrozumiała. Nie chciało mi się jej tłumaczyć. Wyruszyliśmy następnego dnia, ponieważ siostry Sayo wróciły bardzo późno. Mieliśmy tydzień na dotarcie do Olivne.

Powrót do góry

Rozdział 7 - Walka Sayo

- Hej, Chad, Sayo, czy wiecie, gdzie teraz jesteśmy?
- Chyba...
- Niezupełnie...
- O czym oni mówią?
- To rancho Sama Mc`Banneta!
- Co? Rzeczywiście!
- Racja!
To rancho poznałbym wszędzie. To tam dostałem Rogacza i dlatego mam takie dobre wspomnienia.
- Musimy tam zajść!
- Shubi! Nie ma czasu!
- Oj, Chad, uspokój się! Wiem, że i ty chcesz tam zajść!
- No dobra, racja...
Chad tłumił w sobie śmiech, tak samo Karol. Nie zwracałem na to uwagi. Weszliśmy na rancho. Zapukałem do drzwi niewielkiej chałupki. Cisza. Po chwili usłyszeliśmy kroki. Drzwi otworzył nam siwiejący mężczyzna, ubrany jak zwykle w czerwoną koszulę w kratkę i niebieskie jeansy. Kiedy nas zobaczył, nie uwierzył. Po chwili uwierzył, bo powiedział:
- Shubi! Chad! Sayo! Witajcie! Wejdźcie, wejdźcie!
Weszliśmy. Przedstawiłem Karola. Sam jak zwykle poczęstował nas Miltankowym mlekiem, po czym zaczęliśmy rozmawiać. Początkowo o Lidze, potem rozmowa zeszła na Rogacza. Sam chciał dokładne wiedzieć, jak Rogacz odszedł. Opowiedziałem mu dokładnie. Po jakimś czasie poszliśmy na spacer.
- Sam, a gdzie Dana?
- Jeździ gdzieś na Ponycie.
- Ponyta?
- Ponyta, Pokemon koń. Grzywa tego Pokemona to prawdziwe płomienie. Ponyta poparzy każdego jeźdźca, którego nie darzy szacunkiem.
- Super! Chciałbym mieć taką! Nie musiałbym tyle łazić...
- Shubi, tak jest lepiej, jesteśmy przyzwyczajeni do chodzenia i nie męczy nas to zbytnio.
- Masz rację, Chad...
Spacerowaliśmy. Nagle przyjechała Dana na grzbiecie pięknego Poke - konia. Zsiadła z jego grzbietu i przywitała się z nami.
- Witaj, Shubi, Mistrzu!
- Wrrrr... Przecież mówię: NIE JESTEM MISTRZEM!!!
- A może być: Prawie Mistrz?
- Już prędzej, ale po prostu nie mów o tym, OK.? OK.?!
- OK., OK.... Niech będzie... Sayo, wyglądasz dużo silniej! Co powiesz na pojedynek trzy na trzy? Ja też jestem dużo silniejsza!
- Jasne, Dana, czemu nie!
Zaczęła się walka.
- Idź, Psyduck!!!
- Idź, Lanturn!!!
Lanturn był osłabiony, ponieważ musiał walczyć na lądzie, a nie w wodzie. Nie przeszkadzało mu to zbytnio.
- Psyduck, zamieszaj!!!
- Lanturn, ochrona!!!
Lanturn skutecznie zablokował atak.
- Teraz, Lanturn, piorun kulisty!!!
- Psyduck, psycho siła!!!
Psyduck odesłał piorun z powrotem. Lanturn oberwał własną bronią.
- Psyduck, wodna broń!!!
Lanturn znowu oberwał.
- Nie daj się, Lanturn!!! Wodna broń!!!
- Psycho siła!!!
- Och nie! Lanturn, podwójna drużyna!!!
Psyducka otoczyło mnóstwo Lanturnów.
- Teraz, Lanturn!!! Piorun kulisty!!!
Zdezorientowany Psyduck oberwał piorunem i przegrał.
- Wracaj, Psyduck!!! Idź, Ponyta!!!
- Lanturn! Piorunująca fala!!!
Ponyta ominęła falę.
- Ponyta, żar!!!
Ponyta podgrzała i tak już wysuszonego Lanutrna. Pokemon miał dość.
- Wracaj, Lanturn! Wybieram Cię, Jolteon!!! Rakieta igłowa!!!
Jolteon od razu wystrzelił igły w kierunku przeciwnika. Ponyta oberwała trochę.
- Ponyta, nie poddawaj się! Atak płomieni!!!
- Jolteon, szok elektryczny!!!
Płomienie zablokowały szok i zraniły Jolteona.
- Wstań, Jolteon, liczę na Ciebie!
Jolteon podparł się łapkami, ale widać było, że był bardzo zmęczony.
- Jolteon, dasz radę! Piorun!!!
Piorun powalił Ponytę. Jolteon, bardzo zmęczony wyładowaniem, również zemdlał.
- Wróć, Jolteon!
- Wracaj, Ponyta!
Dziewczyny mierzyły się wzrokiem.
- Naprzód, Ampharos!!!
- Idź, Ursaring!!!
- Co to?
- Ursaring, hibernujący Pokemon, rozwinięta forma Teddiursa. Jego nos może wyczuć zapach każdego jedzenia, nawet, jeśli jest zakopane głęboko pod ziemią.
- Wow! Super!
Sayo trochę posmutniała.
- Czy to czasem nie moja Teddiursa?
Kiedyś Dana zamieniła swojego Flaaffy za Teddiursę Sayo. Finał był taki, że Flaaffy natychmiast ewoluował.
- Tak, ewoluowała, super nie? Wiesz, jaka ta Ursaring jest silna?
- Domyślam się. Ja też nie mogę złego słowa powiedzieć o twoim Ampharosie.
- Rozumiem. Wiesz, jaka ta Ursaring jest kochana? Zrobi dla mnie wszystko!
- Rozumiem Cię, Ampharos zawsze mi poświeci, kiedy trzeba!
- Hej! Walczycie, czy gadacie?
- Ups...
- O... Walczymy! Jasne, że walczymy! Co, Dana?
- Tak, walczymy, walczymy! Ursaring, atak furii!!!
- Ampharos, piorun pięść!!!
Ampharos odrzucił atakującą Ursaring.
- Teraz, Ursaring!!! Liż!!!
Ursaring podbiegła i zaczęła lizać przeciwnika. Ampharosowi to się nie podobało.
- Ampharos, piorunująca fala!!!
Ursaring znowu została odrzucona.
- Teraz piorun!!!
- Unik, Ursaring!!!
Jeszcze raz Ursaring wykazała się zręcznością.
- Teraz, Ursaring, mega uderzenie!!!
Ursaring zaczęła machać łapą i biec w kierunku przeciwnika.
- Ampharos, uważaj!!! Bawełniany zarodnik!!!
Ampharos wysłał serię zarodników, które spowolniły Ursaring.
- Teraz, atak pioruna!!!
Potężny piorun powalił Ursaring. Pokemon miał dość. Obie dziewczyny podbiegły do niej.
- Przepraszam, Ursaring!
- Nie chciałam...
- Sayo...
- Słucham?
- A może byśmy się odmieniły?
- No nie wiem...
Sayo spojrzała na Ampharosa.
- Nie... Wiesz, Ampharos się do mnie bardzo przywiązał... Jestem pewna, że tak samo Ursaring przywiązała się do Ciebie...
- Chyba tak... Masz rację.
Dziewczyny przybiły piątkę i uśmiechnęły się. Potem wszyscy się roześmieliśmy. Odeszliśmy niedługo po tej walce. Zostały trzy dni na dojście do Olivne.

Powrót do góry

Rozdział 8 - Rejs do Vermilion

Wreszcie dotarliśmy do Olivne. Od razu udaliśmy się do portu.
- Shubi, na jaki statek to bilety?
- Co? Eeee… Zaraz… S.S. Aqua. Która to?
- Ta.
Karol wskazał na jeden z największych statków.
- To co, wchodzimy?
- Jasne!
Z uśmiechami pobiegliśmy na statek. Kiedy przechodziliśmy przez trap, zatrzymał nas jakiś marynarz. Podałem mu bilety, a on oderwał jedną z trzech części każdego biletu i powiedział:
- Cztery bilety do Kanto i z powrotem. Właźcie, szczury lądowe!
Śmiejąc się weszliśmy. S.S. Aqua to był luksusowy statek. Był przystosowany do walk Pokemon. Bardzo dużo trenerów spacerowało tam i z powrotem. Karol i Sayo od razu zaczęli walczyć. Ja poszedłem do videofonu i zmodyfikowałem drużynę: Feraligatr, Sharpedo, Bagon, Furret, Gligar i Scyther.
- Hej, walczysz?
Odwróciłem się. Za mną stał trener Pokemon - na oko 12 letni.
- OK., wypróbuję nowego Pokemona!
- Świetnie! Idź, Skiploom!
- Naprzód, Scyther!
Scyther wyszedł z Pokeballa, ale zachowywał się dziwnie - sprawiał wrażenie, że jest niezadowolony z życia, a już najbardziej ze mnie.
- Scyther, atakuj!
Scyther stał i nie miał zamiaru atakować.
- Scyther, co jest?
- Ha ha ha!!! On Cię nie słucha! Skiploom, uderz!!!
Wprawdzie Scyther nie miał zamiaru atakować, ale uniknął ataku Skiplooma. Trener kazał atakować Skiploomowi różnymi atakami, ale Scyther za każdym razem unikał. W końcu chłopiec się wkurzył, zawrócił Skiplooma i powiedział coś o takich, co marnują jego czas. Scyther stanął dumny. Nie wiedziałem, czemu jest taki zadowolony - w końcu nie wygrał walki.
- Scyther, czemu nie chciałeś walczyć?
Scyther milczał. Podszedłem do niego, ale dał mi do zrozumienia, że nie chce, żebym go dotykał. Zrezygnowany zawróciłem go do Pokeballa. Czemu Scyther mnie nie słuchał? Nie wiedziałem.
- Hej, Shubi! Wygrałem już cztery walki! A ty?
- Ja ani jednej.
- Czemu? Coś się stało?
Opowiedziałem szybko Karolowi, jak zachowywał się Scyther.
- Może on już wcześniej czyjś był? Czemu miałby Cię nie słuchać?
- Nie mam pojęcia.
Nagle z megafonu wydobył się głos oznajmiający, że S.S. Aqua odpływa. Czekała nas kilkugodzinna podróż. Na pokładzie znajdowała się wielka sala. Roiło się w niej od trenerów Pokemon. Były też różne stoiska i sklepy. Kilku ludzi walczyło. Nie mogłem wytrzymać.
- Ha! Teraz wygram!
Pobiegłem. Właśnie jeden człowiek przy pomocy Weepinbella pokonał kogoś innego.
- Dobrze, to było proste. Czy ktoś inny chce walczyć?
- Ja! Co pan powie na walkę z moim Furretem?
- Dobrze.
- Idź, Furret! Szybki atak!
Furret od razu po wyjściu z Pokeballa rzucił się na Weepinbella.
- Weepinbell! Ostry liść!
Weepinbell zakręcił się i wysłał serię liści w kierunku przeciwnika.
- Furret, zręczność!
Pokemon zręcznie ominął wszystkie liście.
- Teraz, rzut gwiazdą!!!
Gwiazdy wykończyły Weepinbella.
- TAAAAK! Wygrałem!
Zwycięstwo poprawiło mi humor.
- Wracaj, Furret!
Przyjaciele również zauważyli, że jestem w świetnym nastroju. Każdy z nas wygrał po kilka walk, po czym poszli spać do naszej kabiny.

Powrót do góry

Rozdział 9 - Walka o plecak

- S.S. Aqua właśnie wpływa do portu w Vermilion!
- Uaaa… Czas wstawać!
- Już jesteśmy?
Wszyscy wstaliśmy i ubraliśmy się.
- Gdzie mój plecak… Feraligatr, oddaj!
- Fer…
Pokemon niechętnie oddał drogocenną zawartość plecaka. Wyszliśmy na pokład. Bardzo dawno nie byłem w Kanto. Wydawało się jeszcze piękniejsze, niż kilka lat temu.
- Fajnie tu w Vermilion!
- Żebyś wiedział, Shubi! A lider… Uuu… Musiałem się namęczyć, żeby zdobyć odznakę...
Zeszliśmy na ląd.
- No i co teraz?
- Jak to co? Ruszamy w kierunku Lavender!
- Ale, Shubi! Do Pallet będzie bliżej, a mamy paczkę dla profesora Oaka!
- OK., możemy iść do Pallet! In więcej Kanto zwiedzimy, tym fajniej!
Ruszyliśmy na zachód od Vermilion, w kierunku Pallet. Feraligatr bardzo chciał ponieść trochę drogocenny plecak, więc mu pozwoliłem.
- Shubi, czy ten plecak jest aż taki ważny?
- Tak, dla niego bardzo.
- Co w nim jest?
- Tam jest...
- Hej, wy!
Odwróciliśmy się. Podszedł do nas jakiś chłopak.
- Chcesz walczyć o ten plecak?
- Co?
- Możemy walczyć o nasze plecaki.
- Ty jesteś głupi? Czemu miałbym postawić w walce mój plecak?
- Sam powiedziałeś, że jest w nim coś drogocennego. Stawiam mój plecak przeciwko twojemu.
- Spadaj!
- A więc się boisz? Twój Feraligatr boi się walczyć? Przegrywa każdą walkę?
- Fer!
Feraligatr nie mógł znieść tej zniewagi. Bardzo chciał walczyć.
- Feraligatr, nawet nie wiemy, jakiego on ma Pokemona! To chyba nierozsądne stawiać plecak, wiesz, co w nim jest.
Feraligatr dał do zrozumienia, że wie, ale takiej zniewagi nie może znieść. A więc walka się zaczyna.
- Wybieram Cię, Feraligatr!
- Naprzód, Poliwrath!
- Poliwrath, pokemon kijanka, rozwinięta forma Poliwhirl, ostateczna forma Poliwag. Ten Pokemon jest bardzo dobrym wojownikiem i pływakiem. Z łatwością wyprzedza w wodzie każdego człowieka.
- Feraligatr, wodna broń!
- Unik, Poliwrath!
Poliwrath z łatwością uniknął ataku.
- Teraz, Poliwrath! Wodna pompa!
Pompa odrzuciła Feraligatra, ale był zbyt silny, żeby go to powaliło.
- Teraz lodowa pięść, Feraligatr!
- Nie pozwól mu na atak, Poliwrath!
Pokemon błyskawicznie znalazł się przy przeciwniku. Kiedy Feraligatr chciał zaatakować, Poliwrath złapał jego łapę i skierował ku ziemi. Atak się nie udał.
- Teraz, Poliwrath! Dynamiczne uderzenia!
Poliwrath uderzył Feraligatra w brzuch z taką siłą, że Pokemon aż upadł.
- Ogłaszam więc, że wygrałem walkę. I twój plecak.
Nie mogłem w to uwierzyć. Przegrałem plecak! Nie, to niemożliwe. To tylko zły sen. Obudzę się zaraz w domu i to jest sen. Niestety, nie był. Podniosłem plecak. Chciałem go oddać. Widziałem, że Feraligatr ma łzy w oczach, ale ten chłopak wygrał uczciwie.
- Nie dawaj, Shubi!
- Nie możesz!
- Ale on wygrał uczciwie... Plecak... Zaraz... Wygrał plecak!
Uśmiechnąłem się. Położyłem plecak na ziemi i zacząłem powoli wyciągać z niego wszystkie rzeczy. Wszyscy byli zaskoczeni. Z uśmiechem wręczyłem pusty plecak chłopakowi.
- Masz. Wygrałeś mój plecak, ale nic nie mówiliśmy o jego zawartości.
Wygrany wział plecak, ale zaraz go rzucił i odszedł mówiąc, że na drugi raz będzie lepiej rzucał wyzwania. Jego Poliwrath ruszył za nim. Śmiejąc się, załadowałem wszysctko z powrotem, łącznie z drogocennym jajem.
- Chyba nie myśleliście, że oddam mu ten plecak?
- Może przez chwilę...
- Nawet, jakbym oddał, to najpierw wyciągnąłbym to jajo.

Powrót do góry

Rozdział 10 - Kasyno Celadon

Dalej w drodze do Pallet. Poszliśmy skrótem, właśnie weszliśmy do Celadon.
- Nie wierzę! Jesteśmy w Celadon!
- Eee tam. Ja już tu byłem.
- Jest tu coś wartego uwagi?
Karol zaczął myśleć.
- Może sala Pokemon. I kasyno. Można w nim wygrać Pokemony! Słyszałem, że żeby wygrać Porygona trzeba zebrać 1000000 żetonów!
- Porygon?
- Porygon, Pokemon wirtualny. Może bez przeszkód poruszać się w cyberprzestrzeni. Wykreowany przez ludzi.
- Można tam też wygrać inne Pokemony, oraz TMy.
- Możemy tam zajść?
Wszyscy spojrzeli na mnie. Zawachałem się.
- Eeee...
- No weź, Shubi! Nie bądź taki!
- Dobrze, zajdźmy, ale nie na długo.
Poszliśmy w kierunku wskazywanym przez Karola. Po jakimś czasie doszliśmy do sporego budynku. Był ładny, zadbany.
- Pewnie zbijają majątek na łatwowiernych graczach. - pomyślałem.
Nad drzwiami Widniał spory napis "KASYNO" na tle wielkiej litery "R". Weszliśmy do środka. Mnóstwo ludzi grało na automatach.
- Nie można grać, jeżeli się najpierw nie kupi trochę żetonów.
- OK, chodźmy.
Patrzyłem jak Karol kupił 20 żetonów, Sayo 15, a Chad 25.
- Hej! Przecież nie zostajemy tu na noc!
- To długo nie potrwa!
- A dla ciebie ile żetonów?
- Wystarczą cztery.
- Gry tutaj kosztują najmniej dwa. Czy jesteś pewien, że chcesz tylko cztery?
- Tak, wystaczy mi.
- Proszę bardzo, 2$.
Zapłaciłem i wziąłem swoje żetony. Chad już grał. Wybrałem automat koło niego i wrzuciłem 2 żetony. Feraligatr obserwował grę. Trzy rzędy obrazków bardzo szybko się obracały. Nacisnąłem trzy przyciski: wypadł Oddish, BAR i wisienka.
- Ueee... No ale mam jeszcze dwa. Spróbuję.
Wrzuciłem ostatnie żetony i znowu uruchomiłem grę. Tym razem postanowiłem wciskać przyciski trochę wolniej. Obrazki się kręciły i kręciły... Wcisnąłem i wypadło: PRIZE.
- No nieźle. - pomyślałem. - Zobaczymy teraz...
Zatrzymałem drugi obrazek. Też PRIZE. A teraz trzeci. Starałem się zapamiętać kolejność obrazków. Wisienka, Slowpoke, Oddish, BAR, PRIZE (o! było!), jabłko, Marill, wisienka, Slowpoke, Oddish, BAR... STOP! Trzeci obrazek zatrzymał się dokładnie na polu PRIZE!
- Wygrałem! A to co?
Ekran powyżej pulpitu gry zaczął migotać. Były tam liczby od 1 do 100. Migotał też przycisk CHOOSE. Wcisnąłęm go. Cyfry zaczęły zapalać się i gasnąć strasznie szybko. W pewnej chwili wcisnąłęm znowu CHOOSE. Przestały migotać, oprócz jednej. 47 ciągle migotało. Z automatu wyleciał bilecik. Szybko go wziąłem i odwróciłem się do Chada.
- Patrz, ja już wygrałem!
- Mnie to mówisz? Zmarnowałem już 18 żetonów, jak mam wygrać jak on to robi? Azurill, przestań!
Azurill skakał po ekranie próbując złapać poruszające się obrazki. Roześmiałem się i upuściłem bilecik. Schyliłem się, żeby go poszukać. Był pod krzesłem Chada. Sięgnąłęm po niego. Nagle zauważyłem, że z małej szufladki automatu wystaje mała, cienka ręka, jakby robota. Zlękłem się. Ręka robota błyskawicznie sięgnęła po jeden z Pokeballi Chada i schowała się z powrotem do automatu.
- Chad! Coś Ci ukradło Pokeball!
- Jak to?!
Chad odskoczył od automatu. Wszystkie jego pozostałe żetony rozsypały się na podłogę. Chłopak błyskawicznie sięgnął ręką do paska.
- Brakuje Glooma!
Też sprawdziłem swój pasek. Były wszystkie.
- Chad, tu coś kradnie Pokeballe! Napisane było, że to KASYNO R! Założe się, że to... że to... Na pewno Zespół R maczał w tym swoje brudne paluchy!
Zza automatu Chada ktoś szybko wstał i odbiegł.
- To na pewno ktoś z Zespołu! Szybko!
- A Karol, Sayo?
- Chcesz odzyskać Glooma?
Ludzie od razu rzucili się na rozsypane żetony. Chad złapał szybko Azurilla, ja dałem sygnał Feraligatrowi i pobiegliśmy za człowiekiem. Uciekał pomiędzy automatami i graczami. Dzielnie za nim biegliśmy. Nagle człowiek wbiegł w ślepy zaułek. Wbiegliśmy tam za nim. Cieszyliśmy się już, że go złapaliśmy, najwyżej wyzwało by go się na walkę Pokemon.
- Gdzie on jest?!
Ślepy zaułek był ślepy. I pusty.Nie było w nim nic, oprócz kilku plakatów. Gloom przepadł.

Powrót do góry

Rozdział 11 - Spotkanie w kryjówce

- To przecież niemożliwe! Nie mógł tak po prostu wyparować!
- Może użył jakiegoś Pokemona, żeby się schować! Nie traćmy nadziei! Idź po Karola i Sayo, ja tu zostanę!
- OK!
Chad pobiegł po resztę, a ja zostałem.
- Sharpedo, wychodź!
Pokemon opuścił Pokeball.
- Sharpedo, wiem, że nie możesz przebywać na lądzie, ale proszę Cię, sprawdź atakiem wykrywania, czy nikt się nie kryje w tym zaułku!
Pokemon posłusznie zaczął przeszukiwać zaułek. Po chwili odpowiedział, że nikogo nie ma. Podziękowałem mu i zawróciłem go. Widzieliśmy wyraźnie, jak ten człowiek wbiega w ten zaułek, nie mógł wyparować! Zacząłem przeszukiwać plakaty. Jeden z nich był jakiś taki dziwnie wypukły. Wcisnąłęm wypukłość, a ściana za mną podniosła się ukazując słabo oświetlony korytarz. Powoli wszedłem do niego, a Feraligatr za mną.
- Shubi, co to?
To przyszli Chad, Karol i Sayo. Pokazałem im ręką, aby za mną poszli. Ledwo wszyscy weszli, wyjście zamknęło się.
- Więc to tędy uciekł złodziej.
- Wygąda na to, że tak. Chodźmy. Pokeballe w pogotowiu!
Szliśmy korytarzem bardzo długo. Minęliśmy cztery wielkie sale. Wszystkie były puste. Nagle Sayo krzyknęła. Pod jej nogami otworzyła się zapadnia. Wpadła. Na szczęście my staliśmy obok. Ktoś chyba przewidział i taką ewentualność. Podłoga pod naszymi nogali zaczęła się szybko podnosić. W końcu wszyscy ześliznęliśmy się do tej zapadni. Wylądowaliśmy w jakiejś klatce. Pomieszczenie, w którym stała klatka, było jeszcze gorzej oświetlone, niż tamten korytarz.
- Musimy sie wydostać z klatki. Karol, niech Thyplosion stopi płomieniami te kraty!
- Jasne. Thyplosion! Wychodź!
Kiedy Pokemon znalazł się poza Pokeballem, w kaltace zrobił się jeszcze ciaśniej, niż było.
- Thyplosion, stop te kraty!
- Thyp!
Pokemon zaczął topić. Zajęło mu to dużo czasu, ale w końcu zrobił na tyle dużą dziurę, że mogliśmy się przez nią przecisnąć. Karol zawrócił Pokemona, a ja kazałem Feraligatrowi schłodzić pręty. Kiedy wykonał zadanie, wyśliznęliśmy się wszyscy i wyszliśmy z pomieszczenia przez drzwi. Drzwi te wychodziły na korytarz. Z jednej strony biegło ku nam mnostwo złych członków Zespołu R. Krzyczeli, żebyśmy się nie ruszali i zostali tam, gdzie jesteśmy. Było ich za dużo, nie mogliśmy walczyć przeciwko im wszystkim.
- Feraligatr, wodna pompa!
Pokemon odrzucił ich wszystkich. Zaczęliśmy uciekać w drugą stronę. Na końcu korytarza byłuy drzwi.
- Błagam, żeby tylko nie były zamknięte! - pomyślałem.
Dobiegliśmy do drzwi. Na szczęście nie były zamknięte, szybko przez nie przeszliśmy. Za drzwiami było pomieszczenie przypominające gabinet. Na samym środku stało biurko. Za nim siedział człowiek ukryty w cieniu, a obok niego stali Gina i Mitch.
- A więc się w końcu spotykamy. Ty, który tyle razy pokrzyżowałeś mi plany w Johto... Przyszedłeś tutaj, do mojej kryjówki, do Celadon.
- Ty jesteś szefem Zespołu R?!
- Tak, jestem. A ty jesteś moim największym utrapieniem.
- Przyszedłem tutaj po mojego Glooma!
- Zabraliśmy twojego Pokemona, żeby was tutaj zwabić.
- Po co?!
- Żebyśmy mogli się zmierzyć. Gina i Mitch mówili, że jesteś bardzo silny.
- Nie będę z tobą walczył! Ty i twój Zespoł sprawiliśmie, że moje Pokemony były nieszczęśliwe! Feraligatr! Rogacz! Bagon!
- Może i tak. Ale, wierz mi, nie masz wyboru.
- Nie będę walczył!
- Ujmę to tak. Jak Cię pokonam, oddajecie mi Pokemony i wracacie do domu. Jak wygrasz, to... Oddam mu tego Glooma i możecie iść.
Nie wiedziałem, co zrobić. Usłyszałem głos Karola.
- Walcz. Wygrasz na pewno. Zresztą, kto mówi, że jak nie wygrasz, to oddamy Pokemony?
- Dobrze. Przymuję wyzwanie. Ale mam nadzieję, że nie kłamiesz!
- Ja zawsze dotrzymuję słowa. Walczymy dwa na dwa. Wybieram Cię, Nidoqueen!
Wielki Pokemon opuścił Pokeball.
- Naprzód, Charizard!
- Nidoqueen, atak rogiem!
- Unik, Charizard!
Pokemon uniknął ataku.
- Teraz, Charizard! Chlaśnięcie!
Charizard uderzył ogonem Nidoqueen, aż się przewróciła. Wstała po chwili.
- Nidoqueen, uderzenie ciałem!
POkemon wyskoczył w powietrze, po czym upadł przygniatając Charizarda.
- Zrzuć ją!
Z łatwością Charizard wykonał polecenie.
- Teraz miotacz ognia!!!
Nidoqueen starała się przetrzymać, ale nie dała rady.
- Wracaj, Nidoqueen! Naprzód, Persian!
- Wracaj, Charizard! Idź, Feraligatr!
- Persian, drap!
Pokemon - kot rzucił się i zaczął drapać w pysk Feraligatra. Na szczęście Pokemon odrzucił go.
- Feraligatr, wodna broń!
- Unik, Persian!
Pokemon z wielką łatwością uniknął broni.
- Nie dobrze! Jest za szybki!
- Uderz, Persian!
Feraligatr raz po raz obrywał.
- Feraligatr, musisz coś zrobić! Lodowa pięść!
Pokemon zamachnął się, ale nie trafił. Drugi raz to samo.
- Wierzę w Ciebie, Feraligatr! Trafisz!
Wreszcie Pokemon trafił Persiana. Kot zamarzł. Trener go zawrócił.
- Widzę, że jednak Gina i Mitch mieli rację, naprwadę jesteś silny. Niewielu takich trenerów się spotyka... Kiedyś spotkałem jedną trenerkę, która była równie silna jak ty. Ale to było dawno.
- No więc, wypuścisz nas?
- Ja zawsze dotrzymuję słowa. Mimo to, nie możecie rozgadać wszystkim, gdzie jest nasza kryjówka. Alakazam!
- Al!
Ostatnie, co pamiętam, to jak Alakazam się na nas rzucił, a szef Zespołu R powiedział: "jeszcze się spotkamy".

***


Obudziłem się. Leżeliśmy wszyscy na drodze. Obok Chada leżał Pokeball z Gloomem. Szef Zespołu R nie kłamał. Ale gdzie my byliśmy? Wstałem i rozejrzałem się. Drogowskaz. Z bijącym sercem do niego podbiegłem. Zaniemówiłem. Na drogowskazie napisane było: "PALLET TOWN".

Powrót do góry

Rozdział 12 - Profesor Oak

- Pallet Town?! Chad! Sayo! Karol! Jesteśmy!
Krzykami obudziłem resztę. Alakazam musiał nas zahipnotyzować, a potem nas wywieźli tutaj... Ale skąd wiedzieli, że chcieliśmy iść akurat do Pallet? Nagle tknęło mnie złe przeczucie. "Przecież byliśmy nieprzytomni... Mogli nam zabrać, co chcieli!"
- Sprawdźcie kieszenie i plecaki!
Wszyscy zaczęli nerwowo przeszukiwać plecaki.
- Wszystko jest. Nawet mój Gloom... A ten twój kupon?
- Och, no fakt... Zupełnie o nim zapomniałem! Zaraz... A co to?
W mojej kieszeni nie było kuponu, tylko kartka: "Nie zdążyłeś wymienić tego kuponu, więc zrobiliśmy to za ciebie. Nagroda jest w twoim plecaku". Otworzyłem plecak i znalazłem w nim nową rzecz.
- To jest TM! Ale nie byle jaki... Zaraz... Został zrobiony przez Zespół R... I uczy Sketch, czyli rysunku... Świetnie.
- To ten atak, który posiada tylko i wyłącznie Smeargle?
- Właśnie ten. No, chodźmy. Musimy odwiedzić profesora Oaka.
Dwukrotnie sprawdziłem, czy jajo znajduje się w plecaku, po czym poszliśmy do Pallet. Laboratorium nie musieliśmy długo szukać. To był duży budynek z dużym terenem dla Pokemonów. Sayo zapukała do drzwi. Po chwili otworzył nam je sam profesor Oak.
- Shubi! Chad! Sayo! Karol! Miło was widzieć! Tak, wiedziałem, że przyjdziecie, profesor Elm dzwonił przedwczoraj. Macie dla mnie jakąś paczkę?
- Tak, profesorze.
- Wejdźcie.
Weszliśmy. Z rozczarowaniem stwierdziłem, że wnętrze niewiele różniło się od laboratorium profesora Elma. Może tu było więcej Pokemonów. Pokemon, Pokemony - wszędzie Pokemony! Ale, w końcu, dużo trenerów wyruszało z Pallet. Karol wyjął paczkę i wręczył ją profesorowi.
- Och! Nareszcie!
- Przepraszam, za ciekawość, ale co to jest?
- To jest Poke Navigator, w skrócie PokeNav. Jest to coś w rodzaju PokeGearu, ale PokeNav jest dużo lepszy. Ma dokładną mapę, nie potrzebuje kart...
- Super.
- A jak tam Bulbasaur i Charmander, które wam dałem?
Kiedyś Karol był w Pallet i dostał Bulbasaura. Profesor dał też Charmandera dla mnie i Karol mi go przysłał.
- Świetnie!
Mówiąc to, wypuściłem Charizarda. Karol wypuścił Bulbasaura. Pokemony poznały profesora i rzuciły się, żeby się przywitać.
- Jak widzę, Charmander ewoluował... A Bulbasaur nie chce?
- Nie, on woli być sobą.
Jakiś czas jeszcze rozmawialiśmy z profesorem o różnych sprawach.
- To gdzie się teraz udajecie?
- Do Lavender. Mój tata pracuje tam w elektrowni.
- Rozumiem.
Siedzieliśmy przez chwilę w ciszy.
- Może chcecie obejrzeć Pokemony?
- O tak!
Wyszliśmy na dwór za profesorem Oakiem. Profesor pokazał nam całe mnóstwo Pokemonów w środowiskach stworzonych specjalnie dla nich. W jeziorze pływały wodne Pokemony, w lesie roiło się od robaków, a na skalistych pagórkach roiło się od Geodudów.
- Dużo trenerów zaczyna swoją podróż właśnie tutaj, w Pallet, więc wszystkie Pokemony przysyłane są do mnie.
- Moje Pokemony są u profesora Elma.
- Moje też.
- Profesor Elm mówił, że macie imponujący zbiór Pokemonów. Shubi, podobno masz jakieś Pokemony nie z Johto i nie z Kanto?
- O, tak, mam.
- Mógłbyś je wypuścić?
- Jasne. Sharpedo, Bagon! Wyłaźcie!
Pokemony opuściły Pokeballe. Profesor Oak oglądał je z podziwem. Bagon był trochę zawstydzony, a Sharpedo był tak samo zainteresowany profesorem, jak on nim.
- Niesamowite. Te Pokemony nie występują w naszym rejonie. Ani w Kanto, ani w Johto. Skąd się tu wzięły?
- Nie mam pojęcia, profesorze. Po drodze spotkałem chłopaka, który miał jeszcze jednego Pokemona nie stąd - Vigorotha.
- Te Pokemony tu to rzadkość. Jesteś szczęśliwcem, że masz aż dwa!
- Jestem!
- A gdzie je złapałeś?
- Sharpedo był niedaleko wysp Wirów... A Bagona złapałem przed Blackthorn. Sharpedo był tam jeden jedyny... Mówił mi to. A z Bagonem wiele nie rozmawiałem na ten temat.
- Rozumiem.
Profesor zaczął rozmawiać z Chadem na temat Azurilla i Snornuta. Ja tymczasem przyglądałem się uważnie Pokemonom. Jakiś Pikachu podszedł do Bagona i zaczął go zaczepiać. Bagonowi się to nie podobało. Chciał go zaatakować.
- Bagon, nie rób tego!
Profesor przerwał rozmowę i podszedł.
- To taki specjalny Pikachu. Nie należy do żadnego trenera. Przyniosło go kiedyś jakieś dziecko. Pikachu był ranny. Wyleczyłem go i już tu został. Wyzywa na pojedynek wszystkie Pokemony, bo chce być dużo silniejszy. Jak chcesz, to twój Bagon może z nim walczyć. Zawróciłem Sharpedo, bo już za długo był na lądzie.
- A więc, chcesz walczyć? Bagon! Przygotuj się!
- Bag!
- Pika!
- Bagon, atak głową!!!
Bagon podbiegł do Pikachu, ale ten odskoczył. Odbiegł kawałek i uderzył elektro-wstrząsem.
- Bagon, trzymasz się? W porządku. Niezły ten Pikachu, nie doceniłem go! Bagon, atak czaszką!
Bagon wykonał atak, ale znów nie trafił. Za to Pikachu znowu powtórzył atak.
- Bagon, straszna mina! Teraz będzie stał spokojnie!
Rzeczywiście, Pikachu stanął, przerażony.
- Teraz, Bagon! Gryź!
Bagon podbiegł i zaatakował. Pikachu upadł pokonany.
- Co? Już?
- Tak. - powiedział profesor Oak. - Ten Pikachu ma duży współczynnik ataku, ale mały obrony.
Sayo podbiegła do Pokemona i dała mu Potion, a ja zawróciłem Bagona.
- Chyba będziemy już się zbierać. Do Lavender długa droga.
Przygotowaliśmy się do drogi. Kiedy mieliśmy już wychodzić, profesor jeszcze mnie zatrzymał.
- Shubi, dam Ci ten PokeNav. Ale, jeśli mi dasz PokeGear. Bo widzisz, miałem PokeGear, ale zamieniłem go na PokeNav, więc teraz mam dwa. To możesz się zamienić?
- Oczywiście, profesorze!
Zdjąłem z szyi PokeGear i wręczyłem profesorowi. Z zamian dostałem PokeNav.
- Idźcie już. Tak sobie myślę... Dostaliście Pokemona ode mnie i od profesora Elma... Muszę pomówić z profesorem Birchem.
- Z kim?
- Dowiesz się później. Kiedy wrócisz do New Bark Town, dowiesz się czegoś. Szykujemy coś dla was.
- To dobrze, lubię niespodzianki.
Profesor tylko się uśmiechnął. Pożegnaliśmy się i odeszliśmy.

Powrót do góry

Rozdział 13 - Who gets to keep Pikachu?

- Teraz do Lavender!
- Shubi, błagam, nie tak szybko!
Przez dwa dni doszliśmy prawie do Celadon. Postanowiliśmy, że nie będziemy przez nie przechodzić, z obawy przed Zespołem R. Poszliśmy przez Saffron. Bardzo nam się podobało to miasto. A już szczególnie mnie. Saffron było nawet większe od Goldenrod! Nie zatrzymywaliśmy się w nim, tylko po noclegu w PokeCentrum poszliśmy dalej. Do Lavender było mniej więcej dwa dni drogi.
- Stop.
- Co jest, Chad?
- Od kiedy wyszliśmy z Pallet miałem wrażenie, że coś nas śledzi.
- Śledzi?
- Czemu nic nie mówiłeś?
- Nie chciałem, żebyście pomyśleli sobie o mnie dziwnie... Ale teraz coś usłyszałem. Coś nas śledzi.
- Czy myślisz, że to Zespół R?
- Nie, nie mieliby tyle cierpliwości. Mam wrażenie, że to coś ma przyjazne zamiary. Jakby nie miało, to by już zaatakowało.
- Mądrze myślisz. Krzyknijmy, niech wyłazi!
- Nie! To może być rzadki Pokemon!
- Powiedziałem już, że mądrze myślisz? Zaraz... Sharpedo, wyłaź!
Pokemon opuścił Pokeball.
- Sharpedo, użyj ataku wykrywania i sprawdź, czy coś tam siedzi. Eeee... Gdzie to jest, Chad?
- Tam.
Sharpedo zaświecił oczami we wskazanym kierunku. To coś wiedziało już, że zostało zdemaskowane. Z szybkością światła wyskoczyło zza krzaka i... poraziło prądem Sharpedo. Odruchowo wydałem komendę Pokemonowi.
- Sharpedo, wodna broń!
Pokemon celnie trafił dziwne stworzenie. Przeciwnik upadł i okazało się, że to był... Pikachu. Tamten, co przegrał z Bagonem.
- Hej, czy to nie ten Pikachu, z którym walczyłem?
- Tak, to on. Co tu robisz, Pikachu?
Pikachu wstał (bo leżał) i zaczął opowiadać. Dowiedzieliśmy się, że Pikachu bardzo chciał być czyimś Pokemonem, żeby zostać silniejszym, więc poszedł za nami w nadziei, że któryś z nas go weźmie. Pytanie teraz, kto?
- JA!
- JA!
- JA!
- JA!
- Ale ja go chcę!
- Ty masz najwięcej Pokemonów!
- Karol ma więcej!
- Ale Pikachu nie mam!
- A ja mam najmniej Pokemonów!
- Ty masz cztery, a ja mam trzy!
- Ja nie mam wcale elektrycznych!
- A ja kolekcjonuję elektryczne!
Trochę się kłóciliśmy. Przez ten czas Feraligatr i Azurill zapoznali się z Pikachu. Nawet się zaprzyjaźnili. W końcu Karol wpadł na świetny pomysł.
- Hej, Pikachu? Czy jest Ci obojętne, czyj będziesz, czy masz jakieś życzenie?
Pikachu powiedział, że jest mu to obojętne, ale mógłbym przysiąc, że patrzył na Sayo.
- Dobrze. Więc jest tylko jeden sposób na znalezienie trenera dla niego. Zróbmy zawody.
- Świetnie!
- Jakie zasady?
- Powiedzmy... Ja walczę z Sayo, a Shubi z Chadem. Można użyć tylko jednego Pokemona. Zwycięzcy walczą o Pikachu.
- Świetnie!
Piersi walczył Karol przeciwko Sayo. On wybrał Kadabrę, a ona Jolteona.
- Kadabra, psycho promień!
- Jolteon, zręczność!
Szybkie komendy Sayo i jeszcze szybszy Jolteon pokonały Kadabrę. Sayo przeszła do następnej rundy. Teraz walczyłem ja i Chad. On wybrał Snornuta, a ja...
- Idź, Scyther!
- Co?! Shubi, on Cię nie słucha!
- Jestem już wystarczająco dobry, żeby zaczął mnie słuchać!
Jednak zachowanie Scythera pozostawiało wiele do życzenia. Pokemon ciągle mnie nie słuchał, a ja nie mogłem go zawrócić. Walka toczyła się tak: atak Snornuta, unik Scythera, atak Snornuta, unik Scythera i tak dalej. Do chwili, kiedy Snornutowi udało się przymrozić nogę przeciwnika do korzenia drzewa. Tylko dlatego Snornut go pokonał. Zawróciłem Pokemona.
- Doigrałeś się. Na drugi raz posłuchaj moich rad.
- WYYYYYYYYYGRAŁEM!!! POKONAŁEM SHUBIEGO!!! NIE UWIERZĄ MI W DOMU! POKONAŁEM SAMEGO MISTRZA POKEMON!!!
- CHAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAD!!!
- Ja nic nie mówiłem.
Ostatnia walka: Chad kontra Sayo.
- Naprzód, Gloom! Haha! Rośliny mają częściową odporność na prąd!
- Masz rację. Idź, Ampharos!!!
- Gloom, atak kwasem!
- Unik, Ampharos!
Pokemon zwinnie uniknął kwasu.
- Teraz, piorunująca fala!
- Gloom, atak ostrym liściem!
Gloom bardzo mądrze odbił falę.
- Wiedziałam, że tak zrobi! Teraz, Ampharos! Mega pięść!!!
Strategia Sayo powiodła się. Gloom, który skupił się na wysyłaniu liści, nie spodziewał się ataku fizycznego. To go pokonało.
- A więc - powiedział głośno Karol. - ogłaszam wszem i wobec, że Pikachu zdobywa Sayo!!!
Zaczęliśmy klaskać. Pikachu wskoczył na ręce swojej nowej trenerki. Wreszcie kogoś miał. Kogoś, kto by się nim zaopiekował.
- Sayo, uważam, że to dobrze, że on trafił do Ciebie. Nikt się nim nie zaopiekuje tak dobrze, jak ty.
- Dziękuję, Shubi.

Powrót do góry

Rozdział 14 - Gdzie się podziały duchy z Wieży Pokemon?

Dalsza podróż do Lavender minęła dosyć spokojnie. Teraz Feraligatr czekał na wyklucie się jaja. Tak, zawsze czekał, ale w czasie podróży do Lavender złapał go jakiś instynkt, czy coś, i czekał jeszcze bardziej. Często mnie wyręczał w niesieniu plecaka. Muszę się przyznać, że nie wierzyłem, że to jajo się wykluje. Miałem je przy sobie już tyle czasu, a ono ciągle nic. Mimo to, nie chciałem martwić Feraligatra. On nie dopuszczał do siebie tej myśli.

***


W końcu dotarliśmy do Lavender. Niestety, do elektrowni było jeszcze trochę, ale już niedaleko.
- Hej, Shubi, czy wiesz, że w Lavender jest słynna Wieża Pokemon?
- Wiem, przecież tu kiedyś mieszkałem! Chodźcie, pokażę wam gdzie. I przy okazji zobaczymy Wieżę.
Poszliśmy. Mojego starego domu już nie było, ktoś wybudował w tym miejsu PokeMart.
- Szczerze mówiąc, bardziej mi się podoba mój nowy dom.
- Dobra, chodźmy zobaczyć Wieżę.
- OK., specjalnie ściągnąłem Gengara, żeby pobył w towarzystwie innych duchów.
- Duchów?
- Tak, w Wieży można spotkać duchy. I Cubone.
Wieża Pokemon w Lavender to był chyba największy cmentarz Pokemonów. Cały teren mógł być odwiedzany przez turystów, a strzegł go pan Fuji. Słyszałem kiedyś od niego, że pochowanych Pokemonów jest dużo więcej, niż w Wieży. Dużo więcej Pokemonów pochowanych jest w podziemiach, a tylko pan Fuji wie, jak tam się dostać. Wstęp był bezpłatny, a dla mnie, ponieważ byłem znajomym pana Fuji, bardziej bezpłatny. Wystarczyło, że tylko się pokazałem.
- Och, Shubi, witaj!
Pan Fuji, niski, pomarszczony staruszek, wyszedł, żeby nas przywitać.
- Bardzo się cieszę, że przyszedłeś... Wejdźcie!
Weszliśmy. Wieża nic się nie zmieniła od ostatniego razu. Wielkie wnętrze, wielkie schody i mnóstwo grobów Pokemonów z napisami w stylu „Kochanemu Pidgey`owi”. Zawsze trochę bałem się wchodzić do Wieży, szczególnie po zmroku. Ale tym razem nie było wcale strasznie. Było cicho. A w Wieży nigdy przedtem nie było cicho.
- Panie Fuji, gdzie się podziały wszystkie Pokemon duchy?
- Dobre pytanie, Shubi. Nie wiem. Ostatnio zaczęły znikać. Po prostu znikały, a teraz nie ma ich wcale.
- Jak mogły zniknąć? Gdzie one są?
- Nie wiem. Było tu sporo trenerów, ale to niemożliwe, żeby wyłapali wszystkie.
- Możemy się tu trochę rozejrzeć?
- Oczywiście.
Poprowadziłem przyjaciół na górę.
- Shubi, czego szukamy?
- Zainteresowało mnie to, że nie ma tu duchów. Gdzie mogły zniknąć?
- A bo ja wiem... W końcu to duchy.
- Tak. A tylko duch znajdzie ducha. Idź, Gengar!!!
Pokemon opuścił Pokeball.
- Gengar, poszukaj duchów!
- Geng!
Gengar zniknął w ścianie. My przez ten czas rozglądaliśmy się.
- Heh! Na tym nagrobku jest błąd! Posłuchajcie: „Kochanemu Mórkrowowi”! Ja nie mogę!
- Chad, uspokój się! Może to było przezwisko!
- Może... O, Gengar!
Rzeczywiście, wrócił Gengar.
- I co? Znalazłeś coś?
Gengar nakreślił w powietrzu literę R, a mnie zalała fala złości.
- Prowadź! - rozkazałem
Pokemonowi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. O dziwo, zaprowadził nas nie na wyższe piętro, tylko niżej, do podziemi.
- Zdajecie sobie sprawę, że tu nikt nigdy nie był, oprócz pana Fuji?
- Tak myślisz? Zespół R tu jest.
I rzeczywiście - usłyszeliśmy głosy. Zespół R miał mnóstwo Pokeballi, a w nich, na pewno, były Pokemony - duchy. Mitch i Gina, ponieważ to byli oni, byli bardzo zadowoleni. Zastanawiałem się, czy wbiec tam i ich zaskoczyć, czy zostać i czekać, aż wyjdą. Niestety, Gengar sam postanowił. Przeniknął przez drzwi i zaatakował zaskoczony Zespół.
- Tutaj jest Gengar?! Myślałam, że w Wieży są tylko Gastly i Haunter!
- Nieważne, łapmy go!
W tym momencie wbiegłem do pomieszczenia i wydałem rozkaz Gengarowi. Karol wybrał Kadabrę, a Sayo Pikachu. Szybko pokonaliśmy Zespół R. Nie mieli wyboru i musieli uciekać. Uwolniliśmy wszystkie duchy. Każdy Gastly i Haunter był wdzięczny Gengarowi za ratunek. Jeszcze na chwilę Gina pokazała się w drzwiach.
- My tu jeszcze wrócimy i zabierzemy te duchy! A ty tu nie możesz być cały czas i...
Nie dowiedzieliśmy się i co, ponieważ Gengar wydał polecenie wszystkim duchom i one przepędziły Ginę. Wszystkie Pokemony zdawały się uważać Gengara za swojego przywódcę. Mieliśmy już iść, ale ja pamiętałem słowa Giny. Byłem pewien, że tylko poczeka, aż odejdę z Lavender i wtedy spróbują znowu to zrobić. Nie było innego wyjścia, jak tylko...
- Gengar, zostajesz tu.
- Geng?
- Tak, musisz tu zostać. Będziesz przywódcą tych duchów. Kiedy odejdę, Zespół R znowu spróbuje porwać Pokemony, a ja nie mogę być tu cały czas... Zostań tu i broń ich. A ja obiecuję, że odbiorę Cię kiedyś.
- Gengar.
Oczywiście, było mi trochę smutno, ale musiałem tak postąpić. Miałem na uwadze dobro Pokemonów, ale nie tylko moich. Poza tym, zamierzałem kiedyś naprawdę odebrać Gengara. Kiedyś, kiedy Zespół R przekona się, że nie warto próbować kraść Pokemonów z Wieży Pokemon.

Powrót do góry

Rozdział 15 - Electabuzz i elektrownia

- Wreszcie! Wreszcie! Dotarliśmy!
- Shubi, nie wrzeszcz tak!
- Przepraszam, ale się cieszę! Nie widziałem mojego taty już tyle czasu... Jest tu dyrektorem.
Przed nami wznosiła się potężna elektrownia. Staliśmy przed wielkimi drzwiami i właśnie zamierzaliśmy wejść do środka.
- Wiem o tej elektrowni prawie wszystko. Kiedyś została zaatakowana przez elektryczne Pokemony. Podobno przebywał tu nawet Zapdos! Potem mój tata wykupił elektrownie i odnowił. Teraz jest tu dyrektorem! Dzięki niemu całe Johto i Kanto ma elektryczność!
- Dobra, nie chwal się, wchodzimy!
Weszliśmy do środka i podeszliśmy do recepcji.
- Dzień dobry, przepraszam, ja...
- Och, ty musisz być Shubi! Czekamy na Ciebie już od bardzo dawna. Chodźcie, oprowadzę was, mam teraz przerwę.
Człowiek wyszedł zza biurka i poprowadził nas korytarzem. Karol, Chad i Sayo zawiedli się, bo spodziewali się wielkich tranzystorów, ale we większości pokoi, które pokazał nam Mark (takie imię miał na koszulce) było najwyżej kilka biurek, komputerów i jakieś skomplikowane wykresy. Tylko w niektórych salach były jakieś przełączniki i światełka, równie skomplikowane, co wykresy. Pokoje miały jedną wspólną cechę - było w nich mnóstwo urzędników, którzy, gdy tylko mnie zobaczyli, zaczęli machać i witać. Zdziwiłem się, że wszyscy mnie pamiętali. W końcu, już tyle lat mnie nie było w Lavender, że... Oczywiście, odwzajemnialiśmy ich uśmiechy i powitania.
- No, na razie koniec wycieczki... - powiedział Mark przed drzwiami z napisem „DYREKTOR” - tam już sami wejdźcie. Ja już muszę iść.
- Dobrze.
Zapukałem i po usłyszeniu słowa „proszę”, weszliśmy. ZA biurkiem siedział mój tata. Zawsze byłem od niego trochę niższy. Gdy nas zobaczył, ucieszył się, kazał usiąść i poczęstował ciastkami i sokiem. Odpowiadałem mu na różne pytania w stylu: „Co Mistrz Pokemon robi w Kanto (NIE JESTEM MISTRZEM POKEMON!!!)” i „Co słychać w Johto”.
- Cieszę się, że wpadłeś, Shubi.
- Ja też. Już dawno nie byłem w Kanto.
- Proszę pana, dlaczego Shubi się przeprowadził do New Bark Town, a pan tu został? - spytał Chad.
- Ponieważ mam tu dobrą pracę, a nie mogę dojeżdżać, bo to przecież bardzo daleko do New Bark Town. Nie mogłem jechać, ale przecież odwiedzam was często, prawda?
- Oczywiście.
- Poza tym, chcieliśmy, żeby Shubi miał dobry start.
- To znaczy?
Uśmiechnąłem się.
- Zostanie Mistrzem Pokemon to nie jest tylko moje marzenie, Chad.
- Aha.
Siedzieliśmy chwilę w ciszy.
- Poza tym, Shubi, mam do Ciebie pewien interes.
- Jaki?
- Słyszałeś o spadkach mocy w Johto i Kanto?
- Tak...
- Wezwałem Cię nie tylko dlatego, że chciałem Cię zobaczyć. Po elektrowni kręci się Pokemon, z którym nikt nie może sobie dać rady. Ten Pokemon kradnie elektryczność z akumulatora. Ściągaliśmy już tu trenerów Pokemon, ale żaden nie dał mu rady. Pomyślałem więc, że Mistrz... No, Pół-Mistrz go pokona. I mogę upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu.
- Więc to tak? Chętnie się tym zajmę. A jaki to Pokemon?
- Electabuzz.
- Hmm...
- Electabuzz, Pokemon elektryczny. Zazwyczaj występuje w pobliżu elektrowni, ale potrafi wędrować i powodować spadki mocy w miastach.
- A więc taki to problem... Bierze tą elektryczność dla siebie?
- Gdzieś słyszałem, że Electabuzz może pomieścić chyba najwięcej elektryczności ze wszystkich elektrycznych Pokemonów, a ataki tego typu na niego nie działają, bo on je wchłania i ładuje sam siebie. - błysnął Chad.
- Tak, to racja. - powiedział mój tata. - On przychodzi tu codziennie i kradnie nam elektryczność.
- Jak on się tu dostaje?
- Nie wiem. O, słyszę go! Chodźcie!
Wstał zza biurka i poprowadził nas drzwiami, których wcześniej nie zauważyłem. Za nimi kryły się wszystkie maszyny wytwarzające prąd. Przy jednej coś się iskrzyło.
- To on.
- Dobrze. Idę dać mu nauczkę.
Feraligatr, który do tej pory tylko obserwował wszystko z boku, ruszył ze mną.
- Feraligatr, nie! Nie możesz iść, on jest bardzo silny i w dodatku ma nad tobą przewagę!
Smutny Feraligatr został przy wejściu, a my pobiegliśmy w kierunku iskier. Kiedy tam dotarliśmy, zobaczyliśmy żółtego Pokemona w czarne paski, który pobierał energię z akumulatora.
- Ale gigant ten Electabuzz! Jak dwa razy mój! - Powiedział Karol z podziwem.
- To mu nie pomoże!
- Och, Shubi, proszę, ja go chcę...
- Nie mam mowy, Sayo, złapałaś Pikachu, teraz moja kolej! Oto koniec twojej wolności, Electabuzz, teraz Cię złapię! Naprzód, Charizard!
Kiedy ogromny Pokemon opuścił Pokeball, mój tata krzyknął:
- Ostrożnie, Shubi! Ten sprzęt jest bardzo drogi!
- Dobrze, będę uważał! Charizard, atak frontalny!
Pokemon poleciał i odepchnął Electabuzza od akumulatora. Elektryczny Pokemon wcale się tego nie spodziewał.
- Teraz, Charizard, chlaśnięcie!
Charizard zamachnął się ogonem, ale jego przeciwnik uderzył go pięścią.
- Uważaj na niego, Charizard, bo Cię sparaliżuje! Trzymaj się z daleka i atakuj żarem!
Starałem się, żeby Charizard nie narobił szkód, dlatego używałem słabych ataków. Niestety, Electabuzz użył piorunującej fali i strącił Charizarda. Następnie uderzył głową niczego nie spodziewającego się Pokemona.
- Wracaj, Charizard!
- Shubi, dasz radę?
- Jasne, tato, już nie z takich opresji wychodziłem. Naprzód, Gligar!!!
Pamiętałem moją walkę z Karolem w Olivine, więc wybrałem właśnie tego Pokemona.
- Gligar, atak skrzydłem!
Electabuzz odsunął się i zaatakował elektrycznym szokiem. Wszystko szło po mojej myśli - szok nic nie zrobił Gligarowi.
- Teraz, Gligar! Trujący kolec!!!
Kolce wystrzelone przez Gligara poraniły mocno Electabuzza.
- Świetnie, jest już słaby! Pokeball, idź!!!
Piłka poleciała i zamknęła Electabuzza. Należał już do mnie. Otarłem pot z czoła - to była ciężka walka! Wszyscy pogratulowali mi zdobycia nowego Pokemona, a ja pochwaliłem Gligara i zawróciłem go.
- Shubi nigdy nie widziałem jak walczysz na żywo, ale teraz widzę, co traciłem. Jesteś bardzo utalentowany.
- Nie przesadzaj!
Mieliśmy już odejść. Po chwili wahania, dałem tacie Pokeball z Electabuzzem.
- Słuchaj, tato, on Cię będzie słuchał. Będzie twoim ochroniarzem... Jak przyjdzie tu jeszcze jakiś Pokemon, to on Ci pomoże... A jak mi będzie potrzebny, to go przyciągnę.
- Dobrze. Ruszaj już i powodzenia.
- Dzięki, tato. Jeszcze Cię kiedyś odwiedzę.
- Mam taką nadzieję. Bywaj.
Odeszliśmy w kierunku Vermilion. Teraz mieliśmy wracać do New Bark Town. Do nudnego New Bark Town. Mimo wszystko, miałem przeczucie, że jednak nieprędko tam trafię.

Powrót do góry

Rozdział 16 - Przyjacielskie poświęcenie

- Nie smutno Ci trochę, Shubi?
- Nie, czemu?
- Bo pożegnałeś Gengara, zostawiłeś Electabuzza, a teraz wracamy do New Bark Town.
- No, trochę jestem zawiedziony, ale nie za bardzo. Mogłem się spodziewać, że ta podróż nie będzie trwała za długo... To zupełnie co innego, niż podróżowanie i zbieranie odznak... Tęsknię za tym. Szkoda, że nie przydał mi się ten PokeNav... Chad, kiedy odchodziliśmy z Pallet Town, profesor Oak powiedział, że Profesor Birch szykuje coś dla nas... Kto to profesor Birch?
- Nie wiem i wstydzę się tego.
Dalsza droga do Vermilion była dosyć spokojna. Nie licząc tych walk, które stoczyliśmy ze sobą i z napotkanymi trenerami. Przejrzałem swój Pokedex.
- Według niego mam tak: Charmander, Charmeleon, Charizard, Sandshrew, Sandslash, Haunter, Gengar, Hitmonchan, Scyther, Electabuzz, Tauros, Eevee, Totodile, Croconaw, Feraligatr, Sentret, Furret, Espeon, Gligar, Tyrogue, Sharpedo i Bagon. Chyba o żadnym nie zapomniałem, co?
- Chyba nie... 22 to całkiem niezły zbiór, ale przecież sztuk masz tylko dziewięć.
- A kto mówi, że nie będzie więcej?
- Sytuacja Shubiego przedstawia się i tak lepiej, niż moja. Popatrzmy: Pikachu, Eevee, Jolteon, Flaaffy, Ampharos i Lanturn. W sumie gotowych cztery.
Roześmieliśmy się.
- Pokemonów nigdy za dużo!
- Racja, Sayo!
Właśnie tak mijała nam droga. Oprócz walk i rozmów nic się nie działo. Dopóki nie doszliśmy do Vermilion. Trochę było nam smutno, że opuszczamy Kanto. Staliśmy i patrzyliśmy na statek zastanawiając się, czy nie pójść jeszcze gdzieś, gdy nagle...
- Hej, Karol!
- Kto mnie... O, cześć Rick!
Podszedł do nas strasznie wysoki chłopak, wyższy nawet od Karola.
- Shubi, Chad, Sayo, to jest Rick. Spotkałem go, kiedy wędrowałem po Kanto. Co słychać?
- Nic takiego.Znowu podróżujesz po Kanto?
- Nie, nie tym razem. Właśnie wracamy do New Bark Town. Byliśmy w Lavender.
- A więc płyniecie do Johto... - w głosie Ricka dało się słyszeć smutek.
- Co jest?
- Ja też bardzo chciałbym jechać. Mam tam zbierać odznaki i drugi raz chcę dostać się do Ligi Pokemon. Poprzednio zająłem 46 miejsce.
Karol wyglądał, jakby bił się z myślami.
- Rick, masz mój bilet.
- Jak to? - powiedzieliśmy chórem - To nie wracasz do Johto?
- Shubi, pamiętasz, jak się spotkaliśmy na zawodach w Olivine? Dostałem się tam pociągiem. Mam przepustkę. Niech Rick płynie z wami, ja pojadę pociągiem z Saffron.
- Ale...
- Nie martw się, Shubi! Ja naprawdę dotrę do New Bark Town!
- Skoro tak... Musicie być naprawdę dobrymi przyjaciółmi.
- Jesteśmy.
Niedługo potem wsiedliśmy na statek. Karol pożegnał się z nami („Do zobaczenia”) i poszedł w kierunku Saffron. Pomyślałem, że to zupełnie, jak wtedy, gdy zaczynaliśmy naszą podróż.

Powrót do góry

Rozdział 17 - Powrót do Johto

- Szkoda, że Karol nie mógł z nami płynąć. Ten Rick już gdzieś zniknął w tłumie...
- Nie przejmuj się, Shubi! Zobaczycie się w New Bark Town! A może Karol przyjdzie poczekać na Ciebie do Olivine?
- Może... Dobra, mam dość, jestem głodny, gdzie bufet?
Z czyjegoś Pokeballa wyskoczył Wobbuffet.
- Hej, wracaj! A skoro już jesteś na zewnątrz... Ty! Co powiesz na walkę?
- Czemu nie! Walczmy!
Nie bez trudu mój Bagon pokonał Wobbuffeta trenera. Ten Pokemon cały czas odbijał ataki Bagona, aż w końcu Bagon użył ataku wściekłości, którego Wobbuffet nie był w stanie odbić. Resztę dnia spędziłem walcząc. Zresztą, Sayo i Chad też walczyli. Ciągle było mi smutno, że Karola nie ma z nami. Wieczorem wszyscy pasażerowie zeszli pod pokład na kolację. Wypuściłem Pokemony: Bagon, Espeon, Charizard, Hitmonchan, Gligar + Feraligatr, żeby mogły też coś zjeść. Wszystko szło znakomicie. Do czasu. Właśnie podnosiłem widelec do ust, gdy cały statek zatrząsł się i jedzenie wylądowało na mojej koszuli.
- Co jest?
- Pewnie w coś... uderzyli.
- Niemożliwe!
Chwilę potem usłyszeliśmy wrzaski osób wbiegających pod pokład:
- ZESPÓŁ R!!! ZESPÓŁ R!!! KILKA ŁODZI!!! UDERZYLI W NAS!!!
Na statku wybuchła panika. Chcąc zapobiec stratowania Pokemonów, zawróciłem je. Wszyscy wybiegali na pokład w ogólnej panice. Ja uznałem, że lepiej się schować, niż, jak ostatni idiota, wybiegać prosto w łapy Zespołu R. Powiedziałem to innym i wymknęliśmy się do kuchni. Siedzieliśmy tam spokojnie, aż nagle Chad zawołał:
- Patrzcie! Za tym oknem jest woda!
- I co z tego?
- Wcześniej jej nie było!!!
Padł na nas blady strach.
- ZESPÓŁ R ZATAPIA TEN STATEK! A MY JESTEŚMY TU JEDYNYMI ŻYWYMI!!!
Zerwaliśmy się i wbiegliśmy do jadalni. Woda już wlewała się po schodach na podłogę.
- Szybko! Musimy dostać się jak najwyżej!
Wybiegliśmy na pokład. Nie było nikogo, statek szybko tonął. Azurill zaczął piszczeć, przerażony.
- Szybko! Na górę!
Wspięliśmy się po drabince na miejsce, gdzie kapitan kierował statkiem. To był najwyższy punkt. W oddali widać było odpływające statki ratunkowe.
- Jak to się stało, że nie przeszukali statku?!
- Pewnie myśleli, że nikt nie był tak głupi, żeby zostaaaaać!!!
Statek się zakołysał i Sayo i Chad upadli uderzając się w głowy. Stracili przytomność. Była ciemna noc i zostałem sam na tonącym statku z dwoma Pokemonami. Czułem narastającą we mnie panikę. Straciłem już nadzieję na cud. Ale cud się wydarzył. Usłyszałem świst. Przyleciał jakiś wielki Pokemon. Kiedy się przyjrzałem, okazało się, że to ten sam, którego uwolniliśmy kiedyś z Pokemonowych Ruin. Usłyszałem w głowie jego głos: „Ocaliliście kiedyś mnie, teraz ja was ocalę. Wskakuj!”. Nie wiele myśląc, skoczylem na grzbiet ogromnego Pokemona. Potem Pokemon użył siły psychiki i przeniósł na swój grzbiet Chada i Sayo. Został jeszcze tylko Feraligatr...
- Wybacz mi, wiem, że tego nie lubisz, ale... Wracaj!
Zawróciłem Pokemon do Pokeballa. Nie protestował, wydawało mi się, że zależy mu tylko na tym, żeby jajko w moim plecaku było bezpieczne. Kiedy tylko Feraligatr zniknął w Pokeballu, wielki Pokemon odleciał. Odwróciłem się za siebie i zobaczyłem, że uratował nas w ostatniej chwili, bo statek właśnie zniknął pod wodą.
- Co teraz z nami zrobisz, Pokemonie?
Znowu usłyszałem jego głos: „Odstawię was w bezpieczne miejsce”. Lecieliśmy bardzo długo, a ja byłem bardzo zmęczony. W końcu zobaczyłem ląd. Pokemon wylądował tam, a ja zeskoczyłem z jego grzbietu. Potem ściągnąłem Chada i Sayo.
„Będziecie tu bezpieczni” - „powiedział” Pokemon. Chciał już odlecieć, kiedy zawołałem za nim:
- Kim jesteś?!
„Mówią na mnie Lugia” - usłyszałem.

Powrót do góry

Rozdział 18 - A new land! New adventure!

Siedziałem na plaży i czekałem do rana, aż Chad i Sayo się obudzą. Patrzyłem na gwiazdy, a potem na wschód słońca i rozmyślałem. Zastanawiałem się, gdzie trafiliśmy, czy to daleko od New Bark Town, czy nas znajdą, czy Karol jest bezpieczny i wcale nie byłem zmęczony. Około godziny 8.00 przypomniało mi się, że Feraligatr jest ciągle w Pokeballu, więc go wypuściłem. Niedługo potem ocknęli się Chad i Sayo i od razu obrzucili mnie pytaniami. Opowiedziałem im, że uratował nas Pokemon, który nazywał się Lugia.
- ...i zostawił nas tutaj i odleciał. I jeszcze powiedział, że nazywa się Lugia.
- No nieźle. Więc jednak opłacało się zachodzić wtedy do Pokemonowych Ruin!
- Tak, opłacało się... Kurcze... Szkoda, że PokeNav nie ma telefonu, zadzwoniłbym do domu...
Ciągle nie wiedzieliśmy, gdzie jesteśmy. Musieliśmy znaleźć jakieś miasto. O ile tam, gdzie byliśmy było jakieś miasto. Zaczęliśmy szukać. Po kilku godzinach trafiliśmy na ścieżkę.
- Świetnie, przynajmniej nie jest to bezludna wyspa.
Poszliśmy ścieżką przez las. Doprowadziła nas do miasteczka. Na drogowskazie było napisane „LITTLEROOT TOWN”.
- Gdzie my jesteśmy? Chyba pozostaje nam tylko jedno - zapytać.
Poszliśmy dalej ścieżką, która teraz zamieniła się w ulicę. Prowadziła prosto do dużego budynku, który był bardzo podobny do laboratorium profesora Elma i Oaka. Podszedł do nas jakiś chłopiec.
- Szukacie profesora Bircha? Nie ma go, pracuje zawsze w terenie. Poszukajcie tam.
Chłopiec wskazał ścieżkę prowadzącą do lasu i odszedł, zanim zdążyliśmy cokolwiek powiedzieć.
- Profesor Birch? Chodźmy go poszukać, od niego na pewno się wszystkiego dowiemy.
Poszliśmy ścieżką wskazaną przez chłopca. Kiedy doszliśmy do lasu, usłyszeliśmy jakieś krzyki. Ktoś wzywał pomocy. Pobiegliśmy tam. Okazało się, że trzy Pokemony podobne do małych wilków atakowały człowieka. Kiedy tylko człowiek nas zobaczył, krzyknął:
- Pomóżcie! Tam jest moja torba, są przy niej trzy Pokeballe, użyjcie ich!
Podbiegliśmy. Każdy złapał po Pokeballu i rzucił z okrzykiem:
- Pokeball, idź!!!
Z mojego Pokeballa wyszedł zielony Pokemon, przypominający gekona, z Pokeballa Sayo wyszedł pomarańczowy kurczak, a Chad wylosował wodnego Pokemona, trochę przypominającego rybę i płaza.
- Ua! Shubi, czy wiesz, co to za Pokemony? To przecież Treecko, Torchic i Mudkip! Odpowiedniki starterów z Johto i Kanto!
- POMOCY!!!
- Chad, później mi powiesz! Co to za Pokemon?
- Poohyena, gryzący Pokemon. Kiedy chce odstraszyć wroga, mocno gryzie i głośno wyje.
- Przynajmniej wiadomo, z czym walczymy... Jakie ataki ma Treecko?
- Ataki Pokemona Treecko: uderzenie, zezowate spojrzenie, absorpcja.
- POMOCY!!!
- Dobrze, już dobrze. Treecko, uderz go!!!
Pokemon wykonał polecenie. Podbiegł i odepchnął najbliżej stojącego Poohyenę. Jednak on się zrewanżował uderzając Treecko.
- Nie poddawaj się, Treecko! Uderz go jeszcze raz!!!
Pokemon znowu trafił przeciwnika. Teraz Poohyena chciał się zrewanżować i użył zezowatego spojrzenia na Treecko, ale Pokemon się nie cofnął.
- Co się dzieje?
- Treecko, Pokemon gekon. Treecko jest zawsze spokojny i opanowany bez względu na sytuację. Jeżeli jakiś Pokemon spojrzy na niego źle, Treecko nie cofnie się, ale odwzajemni ten wzrok.
- Aha, już rozumiem! Treecko, absorpcja!!!
Treecko wyssał trochę zdrowia z Poohyeny i sam się uleczył. Poohyena nie miał wyboru i uciekł. Po chwili zdałem sobie sprawę z własnej głupoty. Przecież mogłem go złapać! Obserwowałem, jak Sayo kończy z innym Poohyeną, a Chad rzucał Pokeballem w swoje Poohyena. Niestety, Pokemon odbił piłkę i uciekł w las. Uratowny człowiek podszedł do nas.
- Dziękuję wam za ratunek. Jestem profesor Birch.
- Profesor Birch? Słyszeliśmy o panu od profesora Oaka...
- Od profesora? To pewnie musisz być Shubi! Nie spodziewałem się Ciebie tak wcześnie.
- Pan się mnie spodziewał?
- Tak. Mieliście przybyć do Hoenn dopiero za miesiąc...
- Do Hoenn??
- Nie rozumiem... To wy nie wiecie, gdzie jesteście?
- No... Nie bardzo...
Opowiedziałem szybo o tonącym statku, ale nie powiedziałem, co nas uratowało. Uznałem, że lepiej tego nie rozpowiadać.
- Rozumiem... Chodźcie do mojego laboratorium.
Profesor poprowadził nas drogą, którą przyszliśmy. Jego laboratorium było duże, ale tylko z zewnątrz. Pewnie dlatego, że profesor pracował w terenie. Wewnątrz usiedliśmy sobie na fotelach i uczony zaczął mówić.
- Już jakiś czas temu profesor Elm opowiedział mi o tobie, więc postanowiliśmy, że przybędziesz do Hoenn. Oczywiście, nic na siłę. Wracaliście teraz do New Bark Town, prawda? Mieliście dostać propozycję przyjazdu do Hoenn. A tu jest dużo do roboty. Możesz znowu zbierać odznaki i uczestniczyć w Lidze.
- Naprawdę?
- Tak. A ja miałem Ci dać Pokemona, żebyś mógł się zapoznać z gatunkami zamieszkującymi Hoenn. Profesor Oak poinformował mnie jednak, że już kilka znasz. Tak, czy inaczej, czy chcesz rozpocząć podróż w Hoenn?
- No jasne?! I pan mnie jeszcze pyta?!
- To dobrze, cieszę się. I, oczywiście, dam wam po Pokemonie. Miał go otrzymać tylko Shubi, ale skoro mnie uratowaliście...
Profesor wyjął z torby trzy Pokeballe.
- Po jednym dla każdego. Które wybieracie?
- Ja wezmę Treecko, jeśli można. Już się z nim zaznajomiłem.
Wziąłem Pokeball z zielonym liściem i wypuściłem Pokemona.
- A ty, Chad? Którego weźmiesz?
- Naprawdę, mogę wziąć jednego?
- Oczywiście.
- No to wezmę Mudkipa.
Chad porwał Pokeball z kropelką.
- Sayo, dla Ciebie został Torchic. Proszę...
- Niech mnie profesor źle nie zrozumie, ale ja dziękuję. Zbieram tylko elektryczne Pokemony.
- Czy jesteś pewna?
- Tak, na sto procent.
- Szkoda, bo nie mam dla Ciebie żadnego innego Pokemona...
- Szkoda.
- W takim razie... Shubi, miał tu być z tobą twój przyjaciel, Karol...
- Tak, ale on pojechał do Johto pociągiem.
- Aha... W takim razie weź tego Torchica dla niego.
- Jak to?
- Tak. Kiedyś dostałeś przez niego Charmandera, teraz on dostanie od Ciebie Torchica.
- Dobrze, prześlę mu go.
Wziąłem dodatkowy Pokeball i schowałem do plecaka.
- Profesorze, czy mogę skorzystać z telefonu?
- Jasne, Shubi. Pozwolisz, że obejrzę twojego Feraligatra?
- Jasne.
Podszedłem do videofonu. Zadzwoniłem do profesora Elma.
- Halo, profesorze?
- Shubi, to naprawdę ty?
- Tak, to ja... Nie uwierzy pan, gdzie jesteśmy. W Hoenn!
- Naprawdę? Ja i profesorowie Birch i Oak, chcieliśmy...
- Wiem, wiem, już się dowiedziałem. Rozpoczynam tu podróż. A co z Karolem?
- Dzwonił z Goldenrod, rozpoczyna podróż po Johto.
- Aha... Więc wszystko w porządku?
- Jak najbardziej. Czy to nowy Pokemon?
- To? Tak, to Treecko, dostałem go od profesora Bircha.
- Rozumiem. Więc, tak jakby, zaczynasz od nowa.
- Właśnie tak, profesorze. Ja już się rozłączam, niech pan uspokoi moją mamę. Jak się dowiedziała, że byłem na tym statku... No nic, do widzenia.
- Do widzenia.
Rozłączyłem się. Profesor Birch właśnie oglądał Azurilla.
- Profesorze, gdzie mamy się teraz udać?
- Aha, zapomniałem. Proszę, dostałeś PokeNav! Zaraz załaduję mapę Hoenn...
Nie minęły dwie minuty, już miałem załadowaną mapę.
- Dobrze. Najpierw pójdźcie do Petalburg, a potem według drogowskazów. Na pewno traficie.
- Dobrze, profesorze. Wyruszamy już dzisiaj!
- Kiedy?
- Teraz!!! Chodźcie! Do widzenia, profesorze! I dziękujemy za Pokemony!
- Nie ma za co! Powodzenia!
Wybiegliśmy z laboratorium i skierowaliśmy się na północ. Wreszcie nowa przygoda. I tym razem na pewno Zostanę Mistrzem Pokemon!

Powrót do góry

Rozdział 19 - Nauczka

Wciąż byłem pod wrażeniem tego, co się stało – trafiłem przypadkiem do nowej krainy, mogę od nowa zbierać odznaki, a poza tym mam ponad miesiąc przewagi nad innymi trenerami! W Hoenn było bardzo dużo nowych, dziwnych Pokemonów. Akceptowałem wyzwanie każdego trenera.
- Hej, walczysz?
- Jasne, dawaj!
- Idź, Wurmple!
- Naprzód, Charizard!
- Wurmple, uderz go!
Mały robaczek tylko odbił się od brzucha Charizarda.
- Charizard, miotacz płomieni!
Wurmple nie wytrzymał ataku Pokemona, który był o 30 poziomów od niego lepszy.
- Och nie! Wurmple, wracaj!
Od kiedy opuściliśmy Littleroot, pokonałem już: 13 Poohyenów, 15 Zigzagoonów i 24 Wurmple. Kiedy tylko pokazywał się któryś z tych Pokemonów, Chad od razu wyciągał notes i zbierał o nich dane.
- Przecież tych Pokemonów nie ma w Johto!
Szliśmy do Petalburg, ale po drodze było miasteczko Odale. Było już blisko do niego, kiedy otrzymałem jeszcze jedno wyzwanie.
- Hej! Ty, z Feraligatrem! Walczysz?
- Jasne.
- Naprzód, Zigzagoon!!!
- Idź, Gligar!!!
Zigzagoon to mały szop. Wygląda jak zygzaki, ale nie należało go lekceważyć. Ja się nie przejmowałem.
- Gligar, stalowe igły!
Gligar wystrzelił igły w kierunku Zigzagoona i pokonał go. Trener zawrócił Pokemona i uciekł.
- Shubi... Może nie powinieneś być taki... bezwzględny... To są początkujący trenerzy.
- No i?
- No i zachowujesz się trochę... Nie fair używając swoich najsilniejszych Pokemonów przeciwko nim...
Przypomniałem sobie, jaką trudność sprawiło mi pokonanie Pidgeota tylko przy pomocy Totodila i Sentreta. Może jestem trochę za ostry? Ale ja w końcu wygrałem. Nie, nie jestem za ostry.
- Hej, ty!
- Kto, ja?
Podeszła jakaś dziewczyna. Była niższa ode mnie. Pomyślałem, że to jeszcze jedna początkująca trenerka.
- Chcesz mi rzucić wyzwanie?
- Możliwe. Widziałam, jak zachowujesz się wobec tych dzieci. Wiem, kim jesteś. Widziałam Cię w telewizji na ostatnich mistrzostwach Ligii. Ale nie wiedziałam, że jesteś taki palant!
- Jak...?! Co ty?!
- Ja jestem początkującą trenerką, mam jedną odznakę. Pochodzę z Petalburg. Jak chcesz, możemy walczyć. Dwa na dwa.
- Jak Cię pokonam, to przestaniesz być taka bezczelna! Idź, Feraligatr!
- Naprzód, Numel!
- Numel, zdrętwiały Pokemon. Numel posiada w swoim ciele magmę o temperaturze 2200 stopni Farenheita. Kiedy temperatura powietrza się ochładza, magma twardnieje i Pokemon staje się dużo wolniejszy.
- Więc wystarczy tylko spryskać go zimną wodą! To będzie proste!
- Nie bądź taki pewny! Numel, słoneczny dzień!
Z dziurki na grzbiecie Pokemona wystrzelił w kierunku nieba promień. Po chwili zrobiło się strasznie gorąco. Feraligatrowi przeszła ochota na walkę.
- Wracaj, Feraligatr! Naprzód, Charizard!
- Numel, smog!
Z tej samej dziurki, wydobył się czarny dym, który spowił Charizarda.
- Teraz, Numel! Atak ciałem!!!
Tylko dlatego, że to było krytyczne uderzenie, Numelowi udało się znokautować Charizarda.
- Wracaj, Charizard!
- I co teraz? Taki jesteś mądry?
- Skoro ty wykorzystałaś słoneczny dzień, ja wykorzystam go przeciwko tobie! Naprzód, Feraligatr!
- O, znowu Feraligatr? Chcesz przegrać?
- O nie, nie przegram. Ja potrafię myśleć! To mi pomogło pokonać Whitney! Feraligatr, taniec deszczu!
Feraligatr odtańczył jakiś dziki taniec, a z nieba zaczął padać gęsty deszcz. Numel nie mógł tego znieść.
- Numel! Och, nie!
Pokemon poruszał się strasznie wolno. Tak jak powiedział Pokedex.
- Teraz, Feraligatr! Wodna broń!
- Wracaj, Numel!!!
Musiałem przyznać, że ta dziewczyna umiała walczyć.
- Naprzód, Cancea!!!
- Cancea, Pokemon kaktus. Żyje w suchym i gorącym klimacie, a im klimat jest cięższy do zniesienia, tym kwiat na głowie Cancei rośnie większy i piękniejszy. Ten Pokemon walczy obracając szybko swoimi ramionami.
Mały kaktus tylko czekał na rozkaz.
- Cancea, trujący kolec!!
Cancea zaczęła machać szybko ramionami, z których wystrzeliły kolce w kierunku Feraligatra.
- Feraligatr, unik!
Pokemon użył wodnej broni i zneutralizował kolce.
- Teraz, Feraligatr, lodowa pięść!
- Zręczność, Cancea!
Kaktus wykonał szybki unik. Zadziwiła mnie jego szybkość – zazwyczaj roślinne Pokemony są powolne. Trzeba było tą szybkość wykorzystać.
- Feraligatr, celuj w nią wodną bronią!
- Haha! W ten sposób nie pokonasz Cancei! Ona jest za szybka! Nauczyłam ją z TMu!
- Tak właśnie myślałem!
Feraligatr stał w miejscu i celował w Canceę, ale ta ciągle unikała.
- Cancea, co Ci jest?
Pokemon był coraz bardziej zmęczony swoimi unikami. W końcu Cancea musiała trochę odsapnąć i wtedy Feraligatr ją dopadł.
- Teraz, Feraligatr, lodowa pięść!!!
Pokemon błyskawicznie znalazł się przy kaktusie i uderzył ją pięścią. To wystarczyło, by pokonać Pokemona.
- Och, nie! Wracaj, Cancea.
Dziewczyna usiadła na trawie. Była wyraźnie przybita.
- Nie martw się...
- Ale ja specjalnie nauczyłam Canceę zręczności... Poza tym chciałam dać Ci nauczkę...
- Roślinne Pokemony są z natury powolne, dlatego należy ćwiczyć ataki raczej defensywne, niż ofensywne. Poza tym... Dałaś mi nauczkę. Nie powinienem był się tak zachowywać. Przesadziłem z wodą sodową.
Podałem jej rękę i pomogłem wstać.
- Dzięki za tą lekcję...
- Jestem Emily.
- Dzięki, Emily. Ja dopiero zaczynam w Lidze Hoenn. Chyba się tam spotkamy.
- Mam taką nadzieję. I tym razem Cię pokonam!
Pożegnała się i odeszła w drugą stronę. My ruszyliśmy do Odale.
- Shubi, czy nie uważasz, że ona za daleko się posunęła z tą nauczką?
- Nie, wcale nie. Dzięki niej przejrzałem na oczy. Dużo się nauczyłem dzięki tej lekcji.

Powrót do góry

Rozdział 20 - Jak się wabi Pokemony

Lekcja Emily dużo dała mi do myślenia. Po krótkiej rozmowie z profesorem Elmem w Odale w Centrum Pokemon miałem taką drużynę: Hitmonchan, Feraligatr, Furret, Sharpedo, Treecko i Bagon. W Odale nie znajdowało się nic ciekawego, toteż się tam nie zatrzymaliśmy i od razu ruszyliśmy dalej. Teraz należało się kierować na zachód. Spodziewaliśmy się, że dojdziemy do Petalburg za 2-3 tygodnie.
- Nie macie pojęcia, jak to fajnie!
- Co fajnie?
- No, tak zdobywać odznaki i uczestniczyć w Lidze... W Petalburg zdobędę moje pierwsze trofeum w Hoenn!
- O ile zdobędziesz...
- Że jak?
- No, wiesz, trenerzy z którymi walczyłeś, nie byli zbyt silni, ale liderzy sal na pewno są trudni.
- Racja.
Od tego momentu trenowałem więcej, szczególnie z Treecko, który był moim nowym Pokemonem. Po długim treningu nauczył się nowych ataków. Idąc dalej, spotkaliśmy chłopca, który zachowywał się bardzo dziwnie. Klęczał przy wysokiej trawie i ciągle potrząsał jedną kępką. Zdziwiło nas to. Chad zapytał:
- Ej, co robisz?
- Wabię Nincada.
- Co wabisz?
- Nincada, Pokemon trenujący. Nincada żyje pod ziemią, gdzie używa swoich szponów do wysysani substancji odżywczych z korzeni drzew. Nincada nie może znieść jasnych promieni słonecznych, więc ich unika.
- Skoro tak, to nie zwabisz jej w ten sposób...
- Właśnie, że złapię. Jestem ninją, to wiem, jak łapać takie Pokemony!
- Jesteś ninją?
- Tak. W Pokedeksie tego nie napisali, ale Nincada nie lubi, jak się jej przeszkadza. Jeśli będę cierpliwie hałasować tą kępką, to w końcu wyjdzie. A wtedy ją złapię!
- A masz już jakieś Pokemony? Nie wyglądasz na trenera.
- Prawdziwy ninja wie, jak schować swoje rzeczy tak, by nie było ich widać, ale były pod ręką.
Chłopiec – ninja machnął szybko ręką i po chwili ujrzeliśmy, że trzyma Pokeball.
- Kto chce walczyć? 2 na 2?
- Ja! – rzekł Chad.
- Świetnie. Naprzód, Koffing!
- To będzie simple, jak nie wiem! Wybieram Cię,... Chcesz walczyć, Azurill? Dobrze, idź.
- Azurill? Ty chyba mnie nie doceniasz! Koffing, atak szlamem!
- Unik, Azurill!
- Koffing, blokada!
Koffing zablokował drogę Azurillowi i uderzył go.
- Azurill, bąbelki!
- Koffing, chlap błotem!
Z bąbelków niewiele zostało.
- Ostatnia szansa! Azurill, pokaż mu swój urok!
Azurill stanął i ślicznie wyglądał. Koffing się zawachał.
- Koffing, pamiętasz, co Ci mówiłem? Ninja jest przygotowany na wszystko! Trujący gaz!
Koffing przemógł się i otruł Azurilla.
- Och, nie! Wracaj, Azurill!
Sayo podbiegła i dała małemu Pokemonowi antidotum.
- Walka się jeszcze nie skończyła!
- Racja. Wracaj, Koffing!
- Naprzód, Mudkip!
- Idź, Spinarak!
- O! To Spinarak! Zawsze chciałem go mieć! – powiedziałem.
- Nie ważne, Shubi, to jest walka!
- OK., przepraszam.
- Więc! Mudkip, atak błotem!
- Spinarak! Na drzewo!
Pokemon błyskawicznie znalazł się na drzewie używając sieci. Pomyślałem, że Pokemony tego chłopca zachowują się rzeczywiście jak ninja. Ale przecież musiały mieć jakiś słaby punkt... Czasami mocna strona może być słabą stroną...
- Chad, wykorzystaj jego szybkość!
- Co? Eeee... Dobra, nie przeszkadzaj! Zaraz... Racja... Mudkip, wodna broń!
Tak jak przewidziałem, Spinarak zeskoczył na ziemię, ale zanim jej dotknął, Chad wydał Mudkipowi jeszcze jedną komendę:
- Mudkip, teraz wodna broń w ziemię!
W miejscu, gdzie miał wylądować Spinarak, zrobiła się kałuża i błoto. Kiedy Pokemon tam wylądował, pośliznął się i upadł.
- Teraz, Mudkip, uderz go!
Mudkip podbiegł i skończył z pająkiem. Ninja zawrócił go.
- Ej, dzięki za pomoc!
- Jak... – urwałem, bo zobaczyłem, że z trawy wychodzi Nincada.
- Zwabił ją odgłos naszej walki! Będzie moja! Naprzód, Koffing!
Ten Pokemon nie był zmęczony po walce z Azurillem. Szybkie komendy małego ninjy wyeliminowały Nincadę. Chłopiec rzucił Pokeball i schwytał Pokemona.
- Jeszcze raz: dzięki! Bardzo mi pomogliście!
Chciał już odejść, kiedy przypomniało mi się coś.
- Ej, a czy potrafił byś tak dobrze wytrenować jakieś innego Pokemona?
- Jasne, a jakiego?
- Mam jednego, takiego niesfornego, z którym mam kłopoty, a on jest tak jakby ninją... Może pomógłbyś mi ze Scytherem?
- Ze Scytherem?! Pomogliście mi, to ja pomogę wam! Chodźmy do mojego domu, do Petalburg! Poprowadzę was skrótem, dojedziemy za 5-7 dni!
- No to chodźmy.
Poszliśmy skrótem. Cieszyłem się z dwóch powodów: że dojdziemy szybciej do Petalburg i że może Scyther wreszcie się mnie posłucha.

Powrót do góry

Rozdział 21 - Pokoje prób

Po kilku dniach doszliśmy do Petalburg. Chłopak miał rację, gdybyśmy szli główną drogą, zajęło by to dużo więcej czasu. Miasto to nie było zbyt wielkie, ale ładne i czyste. Miało nawet własne jezioro. Ninja zaprowadził nas do swojego domu, który znajdował się niedaleko Centrum Pokemon, więc mogłem wziąć Scythera.
- Dobrze, Shubi, pokaż go.
- OK. Wychodź, Scyther!
Pokemon opuścił Pokeball, ale od razu zaczął okazywać swoje humory. Z godnością patrzył w sufit i nie zwracał na nas uwagi, a już najbardziej na mnie.
- Czy on się zawsze tak zachowuje?
- Tak. Niestety.
- Mogą być trudności... A co chcesz właściwie osiągnąć?
- No... Żeby się słuchał i nie odstawiał takiego przedstawienia...
- Może mi się uda przemówić mu do rozsądku... Ale muszę być sam.
- To znaczy...
- Może się przejdziecie na arenę Pokemon? To niedaleko. Scyther Ci chyba nie będzie potrzebny, żeby wygrać odznakę?
- Raczej nie będzie. Pójdziemy na arenę, co?
- Jasne.
- Chodźmy.
Udaliśmy się na stadion. Trafić było bardzo łatwo, wszędzie były drogowskazy. Po niedługiej podróży zadbanymi uliczkami dotarliśmy na miejsce.
- Ciekawe, jakie Pokemony ma lider tej sali?
- Też się zastanawiam... No nic, wchodzimy.
Weszliśmy... I znaleźliśmy się w malutkim pomieszczeniu, które nadawało się najwyżej na komórkę, ale z pewnością nie na salę. Przed nami były dwie pary drzwi. Chad domyślił się, że trzeba przejść przez jedne (Ale z niego geniusz!). Kiedy przecisnęliśmy się przez drzwi (co było dosyć trudne z uwagi na to, że były bardzo wąskie), dotarliśmy do podłużnej sali. Uważałem, że to pomieszczenie również nie może być właściwą salą. Nagle jak z pod ziemi wyrosła jakaś dziewczyna.
- Hej, czy wy tu po odznakę?
- Właściwie, to tylko ja...
- Dobrze, musicie przejść przez jedne z tych drzwi.
- Znowu drzwi? No cóż...
Podszedłem, ale...
- Te drzwi są zamknięte!
- Tak, bo musisz najpierw wygrać pojedynek ze mną, to otworzę Ci te drzwi, przez które będziesz chciał przejść. A ten pokój nazywa się Pokojem Szybkości.
- To znaczy?
- To znaczy, że wybierasz Pokemona i on musi dobiegnąć pierwszy do końca trasy, a jeśli dobiegnie drugi, to do widzenia i możesz spróbować kiedy indziej.
- Aha. To taki pokój prób... Ile jest w sumie pokoi?
- Pokoi jest dużo, ale w sumie, jeśli Ci się uda wygrać, to będą do przejścia 3 + lider.
- Wspaniale. A więc zaczynamy!
- Do tej próby wybieram Stantlera!
- A ja wybieram Furreta!
Pokemony stanęły jeden przy drugim i czekały na znak do startu.
- Masz ładnego Furreta, mam nadzieję, że jest szybki... Do rzeczy, zasady. Więc, Pokemon musi dobiec do końca, wziąć piłkę i przynieść do trenera. Można używać ataków do przyspieszenia Pokemona, ale nie wolno przeszkadzać przeciwnikowi.
- Czyli po prostu, piłka musi się znaleźć w moich rękach?
- Tak. No więc... Gotowi... Start!
Pokemony pobiegły przed siebie. Sala była podłużna, ale krótka, mimo wszystko. Stantler pierwszy dobiegł do piłki, złapał ją i był już w prawie w połowie drogi, kiedy Furret złapał swoją.
- Furret, musimy wygrać! Użyj zręczności!
Pokemon dogonił Stantlera, ale trasa już się kończyła.
- Furret, podaj ogonem!
Pokemon podskoczył i odbił piłkę ogonem prosto w moją wyciągniętą rękę. Dokładnie 2 sekundy później druga piłka wylądowała w ręku dziewczyny.
- Wygrałeś, nie doceniałam Cię...
- Wiele osób przed tobą mnie nie doceniało.
- W każdym razie, masz cudownego Furreta. Stantler był szybszy, ale Twój Pokemon użył głowy i precyzji.
- Właśnie taki jest mój Furret. Dobra robota!
Pochwaliłem Pokemona i zawróciłem go.
- To które drzwi Ci otworzyć?
- Te po lewej.
- Dobrze.
Dziewczyna podeszła i otworzyła wskazane drzwi. Weszliśmy i znaleźliśmy się w podobnym pomieszczeniu. Również było podłużne, ale sporo krótsze.
- Witajcie w Pokoju Precyzji. Moja poprzedniczka wyjaśniła wam zasady?
- Tak, ale tu są na pewno inne...
- Tylko trochę. Tam stoją puszki. Twój Pokemon musi je strącić stąd szybciej od mojego.
- Dobrze, zaczynamy. Wybieram Treecko!
- Przeciwnikiem twojego Pokemona będzie Meowth!
Meowth pogardliwie spojrzał na Treecko. Gekon był o wiele od niego słabszy, ale to nie była walka.
- Meowth, atak wypłaty!
- Treecko, strzelaj nasionami!
Poleciały pierwsze puszki. W pewnej chwili Meowth przestał rzucać monetami i przyglądał się Treecko. Wydawało się, że Pokemon nie lubi mojego podopiecznego. A ta chwilka wystarczyła, żeby Treecko zwyciężył.
- Tak! Dzięki, Treecko, byłeś wspaniały!
- Meowth, co ty wyprawiasz?! Czy musisz być taki zazdrosny?! Wracaj!
Również zawróciłem swojego Pokemona. Chłopak otworzył mi drzwi i znaleźliśmy się w niewielkim pomieszczeniu o nazwie Pokój Siły. Na samym środku pokoju stał stół, a przy nim dwa krzesła. Na jednym siedział dosyć wysoki, muskularny chłopak.
- To jest pokój siły. Zasady znasz, powiem tylko tyle, że twój Pokemon musi pokonać mojego. Będą się siłować na rękę.
W duchu pobłogosławiłem sobie, że wybrałem taki, a nie inny zestaw Pokemonów.
- W porządku, wybieram Hitmonchana!
- A ja wybieram Aipom.
Pokemony usiadły, a raczej Hitmonchan usiadł na krześle, bo Aipom wskoczył na stół. Małpi Pokemon wyciągnął ogon, który był jego trzecią ręką. Hitmonchan złapał go i zaczęła się próba siły. Aipom ma bardzo muskularny i silny ogon, ponieważ zazwyczaj to nim trzyma się gałęzi, kiedy chodzi po drzewach. Po dosyć długiej walce Hitmonchan rozłożył przeciwnika. Chłopak z uśmiechem odwołał podopiecznego i pokazał mi drzwi. Jedyne drzwi. Wiedziałem, że za nimi jest już lider. Wręcz pobiegłem tam. W ostatnim pomieszczeniu była już właściwa sala, a na jej środku około 30-letni mężczyzna.
- Witajcie, jestem Norman, lider sali w Petalburg. Czy przychodzisz, żeby wyzwać mnie na pojedynek o odznakę?
- Tak, ja jestem Shubi z New Bark Town!
- Z New Bark Town? To jest chyba w Johto.
- Tak, jest.
- Czy jesteś zarejestrowany w Lidze Hoenn?
- Słucham?
- Czy byłeś w Rustboro? Tam prowadzą zapisy. Jeżeli nie jesteś zapisany, owszem, możemy stoczyć walkę, ale nie mogę dać Ci odznaki.
- Jak to? To przechodziłem przez te pokoje na próżno?
- Czy profesor Birch nie powiedział Ci, że najpierw musisz się zapisać?
- Nie...
- On jest bardzo roztargniony... No trudno. Ale skoro dostałeś się aż tutaj... No... Idź do Rustboro, zapisz się i stoczymy walkę. Nie będziesz musiał przechodzić znowu przez te pokoje.
- Dobrze. Do widzenia.
- Do widzenia.
Wyszedłem z sali i powiedziałem bardziej do siebie:
- Może to i lepiej, że stoczę walkę później... Złapię więcej Pokemonów i będę silniejszy.
- Masz rację. Jakbyś zawsze był taki rozsądny...
- Słucham?!
- Nic, nic.
Poszliśmy z powrotem do domu małego ninjy. Czekał na nas na podwórku. Kiedy tylko przyszliśmy, wręczył mi Pokeball.
- To twój Scyther. Jest bardzo silny i tak dalej, ale on Ci po prostu nie ufa. Ja tu nic nie pomogę. Musisz sam do niego dotrzeć.
- Dzięki, spróbuję.
Jeszcze tego samego dnia opuściliśmy Petalburg i skierowaliśmy się do Rustboro.

Powrót do góry

Rozdział 22 - Rozbite jajo

Żeby dostać się do Rustboro należało przejść przez las Petalburg. Kręciło się tam mnóstwo Pokemonów. Uważałem, że las Petalburg nie może być taki straszny, skoro bez żadnych problemów przeszedłem przez las Ilex. I przy okazji zdobyłem tam odznakę. Cieszyłem się, że musieliśmy iść do Rustboro, ponieważ tam również znajdowała się sala Pokemon. Chad wynalazł, że liderka nazywała się Roxanne. Ponieważ nie musieliśmy się śpieszyć, zarządziłem odpoczynek. Chad zawsze wszystko szybko robił, tym razem znalazł idealny pagórek do postoju. Wgramoliliśmy się na niego i wyciągnęliśmy się na trawie. Azurill zaczął biegać w kółko dla zabawy. Feraligatr rozsiadł się i wyciągnął z mojego plecaka jajo. Sayo zauważyła to i rozmowa zeszła na "jajeczne" tematy.
- Czy coś się z tego jajka jeszcze wykluje?
- Naprawdę nie mam pojęcia, Sayo. Już tyle czasu z nim chodzę... Nie chcę mówić tego głośno, ale myślę, że raczej nic z tego. Już za długo to trwa... Często mi się wydaje, że coś się w nim rusza, ale...
- A może jednak?
- Bardzo bym chciał, Sayo. Bardzo.
Nagle usłyszeliśmy jakiś wielki wybuch. Obejrzałem się. To za nami walczyło dwóch trenerów. Obaj mieli Electrode i oba te Pokemony eksplodowały jednocześnie. Odetchnąłem z ulgą, ale okazało się, że przedwcześnie. Feraligatr tak się przestraszył wybuchu, że wypuścił jajo i teraz toczyło się ono w dół zbocza. A na samym dole było mnóstwo kamieni. Mimo, że nie wierzyłem, że jeszcze coś się z tego jaja wykluje, nie myślałem o tym. Błyskawicznie wstałem i ruszyłem za nim w pogoń. Nie było łatwo je dogonić. Już wyciągałem w jego kierunku ręce, aż tu nagle odbiło się ono od kamienia i wyleciało w powietrze. "Muszę je złapać! Dla Feraligatra!" – pomyślałem. Stanąłem na tym samym kamieniu i wyskoczyłem. Wyciągnąłem ręce tak daleko, jak tylko mogłem, złapałem jajo, ale niestety, upadłem boleśnie na inny kamień. To nie było ważne, chciałem tylko, żeby jajko było całe. Wstałem ledwo, zataczając się. Dobiegł do mnie Feraligatr. Chad i Sayo, zaskoczeni, byli jeszcze na szczycie pagórka. Nie patrzyłem na jajo. Feraligatr czekał cierpliwie, co zrobię. Przez chwilę zastanawiałem się, jak zachowa się mój Pokemon, kiedy okaże się, że jajo jest rozbite. Czy pogrąży się w smutku, czy w złości? Kogo będzie winił? Czy odejdzie? Czy zapomni o tym? Nie mogłem już dłużej tego wytrzymać. Zmusiłem się, żeby spojrzeć na jajo. Wyciągnąłem je przed siebie. Kiedyś było jedynie podrapane, teraz całe popękane. Feraligatr patrzył na jajo, a w jego oczach widziałem łzy. Nie mogłem na to patrzeć. Nagle poczułem, że w jaju coś się rusza. Szybko położyłem je na trawie. Razem z Feraligatrem czekaliśmy, co się stanie. Jajo rzeczywiście się ruszało. Powoli rozchyliłem popękanie skorupki. W końcu wszystkie odpadły, a naszym oczom ukazał się mały Pokemon. Był to malutki Totodile, samiec. Wcześniak. Był cały niebieski, a w niektórych miejscach czerwony. Wyglądał, jakby spał. Oczka miał zamknięte, ale powoli je otwierał. W końcu usiadł i spojrzał na Feraligatra. Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Nagle malutki Totodile dźwignął się na łapki, podszedł i przytulił się do Feraligatra – swojego ojca. Feraligatr podniósł syna i przytulił go do serca. Z pewnością była to najpiękniejsza chwila w życiu mojego Pokemona. Byłem pewien, że nigdy nie był taki szczęśliwy. Stało się to, na co czekał od tak dawna. Pomyślałem tylko, że to wielka szkoda, że ten mały Pokemon nigdy nie pozna swojej matki. Nagle Feraligatr spojrzał na mnie i podał mi swojego syna. Wziąłem go ostrożnie i popatrzyłem mu prosto w oczy. Były identyczne jak oczy Feraligatra. Przypomniało mi się, że Feraligatr też był kiedyś takim małym Totodilem.
- Nadam Ci imię... Będziesz się nazywał Jawie, dobrze?
- Totodile!
Podałem Feraligatrowi jego syna. Jawie był taki malutki, bezbronny. Byłem jednak pewien, że Feraligatr dobrze się nim zaopiekuje. Wróciliśmy na wzgórze. Chad i Sayo bardzo chcieli obejrzeć Jawiego, ale Feraligatr nie pozwolił im go wziąć. Zrozumieli to i nie nalegali. Ruszyliśmy w dalszą drogę, do Rustboro. Pogodziłem się z tym, że teraz będziemy podróżować znacznie wolniej. Nie przeszkadzało mi to.

Powrót do góry

Rozdział 23 - Ucieczka i porwanie

Malutki Jawie stał się teraz jedynym tematem naszych rozmów. Żeby zrobić mu miejsce w drużynie, odesłałem Scythera. Podczas podróży Jawiego niósł Feraligatr. Wtedy Pokemon rozglądał się na wszystkie strony. Odpoczynki robiliśmy coraz częściej. Wtedy Feraligatr pozwalał Jawiemu trochę pochodzić, ale kiedy się za bardzo oddalał, Pokemon od razu go wołał. W takiej sytuacji zawsze po powrocie Jawiego, Feraligatr musiał koniecznie sprawdzić, czy jego syn jest cały. Tylko ja mogłem trzymać i bawić się z małym Pokemonem, Feraligatr nie dopuszczał do niego nikogo innego. A Jawie zaprzyjaźnił się bardzo szybko z małym Azurillem. Chad i Sayo bardzo chcieli pobawić się z małym Totodilem, ale szanowali wolę Feraligatra. Zastanawiałem się, czy to, że Feraligatr tak troskliwie opiekuje się synem, nie wpłynie na jego zdolności walki. Zależało mi, żeby Jawie był pod dobrą opieką, ale nie chciałem, żeby mój najsilniejszy Pokemon osłabł. Tymczasem wkroczyliśmy do lasu Petalburg.
- Jestem w wyśmienitej formie i zobaczycie, że zaraz złapię jakiegoś Pokemona!
- Shubi, nie wystarczy Ci, że od kilku dni masz jednego, dodatkowego?
- Nie! Pokemonów nigdy za dużo! A malutki Jawie jest za młody na walkę. Feraligatr, mógłbyś go nauczyć kilku ataków!
Pokemon popatrzył na mnie z wyrzutem. Miał rację - przede wszystkim należało pozwolić Jawiemu pobyć dzieckiem. Szliśmy lasem. Dookoła było bardzo dużo drzew, ale nie były takie wielkie jak w lesie Ilex. Tamtejsze drzewa rosły tak wysokie, że można było zobaczyć je z kosmosu. Zastanawiałem się, jak wygląda las z przestrzeni kosmicznej, kiedy zza drzewa wyskoczyło coś na środek ścieżki.
- Hej, to jest Pokemon!
- Shroomish, Pokemon grzyb. Kiedy Shroomish wyczuje niebezpieczeństwo, potrząsa ciałem, żeby z czubka jego głowy wystrzelił pyłek. Pyłek tego Pokemona jest tak toksyczny, że niekiedy truje inne rośliny.
- No, no, no! Taki Pokemon by mi się przydał!
- Ostatnio ciągle łapiesz Pokemony.
- Nie uważam, żeby to było złe. Naprzód, Feraligatr! Załatwisz go raz - dwa!
Feraligatr podbiegł, podał mi ostrożnie swojego syna, po czym wybiegł przed przeciwnika. Shroomish był od niego kilka razy mniejszy. Nagle, mały Pokemon zaczął się bardzo szybko obracać, a z czubka jego głowy wystrzelił fioletowy pyłek.
- Uważaj, Feraligatr! On Cię chce sparaliżować!
Malutki Jawie bardzo głośno kibicował swojemu tacie. Tak głośno, że zagłuszał część moich komend. Na szczęście, Feraligatr nie poddał się działaniu pyłku.
- Teraz masz szansę, Feraligatr! Lodowa pięść!
Jawie przyjrzał się uważnie, jak Feraligatr wykonuje zamach, jak jego pięść spowił lód i jak Shroomish zamienił się w kostkę lodu. Chyba mały grzyb miał już dosyć.
- Pokeball! Idź!
Pokeball zamknął w sobie kostkę lodu, po czym zniknął. Znaczyło to jedno - profesor Elm właśnie rozmraża nowego Pokemona. Po krótkiej walce pochwaliłem Feraligatra. Jawie Hałasował jeszcze głośniej. Nagle zrobił coś, czego się zupełnie nie spodziewałem. Wykonał lodową pięść zupełnie, jak Feraligatr. Tylko, że na mnie. Nie był to silny atak, ale wystarczył, żebym upadł i wypuścił małego Pokemona. Jawie tylko skorzystał z okazji i uciekł w las. Wystraszyłem się nie na żarty. Wszyscy pobiegliśmy za Pokemonem. Krzyknąłem do Sayo i Chada, żeby pobiegli w inną stronę, a jakby co, to się spotkamy w Rustboro. Razem z Feraligatrem pobiegliśmy prosto, a Chad i Sayo skręcili. Stanąłem i zacząłem się rozglądać. Serce biło mi jak szalone. Feraligatr poszedł trochę dalej. Przywoływał syna, ale ten się nie odzywał. Martwiłem się, żeby Feraligatr nie obwiniał mnie. Nagle usłyszałem ryk Feraligatra. Pobiegłem w tamtą stronę. Wybiegłem na polanę. Stało tam mnóstwo ludzi w niebieskich, marynarskich mundurach. Zgromadzeni byli wokół jednej z kilkunastu szklanych tub. W tej, na którą patrzyli był Feraligatr. Pokemon ryczał wniebogłosy i próbował się wydostać.
- Zespół R?
Ludzie odwrócili się. To na pewno nie byli członkowie Zespołu R. Wyglądali na zbyt mądrych.
- Kim jesteście?
- My jesteśmy Zespół Aqua.
- Oddajcie mi mojego Feraligatra!
- A więc to twój Pokemon?
- Tak, mój. - powiedziałem zaciskając pięści.
- Już nie twój. Jeśli nie chcesz stracić więcej Pokemonów, odejdź stąd.
- To. Jest. Mój. Feraligatr. - Odrzekłem, starając się mówić spokojnie. Ci ludzie wyglądali groźnie, poza tym nie miałem pojęcia, jak udało im się wpakować tak wielkiego i silnego Pokemona jak Feraligatr do szklanej tuby.
- Chłopcze, nie igraj z Zespołem Aqua. Dajemy Ci ostatnią szansę na zachowanie pozostałych Pokemonów.
Nie chciałem tego dłużej słuchać. Chwyciłem najsilniejszego Pokemon, jakiego przy sobie miałem - Hitmonchan. Któryś z Aqua roześmiał się. Wycelował do mnie z małego pistoleciku i strzelił. Z lufy wystrzelił promień energii, która dotknęła Pokeballa w mojej ręce. Po chwili w jednej ze szklanych tub zmaterializował się Hitmonchan. Widząc moje zdumienie i strach, jeden Aqua roześmiał się.
- Widzisz, my nie jesteśmy jak Zespół R. Nie używamy już siatek. My używamy techniki.
Wystrzelił do pozostałych Pokeballi przy moim pasku, a w tubach zmaterializowali się Sharpedo, Bagon i Treecko. Wszystkie Pokemony były zaskoczone i wystraszone. Aqua załadowali tuby na ciężarówkę.
- A teraz, skoro wiesz już o nas i o naszym wyposażeniu, nie możesz nikomu wygadać. Wy się nim zajmijcie.
Wszyscy Aqua wsiedli do ciężarówek i odjechali. Na polanie zostało tylko dwóch Aqua. W rękach mieli Pokeballe. Nigdy w życiu nie czułem się taki bezbronny.

Powrót do góry

Rozdział 24 - Baza Zespołu Aqua

Sytuacja nie przedstawiała się najlepiej: nie miałem żadnego Pokemona, a stałem przed dwoma członkami Zespołu Aqua, którzy chcieli się mnie pozbyć. Rzucili Pokeballe. Z jednego wyszedł Poohyena, a z drugiego Carvanha. Nie miałem pojęcia, co zrobić.
- Carvanha, gryź! Byle mocno!
Carvanha rzucił się w moją stronę. W ostatniej chwili uskoczyłem. Jednak Pokemon zawrócił, a jego szczęki zatopiły się boleśnie w mojej nodze. Syknąłem z bólu i upadłem. Do ataku szykował się Poohyena. Pożegnałem już się ze światem, kiedy usłyszałem dziwne głosy. Coś małego biegło w tą stronę. Nagle wyskoczyło z krzaków i odbiło Poohyenę. To był Jawie! I doskonale walczył!
- Jawie, cieszę się, że wróciłeś! Użyj lodowej pięści na tym Carvanha!
Jawie podszedł i wykonał lodową pięść dokładnie tak, jak Feraligatr. Nie był to bardzo silny atak, ale wystarczył, żeby Carvanha rozluźnił szczęki. Skorzystałem z okazji i wyciągnąłem nogę.
- Jawie, dziękuję Ci! Musisz mi teraz pomóc! Będziesz walczył?
Totodilek pokiwał łebkiem.
- Ale nie możesz walczyć sam...
Podszedłem do plecaka i wyciągnąłem Pokeball z Torchic`em. Ten Pokemon miał należeć do Karola.
- Naprzód, Torchic!
Aqua trochę się zdenerwowali.
- Czemu szef nie zabrał Ci tych Pokemonów?
- Ponieważ Jawiego nie było, a ten Torchic nie należy do mnie! Stańcie do walki, tchórze!
- Mowy nie ma!
Aqua zawrócili Pokemony i zaczęli uciekać.
- Za nimi! Łapcie ich!
Jawie i Torchic pobiegli i przewrócili jednego członka Zespołu. Drugi uciekł. Podszedłem powoli do unieruchomionego Aqua. Zraniona noga bolała i krwawiła.
- Słuchaj, zaprowadzisz mnie do waszej kryjówki. Ja chcę z powrotem moje Pokemony.
- Ja-ja-ja nie m-mogę...
- Możesz i zrobisz to. Albo te Pokemony się tobą zajmą. Muszę się też upewnić, że nie zrobisz nic głupiego.
Odpiąłem mu od paska Pokeball z Carvanhą. Aqua wstał i, chcąc nie chcąc, zaprowadził mnie do kryjówki Zespołu. Budynek był sprytnie ukryty. Drzewa go zasłaniały i był pomalowany na kolor zielony, by łatwo maskował się pośród roślin. Z ziemi wystawała tylko drobna część bazy, reszta na pewno była w podziemiach. Kiedy przy pomocy Torchica wydusiłem z członka Zespołu kod dostępu do drzwi, związałem go. Przecież nie mógł wygadać, że tam wchodzę. Wystukałem kod i wszedłem. Za mną Torchic i Jawie. Znaleźliśmy się w korytarzu oświetlonym na niebiesko. Na końcu były schody, a przez całą drogę do nich co kilka metrów drzwi. Zdecydowałem, że pójdziemy do schodów. Pokemony trzymali na pewno gdzieś w podziemiach. Powoli schodziliśmy. Każdy mój krok zostawiał krwawą plamę. Musiałem szybko odnaleźć Pokemony, wydostać się i dostać do Rustboro. Należało opatrzyć tą ranę. Poza tym, jeżeli ktoś zobaczy te ślady, to trafi po nich do mnie, jak po sznurku. Po schodach zeszliśmy szybko na sam dół. Usłyszałem głosy - ktoś szedł w moją stronę. Szybko wskoczyłem za skrzynię stojącą przy schodach. Pokemony schowały się za mną. To szli dwaj członkowie Zespołu Aqua. Niestety, zobaczyli ślady. Zabiło mi mocniej serce.
- Ej, co to za ślady?
- A, w pokoju, gdzie trzymają Pokemony coś malują, pewnie im się farba rozlała.
- Gdzie malują?
- No, w pokoju, gdzie trzymają Pokemony, na końcu tego korytarza. Wiesz ostatnio zabrali Feraligatra takiemu dzieciakowi...
Głosy się oddaliły. Teraz już wiedziałem, gdzie trzymają Feraligatra, Treecko i innych. Wyszedłem zza skrzyni i skierowałem się szybciej ku końcowi korytarza. Kiedy złapałem za klamkę, znowu usłyszałem głosy. Tamci wracali. Miałem nadzieję, że drzwi nie były zamknięte. Popchnąłem je i, na szczęście, były otwarte. Weszliśmy do pomieszczenia. Nikogo w środku nie było. Znajdowało się tam jedynie mnóstwo rzędów szklanych tub, a w każdej z nich Pokemon.
- Jawie, nie mamy czasu, żeby przeszukiwać wszystkie te tuby. Użyj instynktu i znajdź swojego tatę!
- Toto!
Jawie pobiegł. Torchic został ze mną. Zauważyłem, że na biurku obok drzwi, oprócz komputera i kilku innych śmieci były klucze. „Idioci” - pomyślałem i zamknąłem drzwi. W tym samym momencie usłyszałem głos Jawiego. Poszedłem tam tak szybko, jak było to możliwe. Były tam, oczywiście tuby, a na każdej była naklejka z datą kradzieży. W pięciu tubach byli Sharpedo, Treecko, Hitmonchan, Bagon i Feraligatr. Jawie przytulał się do szklanego więzienia, w którym był jego ojciec. Kiedy Feraligatr mnie zobaczył, zaczął walić w ścianę. To samo pozostałe Pokemony. Uciszyłem je.
- Cicho! Jeśli będziecie hałasować, Aqua tu przyjdą! Nie bójcie się, wyciągnę was!
Pokemony przestały hałasować, a ja zacząłem gorączkowo myśleć. Komputer! Na pewno w nim jest coś! Jeżeli Pokemony nie mogły rozbić tych tub, to na pewno da się je jakoś otworzyć! Dostałem się do komputera tak szybko, jak to było dla mnie możliwe. Włączyłem go i zacząłem szukać sposobu na otworzenie tub. Znalazłem jeden program, ale otwierał on wszystkie więzienia na raz. Odwróciłem się do wszystkich uwięzionych Pokemonów. Każdy, co do jednego patrzył na mnie.
- Uwolnię was, ale obiecajcie, że nie wyskoczycie wszyscy na raz. Nie możemy robić hałasu.
Każdy Pokemon obiecał, że nie wyskoczy z tuby, jak szalony. Używając programu komputerowego otworzyłem więzienie każdego Pokemona. Pomyślałem, że to nie powinno tak zostać. Zespół Aqua będzie dalej kradł. Skasowałem ten program, a po namyśle, sformatowałem dysk twardy. Śmiałem się w duchu. „To za moją nogę i za Pokemony!” - pomyślałem. Potem wpadłem na pomysł. Wszystkie Pokemony opuściły tuby. Kazałem wodnym Pokemonom wypełnić wodą każde więzienie. Ponieważ spód każdej szklanej kolumny był nafaszerowany elektroniką, żeby kradzione stworki tam się materializowały, nastąpiło zwarcie i tuby się już do niczego nie nadawały. Postanowiłem, że należało wydostać się tłumem. Otworzyłem drzwi. Pokemony były gotowe do ucieczki. Poinstruowałem je, którędy uciekać. Feraligatr podniósł mnie, a ja Jawiego. Torchica zawróciłem. Na znak wszystkie Pokemony wybiegły z pomieszczenia i pobiegły schodami na górę. Widziałem wystraszonych i zdenerwowanych członków Zespołu Aqua. Niektórzy strzelali w Pokemony z tych małych pistolecików, ale to nic nie dało.
- Pewnie tuby się popsuły!
- Łapcie je!
- Nie mogą uciec!
W końcu wszystkie Pokemony wybiegły z budynku i rozbiegły się w różnych kierunkach. Zawróciłem wszystkie Pokemony, oprócz Hitmonchana.
- Hitmonchan, użyj ognistej pięści i zablokuj te drzwi!
Hitmonchan stopił drzwi, a Feraligatr je schłodził. Aqua zostali uwięzieni. Na pewno nie na długo, ale miałem trochę czasu na ucieczkę. Rozśmieszyło mnie, że Aqua, którego związałem, wciąż był na miejscu.
- Znajdą Cię. Oto twój Pokemon.
Położyłem przy nim Carvanhę. Chciałem już iść, ale zakręciło mi się w głowie. Feraligatr mnie przytrzymał jedną łapą, bo w drugiej miał syna. Mimo wszystko, poszliśmy. Po kilku minutach spaceru przez las upadłem i straciłem przytomność.

Powrót do góry

Rozdział 25 - Pomoc w kwiaciarni

Obudziłem się na jakimś łóżku. Nie wiedziałem, co tam robię. Po chwili sobie przypomniałem. Zespół Aqua, porwanie, rana na nodze... Usiadłem szybko. Całą nogę miałem w bandażach. Obok łóżka spał na siedząco Feraligatr. Trzymał Jawiego, który już nie spał, tylko przyglądał mi się ciekawie. Nie miałem pojęcia, która jest godzina, ani gdzie jestem. Zdecydowałem się nie budzić Feraligatra, bo wyglądał na bardzo zmęczonego. Po chwili do pomieszczenia, gdzie byłem, weszła jakaś dziewczyna.
- O, obudziłeś się!
- Tak, ja... Gdzie jestem? Jak tu trafiłem?
- Chyba muszę Ci opowiedzieć od początku. Ja jestem Floria, a to jest moja kwiaciarnia. Co się stało przed twoim przybyciem, sama nie wiem. Przyniósł Cię tu twój Pokemon. Miałeś tą okropną ranę, musiałeś zemdleć. Był tu wczoraj lekarz, zrobił, co trzeba. Feraligatr nie pozwolił Cię zabrać, więc zostałeś.
- To znaczy, że spałem...
- Dwa dni.
- O rety... Co z Chadem i z Sayo? To moi przyjaciele... Mieliśmy się spotkać w Rustboro...
- Raczej nic z tego nie rozumiem.
- Szedłem razem z przyjaciółmi przez las Petalburg. Nagle uciekł nam ten mały Totodile, Jawie... Szukałem go i miałem starcie z Zespołem Aqua. Zrobili mi to.
Wskazałem na nogę. Po chwili się uśmiechnąłem.
- Kiedyś przydarzyła mi się podobna historia... Omal nie zostałem kaleką.
Zebrało mi się na zwierzenia. Floria wydawała mi się osobą, której można zaufać. Poza tym, wyraźnie chciała posłuchać.
- Jestem trenerem z New Bark Town. Moim marzeniem jest zostanie Mistrzem Pokemon. Wybrałem Totodila i wyruszyłem na wyprawę trenerską…
Opowiadałem prawie dwie godziny. W między czasie obudził się Feraligatr. Ucieszył się, kiedy zobaczył, że jestem zdrowy. Jeszcze tego samego dnia mogłem się odwdzięczyć Florii za gościnę. Ponieważ wolno mi było chodzić, byle nie biegać, poszedłem do ogródka za kwiaciarnią. Kwiatki przy samym budynku były bardzo ładne, ale te z tyłu, przy lesie, były bardzo zniszczone. Zapytałem o to.
- To Zigzagoony. Przychodzą każdego wieczora i niszczą mi kwiaty. Nie jestem trenerką Pokemon, nie mogę sobie z nimi poradzić.
- I nikt ni chciał Ci pomóc?
- Nie, nikt.
- No to ja Ci pomogę. Pomoc za pomoc.
Uśmiechnąłem się. Floria podziękowała mi, że podjąłem się tego zadania. Zapytała mnie, jak zamierzam to zrobić.
- Ukryję się z Treecko i Bagonem i poczekam na nie. A jak to nie pomoże, zostawię Ci to.
Wyjąłem buteleczkę ze sprayem.
- Co to jest?
- To jest Repel. Odstrasza Pokemony.
Wieczorem ukryłem się w szopie razem z Treecko i Bagonem. Floria, Feraligatr i Jawie czekali w kwiaciarni. Czekanie było bardzo nudne. Zacząłem już zasypiać, kiedy usłyszałem, że coś wychodzi z lasu. Wyjrzałem przez małe okienko. To były Zigzagoony. Było ich najwyżej piętnaście. Poinstruowałem Pokemony, po czym odliczyłem.
- 3… 2… 1… Już!
Wybiegliśmy z szopy. Treecko strzelał ziarnami, a Bagon atakował czaszką. Zigzagoony, wystraszone, pouciekały.
- To był dla nich szok. Dzięki, Bagon, Treecko! Wracajcie!
Zawróciłem Pokemony, po czym rozpyliłem Repel wokół ogródka. Byłem pewien, że teraz Zigzagoony nie wrócą. Floria nie posiadała się z radości.
- Proszę, oto dla Ciebie pamiątka: konewka w kształcie Wailmera.
- Dziękuję.
Szczerze mówiąc, nie wiedziałem po co mi konewka, ale nie odmówiłem. Następnego ranka podziękowałem za gościnę i poszedłem do Rustboro. Miałem nadzieję, że Chad i Sayo ciągle na mnie czekają.

Powrót do góry

Rozdział 26 - Pierwsza odznaka w Hoenn

Ponieważ kwiaciarnia leżała bardzo blisko Rustboro, do miasta doszedłem bardzo wolnym tempem w dwa dni. Od razu skierowałem się do Centrum Pokemon. Wiedziałem, że jeśli Sayo i Chad będą na mnie gdzieś czekać, to na pewno tam. I nie myliłem się. Kiedy tylko wszedłem, od razu się na mnie rzucili.
- Shubi! Gdzie ty byłeś tyle czasu?! Prawie tydzień!
- Spokojnie, zaraz wam powiem. Tylko nie tak szybko, ja za bardzo nie mogę biegać.
Sayo zobaczyła opatrunek i się przeraziła.
- Jak sobie to zrobiłeś?
- Chwila. Siądźmy. Najpierw powiedzcie mi, jak wy tu trafiliście.
Usiedliśmy przy stoliku. Chad zaczął opowiadać.
- Rozdzieliliśmy się, żeby szukać Jawiego, chodziliśmy naprawdę długo... Zabłądziliśmy. Sayo martwiła się o Ciebie... Wieczorem tego dnia wyszliśmy z lasu. Nie mogliśmy wejść tam z powrotem, już pewnie nie wyszlibyśmy. Uznaliśmy, że na pewno jesteś już w Rustboro, więc tu przyszliśmy. A kiedy dowiedzieliśmy się, że Ciebie nie ma... Pomyślałem, że przyjdziesz, ale minęły dwa dni. Poważnie się martwiliśmy. A gdzie ty byłeś?
- A ja przez ten czas podpadłem tutejszemu Zespołowi. Zespół Aqua zabrał mi Pokemony. Przy okazji tak mnie urządzili. Uratował mnie Jawie. Tak, znalazł się. Poszliśmy do bazy Zespołu Aqua. Uwolniłem wszystkie Pokemony, jakie tam były. A potem zemdlałem w lesie. Feraligatr wyniósł mnie z puszczy i przytargał do kwiaciarni. Tam byłem tyle czasu.
- W kwiaciarni? Słyszysz, Chad? Przechodziliśmy tamtędy!
- Tak, wiem… Gdybyśmy się tam zatrzymali...
- Jestem tutaj dzięki Jawiemu i Feraligatrowi. Jeszcze raz Pokemon uratował mi życie.
Uśmiechnąłem się do podopiecznych.
- Dobrze, że już jesteś. Obiecaliśmy sobie, że jeśli do jutra nie wrócisz, idziemy do oficer Jenny.
- W takim razie dobrze, że już jestem. To co? Idziemy? Muszę się zarejestrować w Lidze Hoenn!
- Jasne, chodźmy!
Nowe tempo spaceru bardzo odpowiadało moim przyjaciołom, ale nie chcieli powiedzieć tego głośno. Po jakimś czasie dotarliśmy do dużego budynku, w którym mieściło się biuro Ligi Hoenn. W środku dowiedziałem się, że mieszkańcy Hoenn nie muszą przychodzić aż tu, żeby się zarejestrować. Tylko obywatele Johto, Kanto i innych krain muszą zgłaszać się w Rustboro. Po wszystkich formalnościach mój Pokedex teraz był dowodem, że należę do Ligi Hoenn.
- I co teraz zrobisz, Shubi?
- Jak to co? Zdobędę moją pierwszą odznakę w Hoenn! Najpierw muszę skompletować moją drużynę.
Po ponownej wizycie w Centrum Pokemon miałem następujące Pokemony: Feraligatr, Jawie, Charizard, Treecko, Shroomish i Bagon. Udaliśmy się na stadion.
- Shubi, słyszałem, że Roxanne, liderka Rustboro, dostała się na to stanowisko dzięki bardzo dobrym wynikom w Szkole Pokemon.
- Szkoła Pokemon?
- Tak, to taka szkoła, gdzie wszyscy się uczą, jak obchodzić się z Pokemonami, a najlepsi uczniowie trafiają do Ligi Pokemon.
- To żadna frajda dostać się w ten sposób do Ligi. Zebrać osiem odznak… To dopiero jest wyzwanie.
Przypomniałem sobie moje osiem meczy o odznaki Johto. Były bardzo ciężkie. Czy mecze w Lidze Hoenn również będą takie trudne?
- Shubi, zejdź na ziemię! Chodzi mi o to, że Roxanne na pewno będzie bardzo silna! W końcu była najlepszą uczennicą! Bardzo dużo wie o Pokemonach!
- Poradzę sobie.
- Shubi… Myślałem, że czegoś się nauczyłeś… Pewność siebie już nieraz Cię zgubiła…
- Chyba masz rację. Ale i tak spróbuję!
- A my będziemy Ci kibicować.
Doszliśmy do stadionu. Przypominał mi szkołę. Weszliśmy do środka. Wszystko było pokryte kamieniami. Domyśliłem się, jakich Pokemonów używa Roxanne. Zastanawiałem się tylko, gdzie się schowała. Podszedłem bliżej. Kiedy byłem na środku areny, z drzwi po lewej stronie wyszła dziewczyna, najwyżej 20-letnia, ubrana w mundurek szkolny. Na długich, czarnych włosach miała zawiązaną kokardę.
- Kim jesteś?
- Jestem Shubi z New Bark Town, przyszedłem, żeby wyzwać Cię na pojedynek o odznakę.
- A czy zapisałeś się do Ligi?
- Tak.
- Więc zacznijmy pojedynek. Musisz pokonać moje trzy Pokemony. Ty też możesz wybrać tylko trzy. Czy akceptujesz warunki?
- Tak.
- A więc dobrze. To jest oficjalny mecz o Odznakę Kamienia! Naprzód, Aron!
- Co to?
- Aron, Pokemon o stalowym pancerzu. Ten Pokemon jest zrobiony z metalu. Ma taką siłę, że może zniszczyć przyczepę, a metal z przyczepy będzie doskonałym posiłkiem dla Arona.
- Aha, dobrze. To jest Pokemon kamienno - stalowy. Naprzód, Shroomish!
- Aron, atak głową!
Aron podbiegł i z wielką siłą uderzył Shroomisha.
- Shroomish, broń się! Atak kolczastym zarodnikiem!
Pyłek opadł na Arona, ale Pokemon niewiele sobie z tego robił. Roxanne zaśmiała się.
- Ataki tego typu nie działają na stalowe Pokemony! Aron, atak ciałem!
Pokemon znowu z wielką siłą uderzył Shroomisha.
- Musisz się jakoś bronić! Atak ssącym ziarnem!
Ziarno poleciało i utkwiło w jednej ze szpar w ciele Pokemona. Natychmiast wykiełkowało, a pnącza oplotły ciało Arona.
- Aron, atak burzą piaskową!
Piasek zaczął latać po całym pomieszczeniu. Ziarenka raniły Shroomisha i zdarły pnącza z Arona.
- Teraz, Aron! Stalowe szpony!
Pazury Pokemona zalśniły. Kiedy zraniły Shroomisha, Pokemon miał dość.
- Wracaj, Shroomish!
Zastanawiałem się, co teraz mam zrobić. Pomyślałem, że Shroomish był nie wytrenowany, ale inny roślinny Pokemon da radę Aronowi.
- Naprzód, Treecko! Strzelaj nasionami!
- Aron, utwardzaj się!
Ku mojemu zdziwieniu, nasiona odbiły się od utwardzonego ciała Pokemona.
- Aron, atak ciałem!
Treecko oberwał twardym metalem. Musiało go to bardzo zaboleć.
- Treecko, nie poddawaj się! Atakuj absorpcją!
- Aron, szybki atak!
Aron w błyskawicznym tempie wykończył Treecko.
- Wracaj, Treecko!
- Haha! Widzisz, byłam najlepszą uczennicą w Szkole Pokemon. Znam wszystkie Pokemony z Hoenn!
- Ach tak? W takim razie… Idź, Feraligatr!
Feraligatr podbiegł, podał mi Jawiego, po czym wkroczył na arenę. Roxanne trochę się przestraszyła. Feraligatry nie występują w Hoenn, nie mogła znać jego ataków.
- Feraligatr, wodna broń!
- Aron, utwardzaj się!
To nie pomogło Aronowi. Nie wytrzymał wodnej broni.
- Wracaj, Aron! Naprzód, Solrock!
- Solrock, Pokemon meteoryt. Źródłem siły tego Pokemona jest światło słoneczne. Mówi się, że Solrock potrafi odczytywać emocje innych. Wiadomo, że kiedy Pokemon obraca swoje ciało, wytwarza niesamowite gorąco.
- To był błąd! Ten Pokemon jest także ognisty!
-Może i tak! Solrock, hipnoza!
Oczy Solrocka zalśniły. Zaczął hipnotyzować Feraligatra.
- Feraligatr, nie patrz!
Ale było za późno. Feraligatr zataczał się i już miał upaść, kiedy Jawie zaczął go wołać. Słysząc ten głos, Feraligatr otrzeźwiał.
- Wspaniale, Feraligatr! Teraz pompa wodna!
Pompa była bardzo silna, ale nie wystarczyła, żeby pokonać Solrocka.
- Solrock! Kosmiczna siła!
Teraz Solrock miał silniejsze specjalne ataki. Należało mieć się na baczności.
- Ostrożnie, Feraligatr!
- Solrock, atak ciałem!
Ponieważ Solrock unosił się w powietrzu, kiedy natarł na Feraligatra, wywołało to niesamowite wrażenie. Kiedy słoneczny Pokemon uderzył, jego ostre, kamienne kolce wyrządziły dodatkowe szkody Feraligatrowi.
- Nie poddawaj się, Feraligatr! Zaraz... Mam pomysł! Feraligatr! Użyj wodnej broni, ale tak, żeby trafić w jeden z tych jego promieni!
Pokemon nie wiedział, dlaczego każę mu tak atakować, ale ufał mi. Roxanne też nie rozumiała mojej komendy. Kiedy Feraligatr użył wodnej broni na jednym z promieni Solrocka, meteoryt zaczął się bardzo szybko obracać. Nie mógł nic na to poradzić - to były prawa fizyki. A kazałem Feraligatrowi doprowadzić do tego, ponieważ...
- Ale gorąco… Och!
Roxanne domyśliła się, o co mi chodziło. Pamiętałem, co mówił Pokedex. Ciało Solrocka bardzo się nagrzało.
- Teraz, Feraligatr! Pompa wodna!
Kiedy zimna woda dotknęła rozgrzanego, kamiennego ciała Pokemona, Solrock miał dość. Woda zaczęła parować. Meteoryt nie mógł wytrzymać takiej różnicy temperatur.
- Wracaj, Solrock! Wykazałeś się inteligencją, Shubi! Ale to Ci nie pomoże! Może i nie znam możliwości twojego Pokemona, ale bardzo dobrze znam mojego! Idź, Nosepass!
Z Pokeballa wyszedł dziwny Pokemon, który przypominał posąg z Wyspy Wielkanocnej.
- Nosepass, Pokemon kompas. Przez jakiś czas uważało się, że dziki Nosepass nie porusza się, a jego nos wskazuje północ. Bliższe obserwacje tego Pokemona wykazały, że porusza się około 3/8 cala na rok.
- Aha, więc jego słabą cechą jest powolność…Ten Pokemon nie jest zbyt szybki!
- Może i tak… Ale się na to przygotowałam! Nosepass, unieruchom Feraligatra kamieniami!
Nosepass podskoczył, a najbliższe kamienie poleciały wprost na Feraligatra i unieruchomiły go. Zrozumiałem, co Roxanne chciała zrobić. Nosepass miał atakować z dystansu!
- Nosepass, rzucaj kamieniami!
Pokemon podnosił kamienie swoim nosem i rzucał w kierunku Feraligatra. Każdy kamień dotkliwie ranił Pokemona.
- Muszę coś wymyślić… Feraligatr, odbijaj te kamienie wodną bronią!
Zyskałem trochę czasu. Zastanowiłem się. Jeżeli Nosepass się nie porusza, to trzeba zastosować jakiś atak z dystansu. Ale on odparuje ten atak kamieniami... A słabą stroną kamiennych Pokemonów jest…
- Feraligatr, postaraj się odtańczyć taniec deszczu!
Feraligatrowi nie wyszło to za bardzo, ale pod sufitem (!) utworzyły się chmury i zaczął padać rzęsisty deszcz. Nosepassa trochę to zaskoczyło. Na moment przestał rzucać kamieniami i spojrzał na te chmury. To była nasza szansa!
- Teraz, Feraligatr! POMPA WODNA!!!
Nosepassa dosłownie zmyło. Roxanne mogła go tylko zawrócić. Feraligatrowi udało się uwolnić z kamieni. Był poraniony, ale szczęśliwy z wygranej walki. Jawie wskoczył na niego. Do mnie podeszła Roxanne.
- Wiesz, Shubi, udowodniłeś mi, że nie można dokładnie i na wylot znać każdego Pokemona. Poza tym, pokonałeś trzy moje Pokemony i zasłużyłeś na nagrodę. Oto twoja pierwsza odznaka w Lidze Hoenn - Odznaka Kamienia.
- Dziękuję, Roxanne.
Wziąłem odznakę i przyczepiłem ją sobie do wewnętrznej strony koszuli. „Zupełnie, jak kiedyś odznaki Johto…” - pomyślałem. Pożegnaliśmy się z Roxanne i wyszliśmy.
- Jeszcze tylko krótka wizyta w Centrum Pokemon i wracamy do Petalburg!
- Racja! Ale las Petalburg omijamy z daleka…
- Tak, omijamy!
Niezwykle powolnym tempem doszliśmy do Centrum Pokemon. Ukradkiem przyglądałem się swojej odznace. Pomyślałem, że teraz nic mi nie przeszkodzi w zostaniu Mistrzem Pokemon.

Powrót do góry

Rozdział 27 - Pomoc na plaży

Usiadłem na pieńku, podciągnąłem nogawkę spodni i zacząłem zrywać bandaże. Po ugryzieniu przez Carvanhę zostało tylko kilka blizn. Ucieszyłem się, że możemy wrócić już do normalnego tempa podróży. Wrzuciłem zużyty opatrunek do kosza. Sayo trzymała list.
- Jak myślicie, co w nim jest?
- Nie wiem, powiedzcie mi, jak mamy znaleźć tego Stevena…
Kiedy wychodziliśmy z Rustboro, podbiegł do nas człowiek w fartuchu. Powiedział, że jest z Devon Corporation. Zapytał nas, czy jesteśmy trenerami Pokemon. Kiedy otrzymał odpowiedź twierdzącą, poprosił nas o dostarczenie przesyłki Stevenowi. Dodał jeszcze, że najprawdopodobniej Steven przebywa w mieście zwanym Dewford. Zgodziłem się na to. Człowiek ucieszył się. Powiedział, że ma bardzo mało czasu. W nagrodę wręczył nam po Pokeballu. Pokeballe te przypominały Apriballe. Urzędnik z Devon wyjaśnił, że jego firma produkuje nowe rodzaje Pokeballi. Ja dostałem Timerball, dobry, gdy walka się przedłuża. Chad dostał Diveball na Pokemony podwodne, a Sayo otrzymała Netball, najlepszy na robaki i wodne Pokemony. Podziękowaliśmy i powiedzieliśmy, że na pewno dostarczymy list. A teraz trochę żałowaliśmy, ponieważ nie wiedzieliśmy wcześniej, gdzie Dewford jest. Kiedy zerknąłem na mapę, dowiedziałem się, gdzie musimy się dostać. Nie bardzo wiedzieliśmy, jak mamy przepłynąć zatokę. A teraz byliśmy przed lasem Petalburg. Jawie biegał wesoło. Azurill gonił go. Musiałem przerwać tą zabawę, ponieważ chcieliśmy ruszyć dalej.
- Patrz, Shubi, morze!
- Gdzie?
- Tam, za tym wałem!
Wbiegliśmy na wzniesienie. Za nim rozciągała się plaża, a za nią, oczywiście, morze.
- No dobra, to jesteśmy blisko. Mamy morze. Teraz musimy się jakoś przez nie przedostać.
- Nie bądź taki sarkastyczny, Chad!
Usiedliśmy i głowiliśmy się nad tym problemem. Aż tu nagle problem rozwiązał się sam…
- Zatrzymajcie go! Niech odda mi Pokemona!
Rozejrzeliśmy się. Przez plażę biegło dwóch ludzi. Jeden to na pewno był członek Zespołu Aqua. Gonił go jakiś starszy pan.
- Należy pomóc temu panu!
Zbiegłem z wzniesienia. Feraligatr za mną.
- Feraligatr, wodna broń! Przewróć go!
Feraligatr wykonał polecenie. Podbiegłem do zaskoczonego Aqua. Kiedy mnie zobaczył, bardzo się przeraził. Dobiegli Chad i Sayo. Byli zaskoczeni tym, co widzą. Członek Zespołu Aqua wstał i z trzęsącymi się kolanami oddał Pokeball, który ukradł. Potem uciekł.
- Shubi, kto to był.
- To taki jeden mój znajomy, właściciel Carvanhy…
Roześmiałem się, ale Chad i Sayo nadal nie wiedzieli, o co mi chodzi. Po chwili podbiegł zdyszany człowiek, któremu Aqua zabrał Pokeball.
- Proszę bardzo, to pana Pokemon.
- Dziękuję Ci. Nazywam się pan Briney, a to mój Wingull, Peeko. Wyjdź, Peeko!
Z Pokeballa wyszedł Pokemon przypominający mewę.
- Wingull, Pokemon mewa. Wingull właściwie nie lata, tylko szybuje przy pomocy szeroko rozłożonych skrzydeł. Dziób tego Pokemona jest doskonały do chwytania pożywienia.
- Więc to jest Wingull…
- Tak, to moja najlepsza przyjaciółka. Czy mogę coś dla was zrobić?
- Jeżeli pan mógłby podrzucić nas do Dewford, bardzo byśmy się ucieszyli.
Oczywiście żartowałem, ale pan Briney się rozpromienił.
- Chłopcze, lepiej trafić nie mogłeś. Chodźcie za mną.
Poszliśmy za panem Briney i głowiliśmy się, o co mu właściwie chodzi. W końcu doszliśmy do portu.
- Jestem emerytowanym żeglarzem, kiedyś służyłem w marynarce… A teraz, mogę sobie co najwyżej popływać. Będzie mi bardzo miło, jeżeli pozwolicie się podrzucić do Dewford, przynajmniej jakoś uda mi się zabić czas. No i odwdzięczę się wam za pomoc.
- Dziękujemy, panie Briney… Ale… Nie mamy za dużo pieniędzy.
- Chyba mnie nie zrozumieliście! Ja się wam odwdzięczam za pomoc! Możecie płynąć za darmo!
Bardzo się ucieszyliśmy, że znaleźliśmy sposób na dotarcie do Dewford. Uznałem, że powinienem wziąć ze sobą innego Pokemona. W porcie był videofon, dlatego wymieniłem szybko Bagona na Sharpedo. Potem wsiedliśmy na łódź pana Briney i popłynęliśmy.

Powrót do góry

Rozdział 28 - Podróż do Dewford

Łodzią płynęło się wręcz świetnie. Nie męczyliśmy się chodzeniem, a pan Briney opowiadał nam historie, jak to kiedyś sam był trenerem Pokemon.
- … Ale niestety, mój Corpish przegrał. I zająłem 43 miejsce w Lidze.
- A Shubi zajął pierwsze!
- CHAD!!!
- No, właśnie, on nie lubi, kiedy mu się o tym mówi. Wie pan, on zremisował w ostatniej rundzie.
- To musiało być straszne.
Zdumiałem się. Czyżby ktoś mnie wreszcie zrozumiał?
- Przepraszam?
- Mówię, że to pewnie było straszne. Remis nic nie potwierdza, ani to, że za mało trenujesz, ani to, że jesteś silny. Po prostu, remis. Remisem nic nie osiągniesz.
- Ma pan rację.
Uśmiechnąłem się sam do siebie i spojrzałem na morze. Portu już dawno nie było widać, za to pan Briney powiedział, że niedługo dotrzemy do Dewford. Postanowiłem, że wypuszczę Sharpedo.
- Sharpedo, idź!
Pokemon był w swoim żywiole. Od dawna podejrzewałem, że Sharpedo trafił do Johto z Hoenn, ale nie wiedziałem, jak. Na razie rekin był szczęśliwy, że może popływać w prawdziwym morzu. Łódka płynęła dość szybko. Nagle strasznie zwolniła, a po chwili się zatrzymała. Nawet pan Briney się zaniepokoił.
- Co to może być?
- Nie wiem, chłopcze, tu nie ma mielizny, znam to morze jak własną kieszeń…
Chad spojrzał do wody.
- To wygląda jak gwiazda… Jest tego mnóstwo.
Pan Briney uderzył się dłonią w czoło.
- Jak ja mogłem zapomnieć!
- O czym pan zapomniał?
- Nie pamiętałem, że o tej porze jest okres godowy Staryu! Co prawda, wypływają w nocy, ale mogą zaatakować za dnia, jeśli im się przeszkodzi!
Z wody wyłoniło się kilka Staryu przypominających rozgwiazdy. Wyjąłem Pokedex.
- Staryu, Pokemon o kształcie gwiazdy. Enigmatyczny Pokemon, który potrafi zregenerować każdą kończynę straconą w walce. Ponieważ Staryu nie ma nóg, porusza się dzięki energii mentalnej.
- Czy one mogą nam zagrozić? - Zapytał Chad.
- Obawiam się, że nawet bardzo. - Odpowiedział pan Briney. - Użyjcie Pokemonów i odpędzajcie je, a ja spróbuję odpłynąć!
- Dobrze! Naprzód, Charizard, Shroomish, Treecko!
- Naprzód, Jolteon, Ampharos, Lanturn, Pikachu!
- Wybieram was, Snornut, Gloom, Voltorb, Mudkip! Nie, Azurill, ty nie! Schowaj się!
Azurill ociągając się wszedł pod pokład. Jawiemu też kazałem tam iść. Kiedy upewniłem się, że obydwa Pokemony nie próbują się wymknąć, rozkazałem pozostałym odganiać Staryu.
- Charizard, atak skrzydłami! Treecko, strzelaj nasionami! Shroomish, ty też! Feraligatr, wodna broń! Musi się udać!
Dzięki sile Pokemonów, część Staryu dała za wygraną. Ale wciąż trzymały łódź.
- Ampharos, Jolteon, Pikachu! Elektryczny szok!
- Gloom, atakuj usypiającym pyłkiem! Snornut, promień jutrzenki! Mudkip, wodna broń! Voltorb, pomóż Pokemonom Sayo!
Ja byłem już doświadczony w walkach dwa na dwa i więcej, ale Chad i Sayo mieli z tym problemy. Gloom radził sobie bardzo dobrze, ale niektóre Staryu, używając promienia jutrzenki, zamroziły Jolteona i Voltorba, a Snornuta strąciły do wody. Trzeba było zawrócić te trzy Pokemony. Mój Shroomish też się już męczył i musiałem go odwołać.
- Panie Briney, Pokemony nam się kończą!
- Próbujcie, już udało mi się zapalić silnik!
Rzeczywiście, łódź ruszyła do przodu. Z prędkością bliską zeru, ale ruszyła. Tym czasem Sayo cudem uniknęła zamrożenia, bo Ampharos przyjął na siebie atak.
- Długo nie wytrzymamy! Charizard, wracaj!
Zawróciłem Pokemona, bo właśnie oberwał dwiema wodnymi broniami. Łódź płynęła coraz szybciej.
- Sharpedo, uważaj, za tobą!
Sharpedo w ostatniej chwili uniknął lodowego promienia. Rekin razem z Lanturnem wywołał wir, który wciągał Staryu. Nagle rozgwiazdy zaczęły atakować tylko Ampharosa. Przyjęły nową strategię - zamierzały wykluczać Pokemony po kolei.
- Wracaj, Ampharos! Shubi, musimy coś zrobić!
Chad właśnie zawrócił Glooma. Zostały tylko Treecko, Feraligatr, Mudkip, Lanturn, Sharpedo i Pikachu. Wpadłem na pomysł.
- To się może udać. Musicie rozkazać Pokemonom, by słuchały mnie!
- Dobrze! Słyszeliście?
Pokemony potwierdziły.
- Feraligatr, Mudkip! Do wody!
Pokemony posłusznie skoczyły.
- Teraz! Feraligatr! Mudkip! Sharpedo! Lanturn! Z całej siły pchajcie łódź! Treecko, Pikachu! Wy stańcie z tyłu i odganiajcie od nich Staryu!
Okazało się, że pomysł był strzałem w dziesiątkę. Łódź znacznie przyspieszyła. Kiedy rozwinęła dostateczną prędkość, zawróciliśmy swoje Pokemony, a Feraligatr wgramolił się na pokład. Usiadłem na ławce i głęboko odetchnąłem. Miałem wszystkiego dość. Pod wieczór tego samego dnia dopłynęliśmy do Dewford.

Powrót do góry

Rozdział 29 - Starcie w Granitowej Jaskini

- Mam już tego serdecznie dosyć.
- Ale Chad, jak wrócimy do Petalburg, jeżeli nie chcesz płynąć?
- Nie wiem, to nie moja sprawa.
- Dobra, chodźmy do Centrum Pokemon.
Udaliśmy się w to miejsce. Dewford było małym miasteczkiem. Stało tam najwyżej kilkanaście domów, Centrum Pokemon i, czego się wcale nie spodziewałem, stadion Pokemon.
- Chyba zdobędę dzisiaj drugą odznakę Pokemon!
- Mieliśmy iść gdzie indziej.
- Dobra, dobra...
Zaszliśmy do Centrum i zostawiliśmy tam osłabione Pokemony. Postanowiłem zapytać o Stevena siostrę Joy.
- Tak, jest tu Steven. Poszukajcie go w Granitowej Jaskini. Trenuje tam, na pewno go znajdziecie.
Podziękowałem za informację i wyszliśmy.
- Hej, Shubi, większość naszych Pokemonów jest w Centrum, może wypuścimy pozostałe?
- Świetny pomysł! Idź, Treecko! Eeee... Nie za bardzo mogę wypuścić Sharpedo, musiałby się czołgać po ziemi...
- No racja. Idź, Pikachu!
- Naprzód, Mudkip!
Pokemony były bardzo zadowolone, że mogą pochodzić. Dla Feraligatra zaś byłoby odmianą, gdyby wszedł do Pokeballa. Oczywiście, nie chciał o tym słyszeć. Bardzo szybko doszliśmy do Granitowej Jaskini. Weszliśmy do środka. Od razu przypomniała mi się Jaskinia Union.
- Mam nadzieję, że tu nie ma Onixów...
- Nie, nie ma.
Obejrzeliśmy się. Przy wejściu stał wysoki, około 20-letni chłopak. Miał niebieskie włosy i trzymał deskę surfingową.
- Nie ma tu Onixów, ale za to w dalszych rejonach Jaskini jest bardzo ciemno. Jeżeli wasze Pokemony nie umieją błyskać, lepiej tam nie idźcie. A, jeszcze się nie przedstawiłem. Jestem Brawly.
- Ja Shubi.
- Ja Chad.
- A ja Sayo. Szukamy Stevena. Mamy dla niego list.
- A, szukacie Stevena! Chodźcie, zaprowadzę was!
- Nie trzeba...
- Ale można. A ja nie mam nic do roboty, ostatnio mało tu trenerów...
Zdziwiło mnie, że chłopak nazywa trenerów „robotą”. Jakoś przyglądał się naszym Pokemonom, a w szczególności Feraligatrowi... Chad najwyraźniej pomyślał o tym samym. Szepnął do mnie.
- Hej, Shubi, nie wiem, czy można mu ufać on jest podejrzany...
- Też mi się tak wydaje... A jeśli on jest z Zespołu Aqua?
- Pójdźmy za nim. My jesteśmy we trójkę, on jest sam.
- Dobra.
Poszliśmy za Brawlym. Prowadził nas różnymi przejściami. Pilnowałem, żeby Pokemony nie podchodziły za blisko chłopaka. Ale Sayo szła obok niego i rozmawiała z nim, a Pikachu siedział jej na ramieniu. Nagle Brawly zatrzymał się, po czym powoli odwrócił się i powiedział.
- A teraz...
- Wiedziałem! Shubi! Atakujmy! Mudkip, wodna broń!
- Treecko, strzelaj nasionami! Sayo, uciekamy!
Brawly był zaskoczony naszą reakcją. Ale był bardzo szybki. Rzucił Pokeball. Przez chwilę myślałem, że złapie mojego Treecko, ale wyszedł z niego Pokemon.
- Naprzód, Machop! Cios karate!
Machop zaatakował Mudkipa. Sayo cofnęła się wystraszona.
- Chad, uważaj! Feraligatr, pompa wodna!
Machopa odrzuciło, ale nie poddał się. Był bardzo silny.
- Machop, atakuj kopnięciem!
Nagle ktoś przybiegł. Tym kimś okazał się inny chłopak, ubrany na czarno, z szarymi włosami.
- Brawly, co jest? - zapytał.
- Jak to, co? Walka!
- Pomogę Ci! Naprzód, Aron! Żelazny ogon!
Mudkip miał dość.
- Feraligatr, lodowa pięść!!!
Aron cudem uniknął tego ataku. Nagle Sayo nie wytrzymała i wrzasnęła:
- SHUBI! CHAD! PRZESTAŃCIE W TEJ CHWILI!
Wszystko stanęło w miejscu.
- Shubi, czy możesz mi wyjaśnić, dlaczego atakujesz tutejszego lidera?
- Lidera?
- Tak, Brawly jest tutaj liderem.
To by wyjaśniało, dlaczego mówił, że trenerzy to jego robota.
- To dlaczego tak się patrzył na Feraligatra?
- Poznałem Cię, Shubi. Oglądałem finał Ligi Pokemon w telewizji.
Poczułem, że się czerwienię.
- Przepraszam... Muszę trzymać krótko swoją wyobraźnię...
Brawly i człowiek, który przyszedł mu z pomocą, roześmieli się.
- Przybyliśmy do Dewford, żeby dostarczyć Stevenowi list.
- Wobec tego dajcie mi go. Ja jestem Steven.
Szaro-włosy chłopak wyciągnął rękę. Wyjąłem z plecaka list i podałem mu. Przeczytał go od razu i zmarszczył czoło.
- To niezbyt dobrze... Chcą, żebym dostarczył dokumenty do Slateport, ale zostałem wezwany do Ever Grande... Czy mogę was prosić, żebyście dostarczyli to za mnie? Dam Ci za to ten TM.
Wręczył mi TM uczący stalowego skrzydła.
- Dobrze, dostarczymy to... Muszę jakoś wam wynagrodzić ten nagły atak.
- Dzięki, Shubi, ratujesz mi życie... Jeszcze się na pewno spotkamy!
Steven szybko wybiegł z Jaskini.
- Brawly... Teraz na pewno nie będziesz chciał zaakceptować mojego wyzwania...
- Jak to nie? Pewnie, że zaakceptuję! Rozbawiliście mnie tym atakiem!
Wolałbym, żeby mi o tym nie przypominał.
- Shubi, akceptuję twoje wyzwanie. Ale skoro twoje Pokemony są w Centrum Pokemon...
- Nie wszystkie! Mam ze sobą cztery!
- A więc dobrze. Wyjdźmy.
Wyszliśmy z Jaskini. Brawly chciał walczyć na plaży.
- Shubi, skoro masz przy sobie cztery Pokemony, to walczymy dwa na dwa.
- Dobrze.
- Zaczynam. Naprzód, Machop!
- Idź, Treecko!
Treecko już walczył z Machopem. Wybrałem go, bo myślałem, że poradzi sobie z przeciwnikiem, którego już znał.
- Treecko, absorpcja!
- Machop, kopnij go!
Machop podbiegł i kopnął Treecko, zanim ten zdążył przygotować atak.
- Treecko, nie poddawaj się! Strzelaj nasionami!
Machop zasłonił się.
- Teraz, Treecko!!! Uderz go! Byle porządnie!
Machop był zaskoczony takim szybkim atakiem. Niestety, to nie wystarczyło, żeby go pokonać.
- Machop, pchnij ramieniem!
Machop podbiegł szybko i popchnął Treecko. To nie wszystko: kiedy Treecko wstał, Machop powtórzył atak.
- Treecko, postaraj się! Proszę!
Kiedy Treecko chciał wstać po raz trzeci, Machop zamierzał powtórzyć atak, ale gekon zamachnął się ogonem i uderzył przeciwnika w brzuch. Machop wcale się tego nie spodziewał.
- Machop! Spróbuj użyć sejsmicznego ciosu!
Machop chwycił Treecko (co było bardzo trudne, bo Pokemon się wyrywał), podskoczył i rzucił nim w piach. Treecko nie mógł wytrzymać takiego natężenia ataków.
- Wracaj, Treecko!
Nie mogłem w to uwierzyć. Na szczęście oprzytomniałem i wybrałem następnego Pokemona.
- Wiem, że sobie poradzisz, jeszcze nigdy mnie nie zawiodłeś! Naprzód, Feraligatr!
- Machop, medytacja!
Machop usiadł, zamknął oczy i zaczął medytować.
- Feraligatr, wodna broń!
- Teraz, Machop! Kopnij!
Zanim Feraligatr wystrzelił wodną broń, Machop był już przy nim i wymierzył mu kopniaka w brzuch. Feraligatr upadł.
- Feraligtar, proszę, nie poddawaj się! Nie po tyle trenowaliśmy!
Feraligatr wstał. W jego oczach widziałem ogień.
- Wspaniale! Atak wściekłości!
Pokemon w mig wykluczył Machopa. A był jeszcze bardziej wściekły. Jawie był dumny ze swojego taty.
- Wracaj, Machop! Naprzód, Makuhita!
- Makuhita, Pokemon trenujący. Makuhita nigdy się nie poddaje i dąży do wytyczonego celu. Ten Pokemon dużo je, dużo śpi i bardzo dużo trenuje. Taki tryb życia daje Pokemonowi duże ilości energii.
- Może być ciężko, ale wygramy! Feraligatr, wodna pompa!
- Makuhita, pchnij ramieniem!
Feraligatr był rozzłoszczony, ale atak Makuhity po prostu go rozwścieczył.
- Makuhita, sole trzeźwiące!
Makuhita wymierzył Feraligatrowi uderzenie w pysk. Zaskoczyło to Pokemona i sprawiło, że całkowicie się uspokoił.
- Feraligatr, nie! Atakuj!
Ale Feraligatr był w tym momencie raczej bezradny.
- Makuhita, dynamiczne uderzenie!
Feraligatr po tym ciosie upadł. I już się nie podniósł.
- Feraligatr, nie!!!
Nie mogłem w to uwierzyć - przegrałem. Jawie podbiegł do Feraligatra i chciał go obudzić. Brawly przez chwilę milczał, ale powiedział jedno:
- Shubi, jeżeli będziesz chciał rewanżu, to się zgodzę. Walczyłeś dzielnie.
Po chwili odszedł. Siedziałem na piasku i uświadomiłem sobie rzecz, którą już od tak dawna wiedziałem: strategia znowu wygrała z siłą.

Powrót do góry

Rozdział 30 - Rewanż

Wciąż nie mogłem uwierzyć, ze przegrałem walkę. Nie zamierzałem się poddawać. Najsilniejszym Pokemonem Brawly`ego był Makuhita. Należało więc obmyślić strategię przeciwko niemu. Zastanowiłem się nad umiejętnościami swoich Pokemonów. Postanowiłem, ze użyję Treecko. Ale najpierw należało trochę z nim potrenować. Sayo i Chad poszli trochę pozwiedzać, a ja poszedłem na plażę potrenować. Wziąłem ze sobą tylko Feraligatra, Jawiego i Treecko. Kiedy doszedłem na miejsce, upewniłem się, że nikt nie patrzy na trening, po czym wypuściłem Treecko.
- Słuchaj Treecko, muszę Ci uświadomić, że stoczę jeszcze jedną walkę z Brawlym. I chciałbym użyć Ciebie przeciwko jego Makuhicie. Zgadzasz się?
- Tri!
- Świetnie... A więc... Tak, jak mówił Pokedex, Makuhita jest pełen energii życiowej. Nie będzie taki zwinny, jak ją z niego wyssiesz. Rozumiesz, o czym mówię?
Treecko zastanowił się.
- Wiem, że masz atak absorpcji, ale to nie wystarczy. Musisz opanować atak mega ssania.
Pokemon nie wiedział, jak może tak po prostu opanować sobie atak.
- Wiem, że uczysz się mega ssania dopiero za kilka poziomów, więc musimy potrenować. Na początek... Może...
Rozejrzałem się.
- O! Może strzelaj nasionami w te kamienie! Poćwiczysz celność!
Przez cały dzień wymyślałem Treecko różne ćwiczenia, które on z ochotą wykonywał. Wieczorem opanował wreszcie mega ssanie.
- No, Treecko, teraz jesteś na dwudziestym szóstym poziomie! Gratulacje! Możemy jutro wyzwać Brawly`ego na walkę!
- Triiiii!

***


Treecko noc spędził w Centrum Pokemon. Nie był zbyt zmęczony, ale chciałem, żeby na walkę był wypoczęty. Po południu wziąłem Pokemony (Feraligatr, Jawie, Treecko, Hitmonchan, Bagon i Gligar), Chada i Sayo i poszedłem wyzwać Brawly`ego na walkę.
- Shubi, czy jesteś pewien, że teraz wygrasz?
- Czy nie widziałaś, jak trenowałem?
- Więc... Nie widziałam.
- W takim razie powiem Ci jedno: mam już strategię.
- Skoro tak twierdzisz...
- Ja nie twierdzę! Tym razem wygram.
Pewny siebie wszedłem na stadion. Brawly już tam czekał.
- Shubi! Więc przyszedłeś po drugą szansę!
- Tak, Brawly. I tym razem mam strategię!
- Dobrze. To będzie mecz rewanżowy - jeden na jeden. Idź, Makuhita!
- Spodziewałem się tego! Idź, Treecko!
Makuhita nie traktował poważnie tego przeciwnika.
- Makuhita, nie lekceważ go! Pchnij ramieniem!
- Treecko, złe spojrzenie!
Makuhita zatrzymał się w miejscu.
- Teraz, Treecko! Strzelaj nasionami!
Makuhita oberwał w brzuch serią nasion.
- Makuhita, syp piaskiem!
Makuhita sypnął piachem w oczy Treecko. Arena przypominała plażę, więc było czym sypać. Celność Treecko bardzo się obniżyła.
- Treecko, teraz gonitwa!
Treecko szybko podbiegł i chciał uderzyć Makuhitę od tyłu, ale nie trafił.
- Makuhita, kopnij go!
Pokemon wykonał polecenie. Treecko upadł na podłogę. Był już bardzo słaby. „Makuhita ma bardzo dużo energii” - pomyślałem.
- Teraz, Treecko! Atak mega ssania!
Treecko wstał i zaczął zabierać energię Makuhicie. Gekon był teraz sprawniejszy, a ruchy jego przeciwnika stały się dużo wolniejsze.
- Makuhita!
- Treecko, uderz go!
Treecko ciągle powtarzał ten atak, aż Makuhita nie wytrzymał. W pewnej chwili upadł, ale podniósł się w ostatniej chwili.
- Makuhita, sejsmiczny rzut!
- O nie!
Makuhita miał tak wysoki poziom, że gdyby udało mu się wykonać ten atak, to znokautowałby Treecko. Na drugą przegraną nie mogłem sobie pozwolić.
- Treecko, szybki atak!
Pokemony biegły na siebie. W pewnej chwili, gdy były już blisko, Treecko podstawił ogon przeciwnikowi. Efekt był taki, że Makuhita przewrócił się i przekoziołkował kilka razy. Miał już dość.
- Makuhita, wracaj!
- Treecko, udało się! Wygraliśmy!
Treecko wskoczył mi na ręce. Brawly podszedł do nas.
- Gratulacje, Shubi, wygrałeś odznakę uderzenia. Twoja strategia była lepsza od mojej. Oto nagroda: Odznaka Uderzenia.
- Dzięki, Brawly!
Wziąłem odznakę.
- Teraz podróżujesz do Slateport, tak?
- Tak... Czy tam jest arena Pokemon?
- Nie, ale najbliższa jest w Mauville. Będzie bliżej, jak wrócisz do Petalburg przez Verdantruff.
- Aha. To bardzo dobrze! Im więcej odznak, tym lepiej! Idziemy. Żegnaj, Brawly!
- Żegnaj, Shubi! I powodzenia w Lidze Hoenn!

Powrót do góry

Rozdział 31 - Konkurs Pokemon

Zaszliśmy do Centrum Pokemon. Siostra Joy szybko uleczyła Treecko. Następnie poszliśmy do portu, gdzie czekał na nas pan Briney. Chad nie chciał wejść do łodzi.
- Ale Chad! Chcesz zostać w Dewford?
- Mogę zostać! Nie chcę umrzeć na morzu!
- Rety... Chad, ty idioto!
- Chłopcze, przysięgam, że w drodze do Slateport nie ma żadnych Staryu! One są tylko pomiędzy Petalburg i Dewford, oraz niedaleko Lilycove.
- Na pewno?
- Na pewno.
Po wielu namowach Chad wreszcie zgodził się wejść do łódki. Mimo wszystko, podróż spędził pod pokładem. Nie wyciągaliśmy go stamtąd. I tak dużym sukcesem było, że udało się nam wciągnąć go na łódź. Do Slateport dopłynęliśmy bardzo szybko.
- Dobrze. To gdzie mieliśmy dostarczyć te dokumenty?
Wszyscy spojrzeli na mnie.
- No co? Skąd mam wiedzieć?
- Steven Ci nie powiedział?
- Nie.
- No to mamy problem.
Na szczęście pan Briney nie stracił głowy.
- Ta paczka na pewno jest dla kapitana Sterna. On buduje tu prom, który będzie krążył pomiędzy Slateport a Lilycove. Chodźcie, zaprowadzę was.
Bardzo się ucieszyłem, że pan Briney zaprowadził nas na miejsce. Sami na pewno nie trafilibyśmy - Slateport było po prostu wielkie. Mijaliśmy sklepy, domy, kina, ale zatrzymaliśmy się przy dużym, ogrodzonym budynku z napisem „STOCZNIA”. Pan Briney wziął dokumenty i wszedł do środka. Powiedział, że nie może nas wziąć, bo tu dzieci nie mają wstępu (a to bardzo mnie rozzłościło). Na szczęście pan Briney szybko wrócił.
- Dobrze, dokumenty dostarczone. To gdzie teraz zmierzacie?
- Do Petalburg, ale przez Verdantruff.
- Aha... To życzę wam powodzenia. Szczególnie tobie, Shubi. Jestem pewien, że kiedyś zostaniesz Mistrzem.
- Dziękuję, proszę pana.
Pan Briney odszedł. My wyruszyliśmy w drugą stronę. Kiedy już mieliśmy wyjść z Slateport, coś przykuło uwagę Sayo.
- Patrzcie, Shubi, Chad! Co to jest?
Wskazywała na duży, czerwony budynek z napisem „KONKURS POKEMON”.
- Muszę to zobaczyć!
Pobiegła tam, a my, chcąc nie chcąc, pobiegliśmy za nią. Gdy weszliśmy do budynku, Sayo już czytała broszurkę.
- Hej! Posłuchajcie! Konkursy Pokemon... W Konkursach mogą brać udział wszystkie Pokemony... Jest pięć kategorii konkursów... W każdym konkursie Pokemon może pokazać pięć różnych ataków... Podlicza się punkty... Wygrane Pokemony otrzymują specjalne wstążki!
Chad się bardzo zainteresował.
- A jakie są kategorie?
- Są po angielsku. Cute, smart, beauty, tough i cool.
- Czyli milutkie, mądre, piękne, moce i... Cool.
- Super! Zapiszę któregoś z moich Pokemonów!
- Ja też!
- No to i ja może... Ale do jakich kategorii?
- No więc...
Sayo odłożyła broszurkę.
- Wystawię Pikachu do konkursu cool. Elektryczne ataki są zawsze cool!
- Świetnie. Ja jestem pewien, że mój Gloom nadaje się idealnie do konkursu smart! A ty, Shubi?
- Myślę, że... Myślę, że Jawie wygrałby konkurs cute.
Zapisaliśmy się na konkursy. Niestety, Feraligtar musiał posiedzieć w poczekalni, bo nie wolno wprowadzać innych Pokemonów na scenę. Dostałem numerek 3. Sayo i Chad też dostali numerki. Wszyscy poszliśmy do swoich sal. Kiedy zająłem swoje miejsce, prowadzący właśnie zaczął mówić.
- Witam was wszystkich na Konkursie Pokemon Cute! Dzisiaj udział biorą Bill i Jigglypuff! Molly i Sandshrew! Shubi i Jawie! Max i Horsea!
Potem odbyło się głosowanie. Publiczności spodobał się najbardziej Jigglypuff. Jako pierwszy atak Jawie pokazał złe spojrzenie. Wyszło mu całkiem dobrze, ale Horsea pokazał uderzenie, co było atakiem tough. Publiczność trochę się zdenerwowała. Sandshrew atakował ostatni. Użył ataku wycia i dostał najwyższe oklaski. Jawiemu potem szło bardzo dobrze. Nawet zajął pierwsze miejsce, ale Jigglypuff użył śpiewania i Jawie się zdenerwował. Potem opuścił jedną turę. W ogólnej sytuacji, Jawie wypadł bardzo dobrze. Okazało się, że zajął drugie miejsce. Nie dostał za to nagrody, ale zakwalifikował się do drugiej rundy. Ucieszyłem się. Dowiedziałem się, że druga runda odbywa się w Verdantruff. Ucieszyłem się jeszcze bardziej, bo przecież zmierzaliśmy przez Verdantruff. Kiedy wyszedłem, spotkałem Chada i Sayo. Pochwalili się, że zajęli pierwsze miejsca. Zaczęli opowiadać, jak ich Pokemony atakowały. Kiedy wyszliśmy z budynku, stało się coś bardzo dziwnego. Poczułem, że coś ciągnie mnie za szyję do ziemi, aż ugięły mi się kolana.
- Co się stało, Shubi?
- Nie wiem...
Sięgnąłem za koszulę. To amulet Bractwa Smoków tak ciążył. Kiedy go wyjąłem, zobaczyłem, że świeci jaskrawo niebieskim światłem.
- Shubi... Co to może znaczyć?
- Domyślam się. To może znaczyć tylko jedno - Bractwo Smoków wzywa. Muszę wracać.

Powrót do góry

Rozdział 32 - Powrót do Bractwa

Pobiegliśmy szybko do portu. Amulet ciągle ciążył, więc po jakimś czasie wsadziłem go do plecaka, bo mnie szyja zaczynała boleć. Ucieszyliśmy się, że pan Briney jeszcze nie odpłynął.
- Hej, panie Briney!
- O, to wy? Nie poszliście jeszcze do Mauville?
- Nie, jeszcze nie, bo amulet... To znaczy, zadzwonił profesor Elm i powiedział, że mamy wrócić szybko do Johto!
- Chcecie, żebym was tam podrzucił?
- Jeżeli to panu nie sprawi kłopotu...
- Mogę was podwieźć.
- Naprawdę? To cudownie! Możemy płynąć od razu?
- Jasne, ale czemu się tak śpieszysz?
- Nie wiem, ale to bardzo ważna sprawa.
Uznałem, że lepiej nie mówić panu Briney o Bractwie. W końcu nie wszyscy muszą wiedzieć. Po chwili już płynęliśmy. Ciągle ponaglałem, żeby przyśpieszyć. Dziwiłem się, że pan Briney jeszcze nie wyrzucił mnie za burtę. Po czterech godzinach widać już było Johto.
- Wysadzę was w Olivine, bo będę miał stamtąd bliżej do Petalburg.
- Ale...
Nie mogłem przecież wymagać, żeby pan Briney płynął do Blackthorn. Poza tym, Blackthorn nie ma dostępu do morza. Z drugiej strony, nie mogliśmy tracić czasu na kilkutygodniową podróż z Olivine.
- Shubi, co teraz zrobimy? - spytała Sayo dyskretnie.
- Nie wiem... Możemy czekać tylko na cud. Ale lepiej, żeby wydarzył się szybko.
Mieliśmy szczęście - cud się wydarzył. Zobaczyłem mały punkt lecący w naszą stronę. Punkt coraz bardziej się powiększał. Po chwili okazało się, że to był Lance i leciał na Dragonite. Wylądował na łódce, ale efekt był taki, że łódź znacznie się zanurzyła.
- Shubi, mamy szczęście, że Dragonite Cię zauważył! Wskakuj, musimy lecieć!
- Ale nie zostawię tu Sayo, Chada i Feraligatra...
- Mam na to radę.
Lance rzucił Pokeballem z którego wyszedł jeszcze jeden Dragonite.
- Świetnie, ale...
Spojrzałem na Feraligatra. Przecież Pokemon nie mógł lecieć na Pokemonie.
- Feraligtar... Bardzo mi przykro, ale nie mogę Cię tu zostawić. Wracaj!
Zawróciłem go do Pokeballa, a Jawiego wziąłem na ręce.
- Obiecuję, że wypuszczę Cię od razu po wylądowaniu.
Pożegnaliśmy się i podziękowaliśmy za podróż panu Briney. Następnie wskoczyłem na drugiego Dragonite. Sayo usiadła za Lance`em, a Chad wszedł na tego samego Dragonite, co ja. Upewniłem się, że Jawie siedzi wygodnie i wyruszyliśmy. Lance prowadził. Zastanawiałem się jak dostaniemy się do Blacthorn. Piechotą szło się tam bardzo długo. Lance chyba usłyszał moje myśli. Nagle krzyknął:
- Teraz trzymajcie się! Dragonite, ekstremalna szybkość!
Coś szarpnęło i Dragonite`y, które leciały i tak już bardzo szybko, poleciały dziesięć razy szybciej. Po niecałej godzinie takiego lotu dotarliśmy do Blackthorn. Zmęczył mnie bardzo ten lot. Zeskoczyłem z Dragonite`a szczękając zębami.
- Bardzo szybko tu dotarliśmy...
- Tak, Chad. Zazwyczaj nie latam takich odległości. Popatrz tylko na Shubiego!
- Dobra, dobra, nie ukrywam, jest mi zimno!
- Chodź, Shubi, nie ma czasu!
- Dobrze, a o co chodzi?
Chad i Sayo zostali na miejscu.
- Hej, to nie idziecie?
- Nam nie wolno.
- Jestem członkiem Bractwa, wpuszczą was na moje polecenie.
Widać było, że Chad ma wielką ochotę, żeby iść, ale nie ruszył się z miejsca.
- Shubi, jeżeli to jest coś ważnego, to nie pójdziemy.
- Właśnie, później nam wszystko powiesz.
- Skoro tak... Zaraz, zapomniałem! Feraligatr, wychodź!
Kiedy Feraligatr wyszedł z Pokeballa otrząsnął się, jakby dopiero co wynurzył się z lodowatej wody. Potem podniósł Jawiego. Lance poszedł szybkim krokiem w kierunku Jaskini Smoków. Ruszyłem za nim. Dotarliśmy tam po dziesięciu minutach. Przy wejściu nie było... wejścia.
- Co się...?
- Szybko, Shubi! Nie ma strażnika, został wysłany na poszukiwanie członków Bractwa, a przecież nie możemy pozwolić, żeby wszedł tutaj ktoś, kto nie jest członkiem.
- Ale jak mam...
- Pomyśl o swoim amulecie i wejdziesz. - powiedział Lance i znikł w litej skale.
- Dobre sobie.
Myśląc gorączkowo o swoim amulecie wszedłem za Lancem, choć miałem dziwne uczucie, że gdzieś już coś podobnego widziałem. Za mną wszedł Feraligatr i Jawie. Lance, żeby uprzedzić moje pytanie rzekł:
- To są twoje Pokemony, mogą za tobą wejść. Szybko, pośpieszmy się!
Pobiegł schodami. Ruszyłem za nim, ale spadłem z kilku ostatnich stopni.
- Rety... Nie można wolniej?
- Teraz już można.
Wstałem. Zauważyłem, że w jeziorze nie ma ani jednego Dratini, ani Dragonaira.
- Gdzie one są?
- Schowały się na polecenie Bractwa. Grozi im tu niebezpieczeństwo.
Idąc ścieżką, która przedzielała jezioro na pół, zastanawiałem się, co może grozić takim Pokemonom jak Dragonair, że musiały się schować. Doszliśmy do wielkich wrót zamku. Lance szybko wszedł do środka, a ja za nim. Wewnątrz zamku było tylko kilku członków Bractwa Smoków. Krążyli wokół czegoś, co wyglądało jak długi, zielony i bardzo gruby sznur.
- Shubi, to jest Rayquaza.
- Rayquaza?
Wyjąłem Pokedex, ale nie znał on tego Pokemona.
- Widzisz, Shubi, Rayquaza należy to legendarnych Pokemonów. Pokedex nie zna o niej informacji.
- Jak ona tu trafiła?
- Nie mogę powiedzieć, jesteś jeszcze za krótko w Bractwie. Ukryliśmy Rayquazę tutaj, już długo ją leczymy. Zespół R dotkliwie ją poranił. Teraz chcą się tu dostać i...
Nie skończył, bo właśnie przez otwarte wrota wpadła Clair, liderka sali w Blackthorn i członkini Bractwa Smoków.
- Lance, nie dobrze, już się prawie dostali... Witaj, Shubi! Już wszystko wiesz?
- Mniej więcej.
- Dostali się?
- Tak, musimy iść!
Lance spojrzał na mnie.
- Shubi, można Ci ufać. Pilnuj Rayquazy przy pomocy swoich Pokemonów.
- Ale... Czy ona nie jest niebezpieczna?
- Pokemony nie są bezrozumne, Shubi. Potrafią okazać wdzięczność za pomoc.
Po chwili Lance, Clair i wszyscy członkowie Bractwa wybiegli z zamku. Zostałem sam na sam z Rayquazą.
- Wychodźcie! Treecko, Hitmonchan, Bagon, Gligar!
Cztery Pokemony opuściły Pokeballe.
- Musicie mi pomóc pilnować tego Pokemona! Zespół R nie może zabrać Rayquazy!
Początkowo było cicho. Potem słyszałem krzyki. Podbiegłem do wrót i zobaczyłem, że Zespół używa przeciwko smokom lodowych Pokemonów. To było mądre posunięcie z ich strony, bo lód pokonuje smok. Cofnąłem się do Rayquazy. Po chwili drzwi się otworzyły i weszły dwie postacie. To byli, oczywiście, Gina i Mitch.
- Mogłem się domyślić, że to wy!
- Tym razem nas nie pokonasz. Szef wyposażył nas w Pokemony z każdego gatunku. Oddaj nam Rayquazę po dobroci, to może Cię nie zabijemy.
- Bardzo śmieszne. Idź, Hitmonchan!
- Naprzód, Kadabra!
- Hitmonchan, ognista pięść!
- Kadabra, teleportacja!
Kadabra teleportował się za Hitmonchana.
- Teraz, Kadabra! Psychokineza!
Hitmonchan nie wytrzymał takiego ataku.
- Wracaj, Hitmonchan! Idź, Gligar!
- Moja kolej! Idź, Cloyster! Wodna broń!
Gligar nie wytrzymał tak silnego ataku.
- Nie mogę przegrać! Wracaj, Gligar! Naprzód, Treecko!
- Teraz ja. Idź, Growlithe! Ognisty podmuch!
Treecko był za słaby, żeby wytrzymać ten atak.
- Nie mogę... To niemożliwe! Bagon, w tobie nadzieja! Atak czaszką!
Bagon znokautował Growlithe.
- Zaatakujmy razem, dobrze, Mitch?
- Jasne.
- Kadabra!
- Cloyster! Atakujcie!
Bagon nie mógł wytrzymać ataku dwóch Pokemonów na raz.
- Wracaj, Bagon!
Feraligatr już szykował się do walki.
- Ten Feraligatr jest bardzo silny. Musimy użyć więcej żywiołów.
- Racja! Idź, Vileplume!
- Naprzód, Magneton!
Każdy z tych Pokemonów użył najsilniejszego ataku: Kadabra psychokinezy, Cloyster wodnej pompy, Vileplume tańca płatków, a Magneton pioruna. Nawet tak silny Pokemon jak Feraligatr nie mógł tego wytrzymać. Musiałem go zawrócić do Pokeballa.
- Chyba nie użyjesz przeciwko nam tego Totodila, co? Teraz musisz oddać Rayquazę.
Nie wiedziałem, co mam zrobić. Nie mogłem oddać Rayquazy.

Powrót do góry

Rozdział 33 - Ucieczka i pomoc

Sytuacja była beznadziejna. Musiałem obronić Rayquazę przed Zespołem R, ale nie miałem już Pokemonów. Został mi tylko Jawie, ale on był zbyt mały na walkę.
- To jak? Odejdziesz, czy mamy Cię zabić?
Nie śmieszył mnie ich humor. Wiedziałem, że nie żartują. Co mogłem zrobić?
- Jeżeli nie ruszysz się za pięć sekund, będzie po tobie. 5...
Nie wiedziałem, co mam robić. Nie mogłem pozwolić, żeby zabrali Rayquazę.
- 4...
Bractwo Smoków mi zaufało. Nie mogę ich zawieść.
- 3...
Rayquaza nie może trafić w ręce Zespołu R. Ale co mówił Lance? Ona już leży tak bardzo długo...
- 2...
Sięgnąłem Po Timerball.
- Co ty robisz?!
Błyskawicznie rzuciłem Timerballem w Rayquazę. Tak jak przewidziałem - Pokemon, już długo osłabiony, od razu znikł w piłce.
- Oddaj to! Cloyster, wystrzel kolce!
Złapałem Jawiego i schowałem się za krzesło. W tym samym momencie obok mnie wbiły się dwa wielkie kolce.
- Oddawaj tego Pokemona!
- Jeśli go chcecie, złapcie mnie najpierw!
Przeskoczyłem przez stół. I wybiegłem przez boczne drzwi. Zespół R już za mną biegł. Teraz musiałem już tylko uciekać. Ode mnie wszystko zależało. Wciąż trzymając Jawiego pobiegłem schodami na wyższe piętro. Musiałem to przeciągać jak najdłużej.
- Nie chowaj się, i tak Cię znajdziemy!
Nie odpowiedziałem, tylko schowałem się za jednymi drzwiami. Trafiłem do jakiejś sypialni. Na środku pokoju stało wielkie łóżko. Po drugiej stronie było okno. Wyjrzałem przez nie. Za nim było widać ciągle jaskinię.
- Na pewno wyższe kondygnacje wychodzą na powierzchnię. Muszę się tam dostać.
Kilka cegieł wystawało z muru. Wyszedłem przez okno i wdrapałem się piętro wyżej. Kiedy już wszedłem tamtym oknem, zaskoczyła mnie moja własna odwaga. Jawie za to nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji.
- Uspokój się, Jawie! Bo nas znajdą!
Wyszedłem drzwiami z pomieszczenia, w którym byłem i pobiegliśmy schodami wyżej. Usłyszałem głosy - Zespół R już biegł. Byliśmy już prawie na górze, ale potknąłem się i upadłem, a Timerball z Rayquazą wypadł mi i potoczył się schodami na dół.
- Nie!
Jawie szybko zbiegł. Usłyszałem głos Giny.
- To ten jego mały Totodile! Łapać go!
- Uciekaj, Jawie!!!
Usłyszałem, że Magneton próbuje zaatakować, ale na szczęście po chwili zobaczyłem Jawiego wracającego z Timerballem. Podniosłem Pokemona, a piłkę schowałem do kieszeni. Pobiegłem korytarzem, ale Zespół R już nas widział.
- Kadabra, psychopromień!!!
W ostatniej chwili schowałem się w jednej z komnat. Promień Kadabry roztrzaskał drzwi na drzazgi. Mimo to miałem szczęście - przez okno wpadały promienie słoneczne, więc ta wieża wychodziła ponad Jaskinię Smoków. Niestety, byłem w pułapce. Zespół R stał w drzwiach.
- No dobra, koniec zabawy. Fajnie było? No, a teraz oddawaj ten Timerball.
- Nie oddam, choćbym miał...
Zrobiłem najgłupszą rzecz, jaką mogłem zrobić. Złapałem Jawiego i wszedłem na okno. Było bardzo wysoko.
- Jeżeli podejdziecie, wyskoczę. A jeżeli mi coś zrobicie... To i tak spadnę. Nie dostaniecie Rayquazy, nie pozwolę na to!
Zespół R musiał przyznać mi rację. Tak, czy inaczej, straciliby Rayquazę. Ja za to miałem nadzieję, że Lance, albo ktoś inny znajdzie mnie i nie będę musiał robić tego, co zamierzałem.
- Kadabra, zabierz mu ten Timerball siłą psychiczną!
Kadabra wskazał łyżką piłkę i pociągnął w swoim kierunku. Poczułem, że Timerball wyrywa mi się z ręki. Trzymałem mocno. Nagle Kadabra puścił, a ja, dzięki prawom fizyki, wypadłem. Widziałem, że Zespół R podbiega do okna i wygląda za mną. A ja leciałem plecami w dół i czekałem na upadek. Jedną ręką ściskałem przerażonego Jawiego. Zastanawiałem się, czy Pokemony przeżyją? W końcu były w Pokeballach... Nagle poczułem, że lecę coraz wolniej. Coraz wolniej, wolniej, aż się zatrzymałem w powietrzu. Dopiero wtedy rozejrzałem się. To znowu była Lugia. Uratowała życie mi i moim Pokemonom. Zatrzymała nas psycho - siłą. Następnie podleciała i wzięła mnie na grzbiet. Podleciała wyżej, do okna, z którego wyskoczyłem. Zespół R, wystraszony, cofnął się. Wskoczyłem do komnaty. Usłyszałem w głowie głos Lugii: „Wypuść Pokemony”. Zrobiłem to, co kazała. Feraligatr, Treecko, Hitmonchan, Bagon i Gligar byli bardzo zmęczeni. Lugia użyła na nich jakiegoś ataku i nagle wszystkie odzyskały siły.
- Atakujcie!
Każdy Pokemon zaatakował swoim najsilniejszym atakiem. Zespół R miał dość. „Jeżeli będziesz mnie jeszcze kiedyś potrzebował, przybędę. Rayquaza też już jest zdrowa.” - powiedziała Lugia i odleciała. Po chwili do komnaty wbiegł Lance, a za nim Clair.
- Shubi, jak dobrze, że Cię znalazłem! Gdzie Ray... Co tu się wydarzyło?!
Szybko streściłem całą moją ucieczkę przez Zespołem R. Lance i Clair nie mogli wyjść z podziwu.
- Mówisz, że złapałeś Rayquazę w Timerballa?
- Tak, to było jedyne wyjście...
- Cały Zespół R już zabrała policja, nie było wśród nich szefa.
- Szef jest w Celadon...
Podszedłem do okna.
- Prawnie Rayquaza należy do mnie...
Spojrzałem na Timerball.
- Wychodź, Rayquaza!
Pokemon wyglądał jak długi, zielony wąż z łapami. Unosił się w powietrzu, co wyglądało niesamowicie.
- Rayquaza, jesteś wolny. To nie fair tak Cię łapać... Jeszcze kiedyś się pewnie zmierzymy.
Rayquaza popatrzyła na mnie, a potem poleciała ponad chmury.

Powrót do góry

Rozdział 34 - Plus i minus

- Jeszcze raz dziękuję Ci za pomoc, Shubi.
- Nie ma za co, zawsze to miło pomóc... Tylko wróć szczęśliwie!
Lance odleciał. Kiedy już opowiedziałem Chadowi i Sayo o całym zajściu, Lance użył Dragonitów i odstawił nas do Slateport. A teraz wracał do Blackthorn. A my mieliśmy iść do Mauville. Ruszyliśmy polną drogą.
- Shubi, w Mauville możesz zdobyć drugą odznakę...
- Tak, to prawda.
- Fajnie... A ja chciałabym złapać jakiegoś nowego Pokemona... albo dwa...
- Daj spokój!
- Ale ja tam widzę dwa! Zobacz!
- Ej, rzeczywiście! Zaraz... To chyba Pikachu!
- Nie, to na pewno nie Pikachu... Pikachu mają czarne końcówki uszu... A te dwa Pokemony, o ile mnie wzrok nie myli, mają czerwone i niebieskie końcówki.
Podkradliśmy się bliżej. Dwa małe Pokemony, przypominające Pikachu, bawiły się razem. Nagle jeden z nich wysłał szok elektryczny w kierunku przelatującego Pidgey`a. Drugi Pokemon głośno bił brawo i klaskał.
- Bardzo dobrze się rozumieją... A jakie to Pokemony?
- Plusle, kibicujący Pokemon. Kiedy Plusle kibicuje swojemu partnerowi, iskry sypią się z jego ciała. Kiedy partner przegrywa, Plusle głośno płacze.
- Minun, kibicujący Pokemon. Kiedy Minun kibicuje swojemu partnerowi, iskry sypią się z jego ciała. Jeżeli partner jest w niebezpieczeństwie, Minun wysyła dużo więcej iskier.
- Patrzcie... Ten Plusle i Minun bardzo dobrze się rozumieją...
- I to są elektryczne Pokemony!
- Sayo, nie myśl o tym... Chyba nie chcesz ich rozdzielać!
- Nie, nie chcę, złapię obydwa!
Sayo wyskoczyła z krzaków.
- Hej, Plusle, Minun! Walczcie ze mną!
Plusle i Minun byli bardzo zaskoczeni taką propozycją. Niestety, Pokemony nie miały ochotę na walkę. Odwróciły się. Dobrze wiedziały, że nikt nie będzie miał serca i sumienia ich zaatakować, jeżeli nie będą chcieli walczyć. Sayo posmutniała.
- Ale... Proszę was!
- Plus!
- Min!
- Zobaczcie, ja mam tyle elektrycznych Pokemonów...
Sayo wypuściła wszystkie Pokemony. Plusle i Minun się zainteresowali. Pikachu od razu podszedł, żeby się z nimi zapoznać. Ja i Chad również wyszliśmy z ukrycia.
- Hej, Shubi, może my też wypuśćmy nasze mniejsze Pokemony!
- Tak!
Chad wypuścił Voltorba i Mudkipa, a ja Treecko i Bagona. Plusle i Minun byli bardzo zainteresowani taki towarzystwem. Po długiej namowie, Pokemony zgodziły się na walkę. Dwa na dwa.
- Dobrze. Ja wybiorę Pikachu i Jolteona!
- Plus!
- Min!
- Dobrze! Jolteon! Szybki atak!
Minun i jego kompan użyli zręczności. Jolteon nie mógł dogonić przeciwników.
- Pikachu! Piorunująca fala!
Pikachu prawie trafił Plusle`a, ale Minun w ostatniej chwili go odciągnął.
- Hej! To pomocna dłoń! Nigdy nie widziałem tego ataku w akcji!
- Komu kibicujesz?! Jolteon, rakieta igłowa!
Małe Pokemony znowu uniknęły ataku. Potem Minun użył piorunującej fali na Jolteonie, a Plusle dobił go szokiem elektrycznym.
- Wracaj, Jolteon! Postaraj się, Pikachu! Piorun kulisty!
Pikachu trafił Plusle`a, ale to niewiele mu zrobiło. Natomiast oba małe Pokemony zaatakowały szybkim atakiem. Również Pikachu miał dość. Sayo podbiegła do Pokemona i wzięła go na ręce.
- Pikachu, przykro mi, że musiałeś się męczyć...
Sayo pocałowała go i zawróciła do Pokeballa.
- Szkoda, że nie mogę was złapać... Bardzo byście mi się przydali... No, chodźcie, Shubi, Chad...
- Idziemy.
Zawróciliśmy Pokemony i poszliśmy. Sayo była bardzo smutna. Nagle zorientowaliśmy się, że ktoś za nami idzie. Odwróciliśmy się. Okazało się, że były dwa małe Pokemony. Plusle i Minun. Od razu wskoczyły Sayo na ręce. Zrozumieliśmy od razu. Sayo nic nie powiedziała, tylko pocałowała oba małe Pokemony. Plusle i Minun wyglądali na najszczęśliwsze Pokemony na całym świecie.

Powrót do góry

Rozdział 35 - Walka Azurilla

Sayo była szczęśliwa, że udało jej się wreszcie skompletować sześć elektrycznych Pokemonów. Za to Chad był nachmurzony. Również chciał zdobyć sześć Pokemonów.
- Co Ci jest? Nie możesz sobie złapać tych kilka Pokemonów?
- Gdyby to było takie proste...
- A co, nie jest? Widziałeś, ile Pokemonów złapał Shubi?
- Tak, dużo...
- Przecież to takie łatwe!
- Może masz rację... Hej, to Wurmple! Idź, Gloom! Proszek usypiający!
Wurmple, kiedy zobaczył, że Gloom go atakuje, uciekł w krzaki.
- Tak, bardzo łatwe, bardzo.
Nie mogłem powstrzymać się od śmiechu.
- Czemu się śmiejesz?
- Bo przecież nie potrzeba Ci więcej Pokemonów. Masz bardzo dobre Pokemony: Voltorb, Gloom, Snornut i Mudkip są silni. A Azurill jest... Słodki.
Chad spojrzał na Azurilla.
- Chciałbym, żebyś nauczył się walczyć. Jesteś Pokemonem doskonałym, ale byłbyś jeszcze lepszy, gdybyś umiał dobrze walczyć.
- Azu...
Kawałek drogi dalej, jakiś trener wyzwał nas na pojedynek.
- Chad, chcesz walczyć?
- Jasne, to będzie miła odmiana, gdy będę walczył ja, a nie ty.
Trenerowi było wszystko jedno, z kim walczył. Ustalili, że to będzie walka dwa na dwa.
- Naprzód, Wooper!
- Idź, Mudkip!
- Wooper, wodna broń!
- Mudkip, strzał błotny!
Zanim Wooper użył wodnej broni, został uderzony przez strzał błotny.
- Teraz, Mudkip! Uderz go!
- Wooper, nie daj się!
Wooper w ostatniej chwili odskoczył.
- Teraz, trzask!
Mudkip mocno oberwał.
- Mudkip, teraz blokujący atak!
Wooper nie miał już ochoty na dalszą walkę.
- Wracaj, Wooper! Naprzód, Sunkern!
- Mudkip, strzał błotny!
- Sunkern, absorpcja!
Sunkern wyssał energię Mudkipa.
- Teraz, Sunkern, strzelaj nasionami!
Mudkip miał dość. Chad musiał go zawrócić. Teraz zastanawiał się, jakiego Pokemona użyć. Spojrzał na Azurilla.
- Azurill, chcesz walczyć?
Pokemon nie odpowiedział, tylko wybiegł przed Chada.
- Sunkern, mega ssanie!
- Azurill, atak ogonem!
Azurill uniknął ataku Sunkerna.
- Teraz, Azurill, uderz go!
Niestety, Azurill nie miał dużej siły ataku. Zranił Sunkerna, ale prawie wcale.
- Sunkern, słoneczny dzień!
- Azurill, pośpiesz się! On przygotuje promień słoneczny!
Chad prawidłowo rozpoznał atak. Azurill był bezbronny wobec promienia słonecznego. Nagle Sunkern wystrzelił promień w kierunku Azurilla. Pokemon znalazł się w samym jego środku. Wyglądało na to, że walka się skończyła. Azurill leżał.
- To nic, Azurill... Chodź, podniosę Cię...
Chad podszedł i wziął Pokemona na ręce, ale nagle Azurill obudził się i zeskoczył, by dalej walczyć. Podbiegł i z całej siły zdzielił przeciwnika ogonem. Po tym ciosie zalśnił. Powiększył się. Ewoluował.
- Azurill... Ewoluowałeś! Dla mnie... Bo Ci na mnie zależy...
Azurill, teraz już Marill, odwrócił się i pokiwał łebkiem.
- Dobrze! Marill, turlaj się!
Pierwszy atak nie wyrządził dużej szkody Sunkernowi, ale następna seria i trzecia całkowicie go wykluczyły. Pokemon próbował się bronić, ale to było na nic. Sunkern przegrał. Trener zawrócił go, pogratulował Chadowi zwycięstwa i ewolucji Pokemona, po czym odszedł. Marill wskoczył Chadowi na ręce.
- Marill... Teraz nie dość, że jesteś najsłodszym Pokemonem na świecie, to jeszcze najsilniejszym!
Marill zaczerwienił się.

Powrót do góry

Rozdział 36 - Elektryczne starcie

Kiedy doszliśmy do Mauville, Marill nauczył się wchodzić do Pokeballa. Chad był z niego bardzo dumny. Wreszcie przestał się dąsać, że ma tak mało Pokemonów. Wszyscy byliśmy z tego powodu zadowoleni.
- Chodźmy do Centrum Pokemon. Pokemony są zmęczone.
- Jasne.
W czasie drogi przeszliśmy koło...
- Stadion? Nie wiedziałem, że Mauville ma własny stadion!
- Tak, ma.
- Musimy tam iść!
Pobiegłem do Centrum Pokemon, skompletowałem nową drużynę (Feraligatr, Jawie, Treecko, Bagon, Charizard, Espeon) i wróciłem, zanim Chad, Sayo i Feraligatr ruszyli się z miejsca.
- To co, wchodzimy?
- Jasne! Idz...
Chad odwrócił się i wpadł na Sayo.
- Chad, uważaj trochę... Ach, wypadły mi wszystkie Pokeballe!
Wszystkie Pokeballe Sayo otworzyły się i wyszły z nich Pokemony.
- Całkiem niezły zestaw Pokemonów!
- Kto to powiedział?
Obejrzałem się. W drzwiach stał starszy człowiek i spoglądał z podziwem na Pokemony Sayo.
- Masz bardzo ładne Pokemony! Tylko myślałem, że nosi się je w Pokeballach! - starszy człowiek powiedział to, po czym wybuchł śmiechem.
- Bo ja je noszę w Pokeballach, tylko mi wypadły...
Sayo pozbierała Pokeballe, po czym zawróciła swoich podopiecznych.
- Ja tylko żartowałem! Wszyscy mówią mi, że mam świetne poczucie humoru! Mam na imię Wattson. Jestem tutejszym liderem.
- Pan jest liderem?!
- Tak, ja. I znam się bardzo dobrze na elektrycznych Pokemonach! A tak się składa, że ty też masz ładny zestaw.
Sayo zaczerwieniła się. Pochwała od lidera to rzecz niecodzienna.
- Dziękuję panu...
- Ależ nie ma za co. Wiem, co mówię. Właśnie szukałem kogoś takiego jak ty.
- Naprawdę?
- Tak. Widzisz, mam taki problem... Niedaleko na południe jest reaktor, z którego czerpie moc
Mauville i kilka innych miast. Tak się składa, że reaktor się przegrzał i trzeba go na jakiś czas wyłączyć. Prąd będzie wtedy czerpany z akumulatorów, które naładowały się od ostatniego wyłączenia reaktora.
- I pan chce, żebym poszła i wyłączyła reaktor?
- Nie, sam to zrobię. Ja chcę, żebyś się zaopiekowała Odznaką Dynama.
Sayo zaniemówiła.
- Co?! Ja?! Ale...
- Tak, ty. Jesteś utalentowaną trenerką elektrycznych Pokemonów. Mogę Ci powierzyć odznakę i stadion na te kilka godzin. Myślę, że ten młody człowiek będzie chciał walczyć.
Wskazał na mnie.
- Zgadł pan, bo właśnie chcę!
- No właśnie! A ja muszę koniecznie iść wyłączyć reaktor. Odznaka musi być w dobrych rękach. W twoich rękach... ... ...
- Sayo.
- W twoich rękach, Sayo!
Sayo nie dowierzała. Wattson dał jej klucze do areny, odznakę, dodał kilka rad, po czym odszedł.
Spojrzałem na Sayo.
- Wiesz, Sayo, chyba muszę Cię wyzwać na mecz.
- Chyba tak. Gdybym tego nie przeżyła, nie uwierzyłabym, że zostanę liderką!
Chad musiał koniecznie sprowadzić ją na ziemię.
- Ale tylko na kilka godzin. Dobra, chodźcie, chcę zobaczyć ten pojedynek!
Sayo otworzyła drzwi i weszliśmy. Arena wyglądała jak każda inna, choć były pewne wyjątki. Gdzieniegdzie na podłodze były przyciski, oraz po dwa słupki, przez które przejście groziło paraliżem.
- Więc, Shubi, zasady są takie... Jej, mogę wygłaszać zasady Shubiemu! Eee... Zasady... Więc, używamy...
Niech pomyślę... Trzech Pokemonów, walczymy na rundy! Może być?
- Może. Zaczynamy!
- Dobrze! Idź, Plusle!
- Naprzód, Treecko!
- Plusle, szybki atak!
- Unik, Treecko!
Plusle nie trafił.
- Plusle, stań na jednym z paralizatorów!
Plusle stanął na jeden z przycisków. W tym samym momencie skądś z góry spadł piorun, prosto na Treecko i ciągle go raził.
- Treecko, przełam to!
Widać było, że Treecko się męczy, ale piorun był bardzo silny. Nagle Treecko ugiął się i przełamał piorun, po czym wystrzelił serię nasion w zaskoczonego Plusle`a.
- Plusle, nie poddawaj się!
Plusle pobiegł w kierunku Treecko, ale Treecko używając mega ssania wyssał z niego większość energii, lecząc się samemu. Efekt był taki, że gdy Plusle podbiegł do Treecko, nie miał siły, by wykonać atak. Treecko znokautował go jednym atakiem uderzenia.
- Och nie! Wracaj, Plusle!
- Dobra robota, Treecko! Wracaj!
Jedną rundę wygrałem. Ale zawsze mogłem przegrać następne, choć odganiałem od siebie tę myśl.
- Naprzód, Charizard!
- Idź, Lanturn!
- To bardzo dobry ruch. - rzekł Chad. - Oba typy Lanturna przewyższają Charizarda. Shubi, masz bardzo małe szanse.
- To się okaże, Chad! Tak się składa, że ryby kiepsko się poruszają na lądzie!
Miałem częściowo rację. Lanturn poruszał się bardzo wolno. Miałem przewagę, mimo wszystko.
- Charizard, miotacz płomieni!
- Lanturn, wodna broń!
Oba Pokemony atakowały nie poruszając się z miejsc. Wodna broń zneutralizowała ogień.
- Trzeba go inaczej... Hm... Charizard, atak wiatrem!
- Czekałam na to!
Lanturn został zwiany, ale używając płetw do kontroli lotu, wylądował na paralizatorze. Tak samo jak na Treecko, na Charizarda spadł piorun. Spojrzałem w górę. Było tam mnóstwo akumulatorków, każdy przypadał na jeden metr kwadratowy sali.
- Teraz, Lanturn! Wodna pompa!
Atak wodny i elektryczny pokonały Charizarda.
- Wracaj, Charizard!
- Co za mecz! 1:1! Teraz ostatnia runda...
- Tak! Wracaj, Lanturn! Idź, Jolteon!
- Naprzód, Espeon! Dawno nie walczyłeś!
- Właśnie dlatego mam przewagę! Jolteon! Atak pioruna!
- Zręczność, Espeon!
Piorun nie trafił.
- Widzisz, Sayo? Moje Pokemony coś jeszcze umieją! Espeon, psychopromień!
Jolteon mocno oberwał.
- Jolteon, kończ to gonitwą!
- Espeon, uciekaj!
Miałem pewien plan. Espeon uciekał przed Jolteonem, a ten go gonił.
- Espeon, przebiegnij przez te paraliżujące słupki!
- Shubi, jesteś szalony! Ale, niech będzie... Jolteon, biegnij za nim!
Czekałem, aż Espeon pobiegnie do odpowiedniego miejsca. Już był przy słupkach...
- Teraz, Espeon, teleportacja!
Espeon teleportował się za słupki, ale Jolteon był na tyle rozpędzony, że wpadł w niebezpieczne pole i został sparaliżowany.
- Teraz, Espeon, PSYCHOKINEZA!!!
Jolteon nie wytrzymał tego ataku.
- Tak, tak, tak! Wygrałem! Dziękuję, Espeon, wracaj!
- Przegrałam... Wracaj, Jolteon...
- A więc, przegrałaś.
W drzwiach stał Wattson. Nie wyglądał na zadowolonego.
- Jednak nie zrobiłem dobrze, że powierzyłem Ci odznakę.
- Właśnie, że dobrze pan zrobił! - krzyknąłem. - Nie uwierzy pan, jaki ten mecz był trudny! Nie wygrałbym zwykłą siłą!
Wattson trochę się zmieszał.
- Dobrze, zrobimy tak. Dostaniesz odznakę, jeżeli ona zawalczy ze mną i wygra.

Powrót do góry

Rozdział 37 - Sayo walczy o odznakę

Stałem zaskoczony, ale Sayo się nie wahała.
- Dobrze!
- Jesteś bardzo odważna. Czy wiesz, że jeśli przegrasz, twój przyjaciel nie dostanie odznaki?
- Wiem to, a chcę spróbować.
Nie przeszkodziłem jej.
- Sayo, wiem, że wygrasz. Nie dopuszczaj do siebie myśli o przegranej.
- Dobrze.
Wattson był pod wrażeniem.
- Dobrze więc. Wybieramy po jednym Pokemonie. Ten, kto pierwszy pokona przeciwnika, wygrywa.
- Zgoda.
- Naprzód, Magneton!
Wyjąłem Pokedex.
- Magneton, Pokemon magnes, rozwinięta forma Magnemite. Powstały z połączenia trzech Magnemitów, Magneton pojawia się równolegle z plamami na Słońcu.
- Sayo, mecz będzie trudny.
- Zdaję sobie z tego sprawę, ale się nie poddam. Naprzód, Pikachu!
„Oczywisty wybór” - pomyślałem.
- Zaczynamy! Magneton, piorunująca fala!
- Pikachu, zręczność!
Pikachu w ostatniej chwili uniknął ataku.
- Pikachu, elektryczny szok!
Pikachu zaatakował, ale...
- Shubi, patrz, co się dzieje! - Krzyknął Chad.
- Magneton wciąga elektryczność Pikachu!
- Hahaha! - roześmiał się Wattson. - Atakami elektrycznymi mnie nie pokonasz! Magneton, ładuj się!
Magneton ładował energię elektryczną, że zwiększyć siłę następnego ataku.
- Pikachu, musimy coś zrobić!
Sayo bardzo chciała, ale nie wiedziała, co.
- Magneton, piorun kulisty!
- Pikachu! Wiem! Atak ogonem!
Pikachu tylko cudem uniknął pioruna.
- Teraz, Pikachu, szybki atak!
Mimo, że Pikachu zaatakował, prawie nic nie zrobił Magnetonowi, jako że to Pokemon częściowo stalowy. Za to Wattson zaczął operację „ładowanie” od początku. Magneton się ładował, ale ponieważ nie wykorzystał całej energii do poprzedniego ataku, miał ją jeszcze w zapasie. Ale teraz Sayo miała plan.
- Wiem, co zrobić! Pikachu, obserwuj go uważnie!
Pokemon wlepił oczy w przeciwnika, ale sam nie wiedział, po co.
- Zaraz... zaraz... jeszcze... jeszcze trochę...
Sayo również obserwowała Magnetona. Ale ona wiedziała, po co. Nagle...
- Magneton, piorun!
- Teraz, Pikachu! EKRAN ŚWIETLNY!!!
Pikachu w ostatniej chwili wytworzył ekran i cały piorun wrócił do Magnetona, poważnie go raniąc.
- Pikachu, dobij go szybko piorunem kulistym!!!
Magneton, poważnie ranny i zmęczony, nie zdołał wciągnąć energii. Upadł na arenę.
- Wracaj, Magneton!
Pikachu odwrócił się i wskoczył Sayo na ręce. Wattson nic nie mógł powiedzieć.
- A jednak... Jednak dobrze zrobiłem. Masz rację. Jesteś bardzo silna, Sayo. Silna i mądra. Jeżeli ten chłopak Cię pokonał, musiał się nieźle namęczyć. Wedle umowy, muszę mu wręczyć odznakę. Proszę bardzo. Powinniście się nią podzielić. A może... Sayo, może zostałabyś ze mną na stadionie? Mogłabyś mnie kiedyś zastąpić...
Sayo wahała się przez chwilę. Ale kiedy spojrzała na mnie i Chada, podjęła decyzję.
- Niestety, panie Wattson, nie mogę. Chcę podróżować z Shubim i kiedyś złapię wszystkie elektryczne Pokemony!
- Skoro tak... Dobrze. Ale pamiętaj, zawsze Cię tu przyjmę.
- Dziękuję.
Sayo uśmiechnęła się. Wyszliśmy i ruszyliśmy do Centrum Pokemon. Nic nie mówiłem. Zastanawiałem się, czy Sayo zrobiła dobrze, że odrzuciła taką propozycję. Po jej uśmiechu widać było, że tak.

Powrót do góry

Rozdział 38 - Shubi spotyka Shubiego

Po uleczeniu Pokemonów mieliśmy zamiar udać się do Verdantruff, ale nadeszła wiadomość, którą Chad podsłuchał od siostry Joy.
- Verdantruff łączy z Rustboro tunel, który się wczoraj zawalił. Potrwa to trochę, zanim go odgruzują, więc musimy iść okrężną drogą przez Fallabar.
- Skoro tak... Trudno, chodźmy.
I tak zamiast na zachód, ruszyliśmy na północ. Przedzieraliśmy się przez lasy, aż doszliśmy do drogi. Według mapy, prowadziła ona aż do pustyni, a potem na zachód do Fallabar. Nie mając innego wyboru, ruszyliśmy tą drogą. Mogliśmy za to podziwiać najprzeróżniejsze krajobrazy. Najbardziej podobały mi się góry. To jest niesamowite - idziesz drogą, po prawej stronie masz góry, a po lewej gęsty las! I jeszcze co kawałek drogi jezioro! Nie przypominałem sobie tak zadbanego środowiska w Johto. Wszędzie walały się puste puszki i opakowania po chipsach. A w Hoenn jeszcze tego nie widziałem. Kiedy tak sobie szliśmy, nagle ktoś wyskoczył z lasu i rzucił się na mnie. Upadłem, ale postanowiłem się bronić. Starałem się uderzyć tego kogoś w głowę, ale oberwałem pierwszy. Starałem się go zrzucić. Obróciliśmy się kilka razy, aż w końcu znalazłem się na nim. Mogłem się mu przyjrzeć. Spojrzałem w... swoje oczy. Wystraszyłem się trochę. Cała twarz tego kogoś była jak moja: identyczne zielone oczy, identyczne krótkie, czarne włosy... I ta twarz patrzyła na mnie z nienawiścią. Wstałem i on też wstał. A potem przemówił moim głosem:
- Wreszcie Cię znalazłem.
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Zauważyłem, że ubranie miał również identyczne, jak ja.
- Sz... Szukałeś mnie?
- Od kilku tygodni.
- Możesz mi powiedzieć, kim jesteś?
- Jak to kim? Tobą. Sobą. Jesteśmy tą samą osobą. Jestem Shubi.
- Ale to ja jestem Shubi! Ja wymyśliłem ten nick, ja i...
- ...i Karol.
- Skąd wiesz?!
Uśmiechnął się paskudnie. Jeśli mieliśmy identyczne twarze, postanowiłem nigdy tak się nie uśmiechać, bo to głupio wyglądało. Dotarli Chad i Sayo.
- Shubi! Przestraszyliśmy się! Gdzie jest ten... Shubi?!
- Tak, to ja, a ten ja to nie ja!
- To nie prawda! Ja to Shubi, a ten ja to nie ja, znaczy, nie Shubi!
Sayo i Chad wyglądali na trochę zdezorientowanych. Wpadłem na pomysł.
- Słuchajcie, zadajcie nam pytanie, na które tylko prawdziwy Shubi zna odpowiedź. Wtedy będziecie wiedzieć!
- Dobrze. Zaraz... Tylko prawdziwy Shubi wie wszystko o swoich Pokemonach. Słuchajcie, który Pokemon się was nie słucha?
Poczułem ulgę. Poprosiłem więc:
- Niech on pierwszy odpowie.
Uzurpator uśmiechnął się znowu, po czym powiedział:
- Scyther.
Zbiło mnie z nóg.
- Ty naprawdę jesteś mną! Bo niby skąd to wiesz?!
- Przecież mówiłem.
- Ale niby w jaki sposób możesz być mną?! Ja to ja!
- W sumie, to mogę powiedzieć. Bo niedługo będę ostatnim Shubim na tym świecie. Wiesz, po tym, jak namieszałeś w bazie Zespołu Aqua, postanowili się zemścić. Wzięli tą krew, co tam zostawiłeś i sklonowali Cię. Ja jestem tobą, z tym, że moją misją jest zniszczyć Cię. I zamierzam to zrobić.
Byłem bardzo przejęty sytuacją, ale nie na tyle, żeby nie usłyszeć odgłosów walki. Obejrzałem się. Jakiś Squirtle atakował Jawiego, a Blastoise był zajęty Feraligatrem.
- Blastoise, Shelly, starczy! Chodźcie!
Klon widząc moje zdumienie powiedział:
- Zdziwiony? Te Pokemony są klonami twoich. Tylko zmieniono ich kod genetyczny. Dlatego nie są Totodilem i Feraligatrem. A mają identyczne ataki i siłę. A więc... Skoro wiesz już wszystko... Mogę się Ciebie pozbyć.
Rzucił się na mnie. Kątem oka zobaczyłem, że Blastoise znów atakuje Feraligatra, a Shelly, mały Squirtle goni Jawiego. Chad i Sayo próbowali przy pomocy swoich Pokemonów powstrzymać Blastoise`a. Ja leżałem na ziemi. Poczułem uderzenie w twarz. Zabolało. Odwdzięczyłem się. Klon chciał mnie przytrzymać, ale zrzuciłem go. Wstałem i uciekłem kilka metrów od drogi. Jawie biegł w moim kierunku, a goniły go nasze kopie. Mały Pokemon wskoczył mi na ręce. Zacząłem uciekać. „To szaleństwo” - myślałem. „Przecież nie mogę uciekać przed samym sobą! Ile to potrwa? On zawsze mnie znajdzie!” Wybiegłem z lasu. Przede mną było kilka metrów ziemi i kanion. Długi i głęboki. „Tak, to świetne miejsce na taki kanion.” Poczułem uderzenie wodną bronią w plecy i upadłem wypuszczając Jawiego. Klon stanął nade mną i powiedział:
- Kanion to świetne miejsce na śmierć. Można powiedzieć, że to był wypadek. Więc, Shubi... Żegnaj.
Rzucił się na mnie i uderzył mnie pięścią w nos. Poczułem krew. On przygniatał mnie do ziemi i uderzał najmocniej, jak mógł. Zebrałem całą siłę i zrzuciłem go, ale on mnie trzymał ciągle. Zaczęliśmy się staczać do kanionu. Kątem oka zobaczyłem, że Shelly już prawie zrzucił tam Jawiego.
- NIE!!! JAWIE!
Odrzuciłem przeciwnika i skoczyłem na pomoc Pokemonowi. Jednak moja kopia skoczyła za mną. Przewróciłem się przy krawędzi. Klon potknął się o moją nogę i spadł. Złapałem go jedną ręką, a drugą Pokemony. Teraz wszystko zależało ode mnie. W jednej ręce miałem siebie, a w drugiej dwa Pokemony. Sobowtór nie wiedział, co powiedzieć. W końcu:
- Shubi, puść mnie, ratuj Pokemony!
Nie odpowiedziałem. Spojrzałem w dół kanionu. Był bardzo głęboki, a na dnie były same kamienie. Nikt nie przeżyłby upadku.
- Zrób to!
- Nie mogę...
Czyje życie ocalić? Wroga, czy swojego Pokemona? Wybór był bardzo trudny. Klon spojrzał na mnie, potem na Pokemony.
- Shubi, puść mnie. Uratuj swojego Totodila i Shelly`ego... I zaopiekuj się nim, proszę Cię...
- Nie... Nie mogę...
Klon spojrzał na mnie z żalem. Zobaczyłem łzy w jego oczach, które były także moimi oczami.
- Nie zrobię tego... Bo... Bo nie zginiesz!
Zebrałem w sobie resztkę sił i wciągnąłem Pokemony, po czym sięgnąłem drugą ręką i złapałem wysuwającego się już sobowtóra. Potem wystarczyło znaleźć w sobie tą cząstkę siły i wciągnąć go. Pomogły mi Pokemony. W sumie, nie wiedziałem, czemu to zrobiłem. Domyślałem się, że kiedy go wciągnę, klon rzuci się do ataku. On jednak zachował się inaczej. Stanął przede mną i nie wiedział, co powiedzieć. W końcu zdobył się na jedno pytanie:
- Czemu to zrobiłeś?
- Bo, tak, czy inaczej, jesteś mną. A nawet, gdybyś nie był, nie mógłbym pozwolić, żebyś zginął. Nie jestem taki.
Moja kopia spuściła głowę. Na pewno czuła się okropnie. Usiedliśmy.
- Wiesz, Shubi... Masz rację. Nie jesteś taki. Nie jesteśmy. Nie wiem, czy mógłbym to zrobić... Zabić Cię. Pewnie w ostatniej chwili bym się zawahał, któż to wie?
Uśmiechnąłem się.
- Wiesz... Ja nienawidziłem Cię, bo byłeś mną. A raczej ja tobą. Tak, to ja jestem klonem. Członkowie Zespołu Aqua mówili mi, że jestem tylko nic nie wartą kopią, że nie jestem nawet w połowie tobą. I ja im uwierzyłem. Pomyślałem, że jeśli Cię zniszczę, będę mógł być prawdziwy. Choć na chwilę...
- Przecież skoro tu jesteś, to jesteś prawdziwy! Mogę Cię dotknąć, widzę Cię!
- Tak. Ale nie powiedziałem Ci czegoś jeszcze. Ja się rozpadnę po miesiącu od narodzin. Jak każdy klon. Tak samo Blastoise i Shelly. Nie przejmuj się. Cieszę się mimo wszystko, że mogłem Cię poznać. Jeżeli jestem chociaż w połowie taki sam jak ty, to jestem naprawdę wspaniałym człowiekiem.
Wstał i ruszył w kierunku drogi. Po chwili się zatrzymał.
- Jeszcze jedno: wrócę do bazy Zespołu Aqua i zniszczę aparaturę do klonowania. Nie będziesz miał już problemów z klonami... Żegnaj, Shubi. Chodź, Shelly.
Patrzyłem, jak moja kopia odchodzi. Zastanowiłem się, czego się tego dnia nauczyłem. Moją uwagę odwrócił Jawie, który wskazywał na krew kapiącą z mojego nosa, oraz przybycia Chada, Sayo i Feraligatra.
- I co Shubi? Co się stało?
- W sumie, to nic. Musiałem pogadać. Sam ze sobą.

Powrót do góry

Rozdział 39 - Pustynna tajemnica

Spotkanie z klonem było nadzwyczajnym i niecodziennym przeżyciem. Zastanawiałem się, ile jeszcze życie przygotuje dla mnie niespodzianek. Może polecę rakietą w kosmos? Może zejdę do wnętrza ziemi, żeby uratować świat? A może ożywię dawno wymarłe Pokemony? Aż się uśmiechnąłem.
- Czemu się cieszysz, Shubi?
- Właśnie się zastanawiałem, co jeszcze los dla mnie szykuje. Jestem członkiem Bractwa Smoków, otarłem się o śmierć ze cztery razy, spotkałem Lugię i Articuno, a nawet własnego klona. Nie mogę narzekać na nudę.
- No, nie możesz.
W połowie drogi natrafiliśmy na pustynię.
- Nie da rady. - odrzekł Chad. - Musimy przez nią przejść.
- No to chodźmy.
Ale nie było to takie łatwe, jakie się wydawało. Każdy powiew wiatru sprawiał, że piach wpadał nam do oczu. Feraligatr miał dość takiej podróży po jakimś czasie. To samo Jawie.
- Hej, Chad! - krzyknąłem, po czym wyplułem piasek. - Musimy odpocząć!
- Wiem... O! Tam, tam jest jaskinia! - odpowiedział Chad, po czym również wypluł piasek. - Chodźmy tam!
Kiedy weszliśmy do jaskini, od razu poczuliśmy ulgę. Można było wypluć cały piach, oraz wyciągnąć go z uszu i oczu. Nienawidzę piachu! Sayo odetchnęła.
- Chad, czy ta pustynia jest jeszcze... Czy długo będziemy przez nią iść?
- Poczekaj, sprawdzę to w PokeNav.
Wyjąłem PokeNav i sprawdziłem.
- Kurcze... Pustynia ciągnie się jeszcze aż do Fallabar, chyba że... Chyba że pójdziemy przez Lavaridge!
- No to chodźmy!
Ociągając się wyszliśmy z jaskini i ruszyliśmy na zachód. Mieliśmy szczęście, bo wiatr już prawie nie wiał i spacer stał się całkiem znośny. Dokuczało nam tylko słońce. Na samym środku pustyni znaleźliśmy wysoki i wąski głaz, a naokoło niego takie same, ale mniejsze.
- Niesamowite, co może zrobić przyroda, nie?
Chad bliżej przyjrzał się środkowemu głazowi.
- Hej, zobaczcie... Tu są rzeźby Pokemonów! Ale jakieś dziwne... Jak żywe... Czemu nie są zniszczone? Jest ich cztery. To są chyba wymarłe Pokemony...
Podszedłem bliżej. Rzeźby przedstawiały...
- Kabuto i Omanyte. A tych dwóch nie znam.
- A skąd znasz te dwa?
- Kiedyś pan Fuji opowiadał mi legendę... To było jakoś... Że w pewien dzień.. Na pustyni, kiedy snop światła przejdzie przez dziurę i padnie na Pokemona... Wszystkie cztery ożyją, a jeden z nich wyzwie na pojedynek człowieka. Równo dziesięć minut później wrócą na miejsce i staną się znowu rzeźbami. I tak co roku.
- Fajna ta legenda. Ale chyba nie sądzisz, że to prawda?
- Chyba nie. Chociaż... Nic nie zaszkodzi sprawdzić, co nie, Chad?
- Jasne. Spójrzmy bliżej na te głazy!
Zaczęliśmy się przyglądać. Głazy były cztery, tyle samo, ile rzeźb.
- Aha! Wiedziałem!
Podszedłem o głazu, przy którym stał Chad.
- Zobacz, Shubi. Tu jest dziurka. Na wylot. Zobaczmy, czy w pozostałych głazach też są!
Sprawdziliśmy. W każdym głazie była dziurka i to na tej samej wysokości. To nie mógł być przypadek.
- Chad, myślisz...
- A skąd niby biorą się prehistoryczne Pokemony? Na pewno tak.
- Ale Chad! - przerwała mu Sayo. - Skąd wiesz, że to akurat dzisiaj promień wpadnie przez dziurkę?
- Zaraz.. Shubi, w twojej legendzie musi być jakiś błąd. Jak co roku, to co roku... Promień zawsze wpadałby przez tą samą dziurkę...
- Masz rację, Chad! To na pewno cztery razy w roku!
- Dobra, tak, czy inaczej, skąd wiecie, że to dzisiaj?
- Mam takie przeczucie...
Punktualnie o trzeciej po południu promień słoneczny przeleciał przez głaz i padł na Pokemona przypominającego paproć. Chwila nerwowego wyczekiwania... Nic się nie wydarzyło.
- Shubi, coś jest nie tak! Czemu się nic nie stało? Czy dobrze pamiętasz tą legendę?
- Chyba tak... Ale... Był jeszcze jeden warunek... Coś, co sprawiało, że to się nie dzieje tak często... Zaraz... Wiem! Promień musiał być czerwony! Czerwony promień słońca!
- Szybko, Sayo, wyjmij swoje okulary!
Sayo pośpiesznie wyjęła swoje okulary przeciwsłoneczne, które kupiła w Mauville. Podała je Chadowi, który zasłonił szkiełkiem dziurkę. Czerwony promień padł na Pokemona. Wyglądało to jakby nagle nabrał kolorów. Od punktu, w którym padł promień, cały Pokemon ożył. Potem życie przelało się na pozostałe Pokemony. Wszystkie odeszły od głazu. Zaczęły się rozglądać. To było niesamowite - mogliśmy zobaczyć żywe Pokemony, takie, które już nie istniały. A te istniały. Nagle Pokemony spostrzegły nas. Ten, na którego padł czerwony promień wyszedł z szeregu. Bardzo przypominał paproć. Usłyszałem wydobywający się z niego cichy głos, zupełnie, jak szept.
- Leeee.. Lee.. Lileep...
Nie mogłem uwierzyć w całe zajście. Ten Pokemon wyzywał mnie na walkę!
- Mam rozumieć, że chcesz ze mną walczyć?
- Leeeeeeee...
- Rozumiem. Skoro tak. Mamy mało czasu. Jakieś pięć minut. Naprzód, Bagon!
Byłem bardzo podekscytowany. Nigdy nie pomyślałbym, że będę walczyć z prehistorycznym Pokemonem!
- Bagon, atak czaszką!
Przeciwnik nawet nie próbował unikać ataku. Wypuścił pnącza, które zagłębiły się w ziemi. Te pnącza dodawały mu energii do ataku.
- Bagon, przegryź te pnącza!
Bagon podbiegł i starał się przegryźć pnącza, ale Pokemon wypuścił inne. Oplotły one szyję Bagona i zaczęły dusić. Ten Pokemon nie był szybki, ale bardzo silny.
- Bagon, zrób coś! Lodowy wiatr!
Bagon "chuchnął" na przeciwnika. Ta nagła zmiana temperatury sprawiła, że Pokemon puścił Bagona.
- Teraz, Bagon! Oddech smoka!
Prehistoryczny Pokemon znalazł się w samym środku ataku. Nie wytrzymał.
- Szybko, Shubi! Zostało jeszcze 30 sekund!
- OK.! Naprzód, Pokeball!
Pokeball zamknął Pokemona, po czym zaczął się trząść. Sekundy mijały, a ten ciągle się trząsł. Nagle przestał. W tej samej chwili czerwony promień przestał świecić - słońce zmieniło miejsce. Pozostałe Pokemony wróciły na swoje miejsce i zmieniły się znowu w posągi. Pozostało jedno puste miejsce. Po chwili z podziemi wyłoniła się identyczna figura, jak była wcześniej. Nie musiałem zdawać żadnych pytań. Wszystkiego się domyślałem. Cztery razy na rok, a więc co trzy miesiące, ludzie mają okazję złapać wymarłego Pokemona. Mają na to zawsze dziesięć minut, a droga jest utrudniona ze względu na burze piaskowe. Jest to bardzo trudne, ale jednak wykonalne. Patrzyłem, jak Pokeball z nowym Pokemonem znika. Pomyślałem, że profesor Elm ucieszy się z takiego Pokemona. Odeszliśmy w milczeniu. Byłem naprawdę wdzięczny losowi, ze pozwolił mi to zobaczyć. I złapać tego Lileepa.

Powrót do góry

Rozdział 40 - Poświęcenie Scythera

Dotarliśmy do Lavaridge po kilku dniach podróży. Ciągle byliśmy pod wrażeniem przygody na pustyni. Przysięgliśmy, że nikomu o tym nie powiemy i nie powiemy też, skąd mam tego Lileepa. To będzie nasza wielka tajemnica. Lavaridge było znane z gorących źródeł. Można było uleczyć Pokemony i zrelaksować się przy okazji. Sayo bardzo chciała z tego skorzystać, ale mnie to raczej nudziło. Dlatego razem z Chadem poszliśmy pozwiedzać, a Sayo została razem z Jawiem (którego Feraligatr niechętnie zostawił), żeby się wykąpać. Ściągnąłem Scythera, żeby go potrenować i poszliśmy. Lavaridge było niewielkie. Położone było na południe od wulkanu, ale żadne popioły nigdy tu nie spadały. Wszystko leciało na Fallabar, a raczej na wschód od niego. Postanowiliśmy, że pójdziemy zobaczyć wulkan. Zaczęliśmy iść ścieżkami, które były coraz bardziej strome. W końcu nie dało się iść.
- Hej, Shubi, zobacz tam! Kolejka linowa!
- Rzeczywiście!
Udaliśmy się do kolejki razem z Feraligatrem i pojechaliśmy. Wyglądałem sobie przez okno. Zobaczyłem, że na górę wspina się około 20 ludzi w niebieskich ubraniach, a za nimi 20 ludzi w czerwonych ubraniach. Pokazałem to Chadowi.
- Z tego, co mówiłeś, to mogą być członkowie Zespołu Aqua. Ale kto ich goni?
Ludzie w czerwonych ubraniach powoli doganiali Zespół Aqua. Pomyślałem, że to trochę przypomina wodne Pokemony na lądzie, gonione przez ogniste Pokemony. Nagle jeden członek Zespołu Aqua zobaczył kolejkę, a mnie tknęło dziwne przeczucie. Przeczucie, że nie powinniśmy wsiadać do tego wagonika. Aqua rzucił Pokeballem z którego wyszedł Weepinbell. Na rozkaz trenera, Weepinbell wysłał ostre liście, które przecięły linę kolejki. Zobaczyłem jeszcze, że Weepinbell wrócił do Pokeballa, po czym Aqua znowu zaczęli się wspinać. Po chwili zaczęliśmy spadać razem z wagonikiem. Nagle przestaliśmy. Co się stało? Wyjrzałem przez okno. Ludzie w czerwonych ubraniach, używając swoich Pokemonów zatrzymali wagonik. Wyszliśmy z tego, co kiedyś było kolejką. Podszedł do nas jeden z ludzi.
- Jestem Maxie, szef Zespołu Magma. Czy nic wam nie jest?
- Nie, nic... Ale co tu się dzieje? Czemu gonicie Zespół Aqua?
- Nie ważne, chłopcze, wracaj do Lavaridge!
Zespół Magma zaczął się wspinać dalej. Przychodziło im to z łatwością.
- Nie mogę pozwolić, żeby coś takiego mnie ominęło!
- Ale co chcesz zrobić? - zapytał Chad, patrząc jak Zespół Magma wchodzi na sam szczyt.
- Zobaczysz. Charizard, wychodź!
- Wziąłeś Charizarda?
- Jasne.
Charizard nie rozumiał, o co mi chodziło.
- Charizard, musimy dostać się na szczyt!
Pokemon spojrzał tam, po czym na mnie. Nadal nie rozumiał.
- Uniesiesz mnie i Chada?
Dopiero teraz Charizard zrozumiał. Odparł coś po swojemu, co na pewno znaczyło "jasne". Pokemon pochylił się. Wszedłem mu na grzbiet, a Chad wgramolił się za mną. Feraligatra musiałem zawrócić do Pokeballa. Zauważyłem, że ostatnio coraz częściej to robiłem. Zastanawiałem się, czy czasem Pokemon nie przyzwyczai się do Pokeballa z powrotem. No i polecieliśmy. Mimo wszystko, Charizard nie jest Dragonitem, więc lot z dwoma osobami go trochę zmęczył. Kiedy dotarliśmy na szczyt, Charizard był tak zmęczony, jakby dopiero co stoczył bardzo ciężką walkę. Obiecałem mu wielki kawał mięsa, kiedy wrócimy do Centrum Pokemon, po czym zawróciłem go. Następne wypuściłem Feraligatra. Dopiero teraz zobaczyłem, że wszyscy członkowie Zespołu Magma walczą z Zespołem Aqua. Podszedł do mnie ten, co się nazywał Maxie.
- Co ty tu robisz?! Kazałem Ci iść na dół!
- Nie mogę! Mam prywatne porachunki z Zespołem Aqua! Co się tu dzieje?!
- Powiem Ci w skrócie. Zespół Aqua chce, przy pomocy ukradzionego meteorytu sprawić, żeby ciągle padały deszcze! Morza wyleją, cały świat znajdzie się pod wodą! Musimy ich powstrzymać!
- Pomogę wam!
- Nie ma mowy!
W tym momencie na Maxiego rzuciło się dwóch członków Zespołu Aqua.
- Dobrze! Znajdź Archiego i powstrzymaj go! Nie pozwól mu na to, co chce zrobić!
- Robi się! Chodź, Chad!
- Jasne!
Ruszyliśmy. Wszyscy byli zajęci walką, większość nawet nas nie zauważyła. Pobiegliśmy dookoła krateru. Było bardzo gorąco, ale robiło się coraz chłodniej.
- To pewnie wpływ tego meteorytu! Musimy coś z tym zrobić!
W pewnym miejscu z krateru wystawała jakby połowa mostu. Na samym końcu tej połowy stało dziwne urządzenie. Znajdowało się dokładnie nad środkiem wulkanu. Wysyłało jakieś promienie do lawy, która bulgotała coraz słabiej. Całej aparatury bronił jakiś człowiek. To był na pewno Archie, szef Zespołu Aqua. Stanąłem na samym początku połowy mostu i krzyknąłem:
- Archie, wyłącz to!
- Już to widzę, jak taki dzieciak, jak ty mnie powstrzymuje.
- Jeszcze zobaczysz!
- Właśnie patrzę. Żeby to wyłączyć, musiałbyś przejść koło mnie, ale ja nie mam zamiaru Cię przepuścić. Naprzód, Mightyena!
- Co to?
- Mightyena, gryzący Pokemon, rozwinięta forma Poochyena. Mightyena podróżują i żyją w stadach. Pamięć o życiu na wolności sprawia, że ten Pokemon słucha się tylko utalentowanych trenerów.
- Jeszcze zobaczysz, Mightyena! Naprzód, Scyther!
Chad się przeraził. Spojrzał na mnie, jak na głupka. Scyther zresztą też. Jego spojrzenie mówiło: "czy jeszcze się nie nauczyłeś, że nie zamierzam się Ciebie słuchać?" Archie zobaczył to, po czym się roześmiał.
- Hahaha! Widzę, że twój Pokemon przestraszył się mojego Mightyena! Nigdy nie widziałem tchórzliwego Scythera!
Archie nie odczytał właściwie zachowania Scythera, ale skutek uzyskał zamierzony. Scyther, gdy tylko to usłyszał, postanowił udowodnić, że nie jest tchórzem. A ja byłem zadowolony z tego powodu. Pokemon już chciał się rzucić na przeciwnika, ale go zatrzymałem.
- Poczekaj, Scyther! Jesteś bardzo silny, ale prawie nie trenowałeś! Zaraz, dam Ci coś... Podniesie Twoją obronę...
Wyjąłem z plecaka stalowy płaszcz, który wygrałem kiedyś na zawodach w Olivine i założyłem Scytherowi.
- Teraz lepiej wyglądasz. I jesteś mniej odporny na ciosy.
Wyczułem w Scytherze wdzięczność, ale jego spojrzenie mówiło: "tylko nie myśl, że to coś między nami zmieniło!" Nie obchodziło mnie nastawienie Pokemona.
- Dobrze, Scyther, atakuj! Szybki atak!
Scyther wykonał atak, jak należy. Poczułem nagłą satysfakcję, że Scyther wykonał to, co mu poleciłem. Mightyena jednak bez polecenia zniknął, po czym pojawił się za Scytherem i szykował się do ataku, lecz krzyknąłem:
- Scyther, podwójna drużyna!
Dookoła Mightyeny pojawiło się mnóstwo Scytherów. Mightyena był lekko zdezorientowany.
- Mightyena, wyczuj go zapachem!
Mightyena powęszył trochę, po czym zaatakował Scythera, którego miał za sobą. Pokemon niczego się nie spodziewał. Przechylił się do tyłu, nie mógł złapać równowagi.
- SCYTHER, NIE!!!
Szybko podbiegłem i złapałem wyciągniętą ręką za końcówkę szczypiec Pokemona. Były niezwykle ostre, poczułem jakby nóż przecinał mi palce, ale gdybym puścił, Scyther wpadłby do wulkanu.
- Scyther, nie puszczę Cię!
Pokemon spojrzał na mnie ze zdumieniem. To on był dla mnie taki nieznośny, nie słuchał się, a ja dałem mu stalowy płaszcz i teraz go ratuję... Kiedy zobaczył, że krew spływa po jego szczypcach podjął decyzję. Wyrwał mi się.
- SCYTHER!!!
Chciałem skoczyć za nim, ale Feraligatr mnie przytrzymał.
- Scyther...
Archie, który dotychczas się nie odzywał, rzekł:
- Jakie to smutne. Dzieciak stracił swojego Pokemona... Co za pech...
Spojrzałem na niego z nienawiścią. Miałem ochotę go zabić.
- Shubi, zobacz!
Spojrzałem w dół. W lawie coś się kotłowało. Nagle wyleciało z dużą szybkością i stanęło pomiędzy mną, a Archiem i jego Pokemonem. To był Scyther. Na całym jego ciele były oparzenia. Stalowy pancerz stopił się i pokrył większość jego ciała.
- Scyther...
Nagle Scyther zalśnił. Zmienił się, powiększył. Przybrał nową postać.
- Co to?
- Scizor, Pokemon o szczypcach jak nożyce, rozwinięta forma Scyther. Szczypce tego Pokemona są takie silne, że mogą zgnieść wszystko, co się w nich znajdzie.
- Scizor... Scyther, ewoluowałeś!
- Sci......
- Już rozumiem. - rzekł Chad. - Stalowy płaszcz stopił się i Scyther ewoluował razem z nim. Scizor ma typ stalowy!
- Tylko szkoda, że musiał się tak męczyć... Ale dlaczego wytrzymał w lawie?
- Dlatego, że lawa już nie ma takiej temperatury jak zawsze. I tak, gorąca, ale...
Scizor był gotowy do walki.
- Teraz, Scizor, pokonasz tego Mightyena?
Scizor odparł coś w rodzaju "jasne!"
- Świetnie! Metalowy szpon!
Mighytena próbował gryźć, ale to tak, jakby gryźć kamień. Za to szpon Scizora, wspomagany metalem, rozłożył wilka.
- Wracaj, Mightyena! Tym razem Ci się udało, dzieciaku. To już drugi raz, kiedy mi przeszkodziłeś. Jeszcze się spotkamy.
Archie podrzucił inny Pokeball z którego wyszedł Crobat. Crobat złapał swojego trenera i poniósł go do helikoptera, który nie wiadomo skąd się pojawił. Podbiegłem szybko do aparatury. Należało ją szybko wyłączyć, albo rozwalić. A że nie wiedziałem, jak zrobić to pierwsze, zdecydowałem się na drugie.
- Scizor, podejdź tu! Nie, nie ty Feraligatr! Scizor jest od Ciebie lżejszy!
Scizor podszedł posłusznie. Wydawało mi się, że zachował charakter Scythera, ale teraz już mnie słuchał.
- Scizor, rozgnieć to urządzenie!
Pokemon posłusznie rozgniótł aparaturę z taką łatwością, jakby kroił chleb. Ze środka urządzenia wypadł meteoryt, o którym mówił Maxie. Schowałem go do plecaka. Po chwili przyszedł Maxie.
- Chłopcze, dziękuję Ci za pomoc. Zespół Magma ma wobec Ciebie dług wdzięczności. Masz ten meteoryt?
- Tak, mam.
- Dobrze. Zanieś go do Fallabar, stamtąd został ukradziony. My już musimy znikać, jesteśmy organizacją przestępczą, nie możemy tu zostać.
Maxie i pozostali członkowie Zespołu Magma odeszli. Maxie się na chwilę odwrócił.
- Słuchaj, możesz zawsze liczyć na naszą pomoc.
- Ale... Dlaczego chcieliście powstrzymać Zespół Aqua?
- Widzisz, może jesteśmy przestępcami, ale zniszczenie świata nie jest naszym celem.
Znikli. Miałem mieszane uczucia. Pomogłem bandytom, ale oni nie byli tak do końca bandytami. A gdyby to Zespół Magma chciał zatopić świat? Postanowiłem nad tym nie rozmyślać. Poczułem, że bardzo mnie bolą rozcięte palce.
- Aua... Chad, wracajmy do Centrum Pokemon.
- Dobrze.

Powrót do góry

Rozdział 41 - Ogniste starcie

- Bujasz.
- Nie, naprawdę!
- Shubi, nie mogłeś pójść sobie i tak po prostu ocalić świat!
- Ale to prawda!
Na dowód, że moja opowieść była prawdziwa, pokazałem Scizora i plastry na palcach.
- Shubi, czy ja już sobie nie mogę gdzieś zostać? Ty musisz od razu ratować świat? I to beze mnie?
Roześmiałem się.
- Ale teraz idę po odznakę, bo tak się składa, że Lavaridge ma własny stadion. Jak chcesz, możesz iść ze mną.
- Jasne, że pójdę!
Udaliśmy się na stadion. Chad przeczytał tabliczkę.
- "Oficjalny stadion Lavaridge. Liderka - Flannery." Ona na pewno jest silna!
- Tak, ale myślę, że sobie dam radę.
Weszliśmy. Na krześle siedziała jakaś ruda dziewczyna i czytała książkę, mrucząc pod nosem. Gdy nas zobaczyła, wstała na baczność.
- Witajcie, na stadionie w... A, tak, w Lavaridge. Jestem... Flannery, pamiętam. Czy chcecie wyzwać mnie na pojedynek o medal? To znaczy, o odznakę? Myli mi się jeszcze...
Flannery znowu zerknęła do książeczki.
- Tak, teraz on powinien mnie wyzwać, a ja podyktuję warunki. Dobrze. Więc jak? Zgadzasz się na pojedynek?
- Eee... Chyba to ja powinienem zapytać się, czy się zgadzasz na pojedynek...
- Masz rację... Kurcze, zawsze popełniam jakąś gafę... Wiesz, jestem liderką od niedawna i jeszcze wszystkiego się uczę. To jak? Chcesz mnie wyzwać? Ostrzegam, że w walce jestem lepsza, niż w gadaniu!
- To bardzo dobrze, lubię wyzwania! Zgodzisz się na walkę, Flannery?
- Jasne! A teraz zasady... Zasady...
Zerknęła do książki.
- Taaak... Może zasada trzy na trzy... A może system rundowy... Walka dwa na dwa? Hm....
- To jak?
- To może tak... Kto pierwszy pokona dwa Pokemony przeciwnika, jest zwycięzcą. Może być?
- Jasne!
- Dobrze! Wybieram Cię, Slugma!
- Slugma?
- Slugma, Pokemon lawa. Slugma nie ma w swoim ciele krwi. Zamiast jej, lawa krąży i dostarcza substancje odżywcze i tlen organom Pokemona.
- Niesamowite...
Wiedziałem, jakiego Pokemona wybrać.
- Naprzód, Feraligatr!
- Oczywisty wybór. Slugma, smog!
Slugma wypuścił dym, który spowił Feraligatra.
- Shubi, postaraj się go zatrzymać! Skądś wiem, że Slugma nie śpi, ponieważ wtedy jego ciało zastyga!
- Dzięki, Chad! Feraligatr, wodna broń!
Pokemonowi ciężko było trafić, kiedy nic nie widział.
- Slugma, teraz rzucaj kamieniami!
- Feraligatr, wytrzymaj!
Jawie już się wyrywał, żeby coś zrobić. Uspokoiłem go.
- Jawie, już nie z takich opresji wychodziliśmy! Zaraz... Feraligatr, myślę, że deszcz zrobi coś z tym smogiem! Taniec deszczu!
Pokemon odtańczył taniec i jak na zawołanie spadł deszcz, który zniszczył smog.
- Och, nie! Szybko, Slugma, zasłona dymna!
Pokemon wypuścił gaz, tym razem nic nie dała woda.
- Feraligatr, zrób coś!
Sam byłem bezradny.
- Slugma, atakuj! Rzucanie płomieniami!
Feraligatr nie wytrzymał tak silnego ataku. Zawróciłem zemdlonego Pokemona do Pokeballa. Jawie dziwnie na mnie patrzył.
- Heh... Dziwi Cię, że Twój tata przegrał, czy to, że jest w Pokeballu?
Mały Pokemon sprawiał wrażenie, że dziwi go jedno i drugie. Ja myślałem nad strategią. Mogłem wybrać tylko jednego Pokemona i nie mógł on przegrać. Pokemon, który poradziłby sobie w tym dymie. Przypomniała mi się Mightyena. Co ona zrobiła?
- Naprzód, Scizor!!!
Pokemon tylko czekał na rozkaz. Oczywiście, nic nie widział w tym dymie. Slugma była na pewno jednym z lepszych Pokemonów Flannery. Ja też miałem swoje sztuczki.
- Scizor, namierzaj!
Scizor zamknął oczy. Po chwili wiedział już, gdzie jest Slugma. Zaatakował Pokemona stalowym szponem.
Slugma miał dość.
- Och, nie! Wracaj, Slugma!
Ucieszyłem się z wygranej, ale wiedziałem, że Flannery na pewno ma jeszcze asa w rękawie. Doświadczenie mówiło mi, że teraz na pewno wybierze silnego Pokemona. Nie myliłem się.
- Naprzód, Torkoal!
- Torkoal?
- Torkoal, Pokemon węgiel. Ten Pokemon wytwarza energię poprzez spalanie węgla. Jeśli ogień wygasa, Pokemon słabnie. Kiedy Torkoal przygotowuje się do walki, spala więcej węgla.
- To jest na pewno silny Pokemon...
- Jest. Mówię Ci to.
- Dobrze. Scizor, poradzisz sobie!
- Torkoal, ognisty wir!
- Zręczność, Scizor!
Tylko dzięki wrodzonemu sprytowi i szybkości, Scizorowi udało się umknąć płomieniom.
- Scizor, gonitwa!
- Unik, Torkoal!
Torkoal przypominał żółwia, więc myślałem, że jest powolny. Myliłem się. Pokemon był niezwykle szybki.
- Scizor, nie poddawaj się! Szybki atak!
Pokemonowi udało się trafić przeciwnika, ale Torkoal nie był mu dłużny.
- Torkoal, żar!
Tym razem Scizor oberwał. Ataki ogniste bardzo go raniły. To nie było rozsądne z mojej strony, wybieranie stalowego Pokemona przeciwko ognistym.
- Scizor, nie bój się, wygramy! Atakuj stalowym szponem!
- Torkoal, utwardzaj się!
Szpon tylko odbił się od ciała Pokemona.
- O nie! Muszę coś wymyślić... Zaraz! Już wiem! Strategią go! Scizor, podwójna drużyna!
Dookoła Torkoala pojawiło się ze czterdzieści Scizorów.
- To nic nie da, Shubi! Torkoal, rzucaj płomieniami!
Torkoal zaczął niszczyć kopie Scizora. Właśnie o to mi chodziło. Pokemon cierpliwie niszczył kopie, aż w końcu jego ogień stawał się coraz mniejszy.
- Tak! Węgiel mu się kończy!
Torkoal wyraźnie słabł. Flannery jednak wiedziała, co zrobić w takiej sytuacji.
- Ostatnia szansa, Torkoal! FALA GORĄCA!!!
Torkoal z dziury na grzbiecie wypuścił falę, która podniosła temperaturę na stadionie o jakieś 200 stopni. Trwało to kilka sekund. Dziwnym trafem, nam nic się nie stało. Flannery była uradowana.
- Na pewno się udało! Scizor nie wytrzyma takiej temperatury!
- Tak, gdyby był na arenie.
- Jak to?
Nagle Scizor pojawił się za mną. Wyczułem jego obecność zanim jeszcze Torkoal wytworzył falę gorąca. Po prostu wiedziałem, że mój Pokemon jest przy mnie. Trenerska intuicja.
- To jest niemożliwe! Tak nie można!
- Nie ustalaliśmy pola walki, Flannery! Powiedziałaś, że wygrywa ten, kto pierwszy pokona dwa Pokemony przeciwnika! Scizor, stalowy szpon!
Pokemon wykończył przeciwnika. Flannery zawróciła go.
- Scizor, udało się! Skąd wiedziałeś, że chciałem, żebyś się za mną schował?
Pokemon nic nie odpowiedział. Flannery podeszła.
- Słuchaj, Shubi... Jesteś już tak dobrym trenerem, że rozumiesz się ze swoimi Pokemonami bez słów. To naprawdę bardzo dobrze o tobie świadczy. Zasłużyłeś na nagrodę. Proszę, oto Odznaka Gorąca.
- Dziękuję, Flannery...
Wziąłem odznakę i dopiero wtedy zrobiło mi się gorąco. To była już czwarta odznaka w Hoenn! Połowa droga do Ligi za mną! Ale, co teraz?
- Co jest, Shubi? Nie wiesz, co teraz?
- Właśnie... Chyba najwyższy czas pokonać Normana. Wyruszam do Petalburg!

Powrót do góry

Rozdział 42 - Pogodny Pokemon

Obiecałem, że najpierw dostarczę meteoryt do Fallabar, więc tam się udaliśmy. Szliśmy sobie spokojnie drogą.
- Ale ładna dziś pogoda...
- Tak, dziś jest... zimno?
Temperatura nagle spadła. Zaczęliśmy szczękać zębami. Chad odbiegł kilka kroków.
- Poczekajcie, pójdę po... E, już nie trzeba. Znowu jest ciepło.
- Jak to ciepło? My tu marzniemy!
Chad był zaskoczony.
- Jak to? Przecież mi nie jest nawet chłodno... Podejdźcie tu...
Sayo podeszła do Chada.
- On ma rację, tu jest ciepło. Jak to możliwe?
- Nie wiem. - odpowiedziałem. - Poczekajcie...
Podszedłem do nich. Ciągle było mi zimno.
- Ej, Shubi, to chyba ty tak obniżasz temperaturę... Znowu spadła!
- Ale jak to możliwe... Rety, my tu stoimy i gadamy o pogodzie, a Liga Hoenn czeka! Idziemy!
- Dobrze.
Nie uszliśmy jednak kilku kroków, gdy na głowy spadł nam grad. Schowaliśmy się pod drzewem. Gdy tylko skryliśmy się, grad przestał padać. Zaczął dokładnie w tym samym momencie, w którym wyszliśmy i zmusił nas do powtórnego schowania się. Nie mogłem w to uwierzyć.
- Ktoś sobie z nas żartuje. Nie ma mowy, ja mam ważną rzecz do zrobienia!
Zakryłem rękami głowę i wyszedłem spod drzewa. Od razu zaatakował mnie grad, a kiedy uszedłem kilka kroków, zrobiło się niemiłosiernie gorąco.
- Ha! Wiem już!
Zauważyłem ruch w krzakach. Ruszyłem tam zdecydowanym krokiem. Za zaroślami schowany był mały Pokemon przypominający duszka. Śmiał się!
- A więc to ty sobie robisz żarty! Kim w ogóle jesteś?
- Castform, Pokemon pogodowy. Castform pożycza moc natury i zmienia swój wygląd na słoneczny, deszczowy, lub śnieżny. Nastrój tego Pokemona zmienia się wraz z pogodą.
- A więc masz dziś dobry humor.
Pokemon spoważniał. Nagle znowu się roześmiał i wskoczył mi na ręce. Zaniosłem stworka do przyjaciół.
- Zobaczcie. To ten mały czorcik sobie z nas żartuje.
- Hej! Czy to nie Castform?
- Tak, to właśnie on.
- Hej, ona ma obrożę...
Chad miał rację. Pokemon miał na szyi niebieską obrożę z napisem "CENTRUM BADAŃ METEOROLOGICZNYCH". Postanowiliśmy zabrać Castforma ze sobą. W Centrum Pokemon Sayo wpadła na pomysł, żeby zadzwonić do Profesora Elma.
- Hej, może zadzwońmy do profesora Elma! Na pewno będzie wiedział coś o tym Pokemonie!
- Nie, Sayo! Casform nie występuje w Johto! Uważam, że należy skontaktować się z profesorem Birchem.
Zrobiliśmy tak, jak mówił Chad.
- Halo? Profesorze? Mówi Shubi...
- Shubi! Co słychać? Ile zdobyłeś odznak?
- Już cztery.
- To jesteś na dobrej drodze do zwycięstwa! Pracuj dalej!
- Wiem, profesorze, ale mamy teraz problem. Znaleźliśmy Pokemona, Castforma. Ma niebieską obróżkę z napisem "CENTRUM BADAŃ METEOROLOGICZNYCH". Czy nie wie pan czegoś na ten temat?
- Centrum badań? Możliwe... Jakiś czas temu mówili, że uciekł im Castform... Poczekajcie, wykonam drugi telefon...
Należało chwilę poczekać, aż profesor wróci. Popatrzyłem chwilę, jak Castform bawi się z Jawiem.
- Shubi, jesteś tam?
- Tak, jestem.
- Słuchaj, to prawda, z Centrum uciekł jeden Castform. Meteorolodzy byliby Ci bardzo wdzięczni, jakbyś odstawił tam tego Pokemona.
- Ale profesorze, nie chcę się spóźnić na zawody Ligi Hoenn!
- Na pewno się nie spóźnisz, Shubi. Centrum jest po drodze do Fortree, przez które będziesz musiał przechodzić. Muszę już kończyć. Powodzenia, Shubi!
Profesor rozłączył się.
- Musimy zabrać tego Pokemona na miejsce.
- Czyli gdzie?
- Do tego Centrum Pogodowego. To po drodze do Fortree, a tam mogę zdobyć odznakę.
Chad wziął Pokemona na ręce.
- No to załatwione. Tylko kto weźmie tego Castforma?
- Ty.
- Jak to?
- No, tak to. Sayo i ja mamy już komplet Pokemonów. Zaopiekuj się Castformem.
Chad spojrzał na Pokemona.
Castform, witaj w drużynie!

Powrót do góry

Rozdział 43 - Druga runda

Po trudnej i długiej podróży dotarliśmy do Fallabar. Po wizycie w Centrum Pokemon, postanowiłem poszukać właściciela ukradzionego meteorytu. Nie musieliśmy długo szukać. Wszędzie były plakaty ze zdjęciem zguby, zdjęciem właściciela i adresem.
- Przecież to idiotyczne... Kto robiłby plakaty, żeby odnaleźć zgubioną rzecz?
- Tylko jakiś oszołom.
Nietrudno było znaleźć dom oszołoma. Najwięcej plakatów było właśnie na nim. Zapukałem. Drzwi otworzył nam młody człowiek w fartuchu laboratoryjnym. Oczy miał podkrążone i sprawiał wrażenie, że długo czymś się martwił.
- Dzień dobry... Czy to pan zgubił ten meteoryt?
- Nie, on został mi ukradziony... A macie na ten temat jakieś informacje?
- Tak, odzys... To jest… Znalazłem go niedaleko wulkanu, w Lavaridge.
Człowiek nagle odżył.
- Masz go?! Pokaż!
Wyjąłem kamień z plecaka. Uczony od razu się nie niego rzucił.
- Mój cenny meteoryt!!! Całe szczęście, że cię odzyskałem!!! Nie macie pojęcia, dzieciaki, co potrafi ten kawałek kosmicznego kamienia!
Udałem, że mnie to bardzo interesuje.
- Tak? A co?
Naukowiec zrobił się bardzo tajemniczy.
- Niestety, to jest bardzo poufna informacja. Powiem wam tylko tyle, że może kontrolować pogodę, a w złych rękach... No, muszę już iść. Dzięki za pomoc!
Kiedy uczony zniknął w drzwiach, wszyscy wybuchliśmy śmiechem.
- A niby po co miałby nam mówić, skoro ja najwyraźniej wiem lepiej do niego!
Mieliśmy już opuścić Fallabar, ale Sayo zobaczyła pewien budynek.
- Hej, to konkurs Pokemon! Chodźmy!
Ponieważ Sayo pobiegła, byliśmy zmuszeni iść za nią.
- Ale Sayo, czy druga runda nie odbywa się w Verdantruff?
- Nie, to nie jest tak... Na ulotce było, że w każdym mieście można odegrać jedną turę, ale nie można wszystkich. W Verdatruff odegramy trzecią turę, co wy na to?
- OK., o ile przejdziemy...
- Ale z Ciebie optymista, Chad...
Weszliśmy do budynku i podeszliśmy do lady.
- Konkurs? Runda? - zapytała uśmiechnięta pani.
- Konkurs cute, runda dwa.
- Smart, dwa.
- Cool, dwa.
- Dobrze. Oto wasze przepustki. Ale ten Pokemon musi tu zostać. - Chodziło o Feraligatra. - Bo to chyba nie on jest słodkim Pokemonem?
- Nie, od mógłby startować do tough. Dobrze, Feraligatr, zostań tu. I nie pozwól się złapać! - roześmiałem się.
Feraligatr odparł jednak, że woli wejść do Pokeballa.
- Feraligatr... Czy ty dobrze się czujesz?
Bardzo zdziwiony, zawróciłem Pokemona. Po chwili weszliśmy na nasze sale. W moim konkursie walczyły tym razem Jawie, Jigglypuff, Cleffa i Marill. Jawie miał pokazywać atak jako trzeci.
- Dobrze, Jawie, pokaż swój atak ogonem!
Pokemon automatycznie wskoczył na drugą pozycję. Potem szło mu jeszcze lepiej. Dzięki wrodzonemu urokowi strącił Marilla z pierwszej pozycji. Niestety, w ostatniej rundzie wszystko poszło nie tak. Jigglypuff zaśpiewał piosenkę, przez co Jawie się zdenerwował, a Marill odebrał mu punkty za pomocą bąbelków. Jawie spadł na ostatnią pozycję. Niestety, przegrał. Uścisnąłem ręce innym trenerom i wyszedłem z sali. W poczekalni czekał już Chad.
- Hej, Shubi! Feraligatra tu nie ma! Gdzie on jest?
Z uśmiechem pokazałem chłopakowi Pokeball.
- Fajny, ale gdzie Twój Pokemon.?
- No nie, Chad, ale jesteś domyślny... Feraligatr jest tu!
- Ha ha... Bardzo śmieszne... To gdzie on jest?
- Jest tu, ty głupku! W Pokeballu!
Wypuściłem Pokemona. Chad wyglądał na nieco zdezorientowanego.
- On tam był? Wszedł? Jak to?
- No, tak to... Przyzwyczaił się z powrotem.
- Teraz będziemy mogli szybciej podróżować! - rzekł z uśmiechem Chad.
- Się zobaczy! Właśnie, Chad, jak Ci poszedł konkurs?
- Pierwsze miejsce zajęła Kadabra... Gloom był drugi. Wszedłem do trzeciej tury... A jak Jawie?
- Niestety, zajął ostatnie miejsce. Mimo to, nie ma słodszego Pokemona od niego!
- To chyba jasne. Czyli nie wszedłeś do następnej tury?
- Nie, niestety. A może to i lepiej? Te konkursy mnie wkurzały.
Weszła uśmiechnięta Sayo.
- Hura! Zajęłam pierwsze miejsce! A wy?
Zdaliśmy krótką relację z naszych konkursów. Sayo zmartwiła się, że Jawie przegrał, ale pocieszyła ją wygrana Chada.
- Shubi... I jak ty wejdziesz do następnej rundy?
- Nie wejdę. Wiesz, Sayo, wkurzały mnie te konkursy.
Dziewczyna roześmiała się. Ruszyliśmy w dalszą drogę.

Powrót do góry

Rozdział 44 - Trening

Szliśmy znowu na południe, do Petalburg. Miałem nadzieję na zdobycie piątej odznaki. To niesamowite. Ledwie kilka miesięcy temu wyruszyliśmy z New Bark Town, a ja już miałem cztery odznaki i połowę drogi do Ligi Hoenn za sobą! A co teraz?
- Meteorytowa Góra! - wyrwał mnie z myśli Chad.
- Co?
- No, taka Góra... Niedługo do niej dojdziemy. Przeczytałem o niej w takim tygodniku, który kupiłem w Fallabar, że tam mieszkają Bagony! Shubi, może Twój Bagon jest stamtąd!
Chłopak pomachał mi jakimś durnym tygodnikiem przed nosem. Odepchnąłem to.
- Wiesz, Chad, to możliwe. Bagon jest moim najbardziej tajemniczym Pokemonem. No, może poza Lileepem. Właśnie, Lileep!
- Co z tym Lileepem?
- Muszę go przyciągnąć!
Podbiegłem to videofonu, który właśnie mijaliśmy.
- Halo, profesorze? Dostał pan mojego Lileepa?
- Tak, Shubi, ostatnio dostarczasz tyle Pokemonów, że nie nadążam z ich badaniem... Dopiero co opisałem Treecko, a tu dostaję Shroomisha... No a teraz ten Lileep. Skąd go masz?
- Złapałem go, co nie było łatwe... Bagon nieźle się namęczył. Właśnie chciałem, żeby przysłał mi pan inne Pokemony...
Po chwili miałem Feraligatra, Jawiego, Gligara, Lileepa, Treecko i Bagona.
- Dziękuję, profesorze! A, jeszcze jedna sprawa! Profesor Birch dał mi Torchica dla Karola. Czy mógłby pan mu go przesłać?
- Jasne, Shubi. Tylko go wyślij.
- Dobrze.
Po wysłaniu Torchica rozłączyłem się.
- Ha! Teraz będę trenował Lileepa! Gdzie jest jakiś trener?
- Shubi, nie patrz tak na nas!
- Właśnie! Nie chcę walczyć!
- Chaaaaad... O ile pamiętam, masz nowego Pokemona.
- Tak... Nie, nie mogę. Nie będę walczył, Castform nie jest mój!
Nie mogłem ich zmusić. Ale bardzo chciałem wypróbować Lileepa. Na szczęście szedł jakiś trener.
- Hej, ty! Walczysz?
- Jasne? Ile na ile?
- Jeden na jeden. Chcę wypróbować jednego Pokemona.
- OK. Naprzód, Taillow!
- Taillow, Pokemon mała jaskółka. Taillow jest młody i dopiero co opuścił gniazdo. Ten Pokemon jest najczęściej samotny i płacze w nocy.
- Nie wiem, czy tym mnie pokonasz... Naprzód, Lileep!
Trenerowi oczy wyszły na wierzch, kiedy zobaczył mojego Pokemona.
- Rety... Skąd go masz?
- Nie mogę powiedzieć, przysiągłem, że nie powiem.
- No dobrze... Taillow, szybki atak!
- Lileep, wypuść pnącza!
Pokemon wypuścił pnącza, które go unieruchomiły, ale za to leczyły. Taillow uderzył przeciwnika, ale prawie nic to nie zrobiło kamiennemu Pokemonowi.
- Teraz, Lileep, kwas!
- Unik, Taillow! Teraz, atak skrzydłem!
Ponieważ Lileep był w połowie roślinny, ten atak zadał mu dużo więcej szkód.
- Jeszcze raz, Taillow!
- Nie możesz przegrać, Lileep! Promień zamieszania!
Niestety, Taillow był za szybki. W mig wykluczył Lileepa. Podbiegłem do Pokemona. Trener zawrócił Taillowa, po czym również podbiegł.
- Nic mu nie jest?
- Nie, chyba nie. Muszę mu dać Potion...
Zacząłem szperać w plecaku. Potion wyciągnąłem tak gwałtownie, że wyleciał TM Sketch. Jawie bardzo się nim zainteresował.
- Nie, Jawie, nie ruszaj!
Niestety, Jawie już wypił zawartość buteleczki.
- Fajnie. Teraz umiesz sketch. Będziesz mógł skopiować jakiś atak, już na stałe. Chyba należałoby to obmyślić.
Dałem Lileepowi Potion. Pokemon odzyskał trochę sił.
- Lileep... Muszę więcej z tobą trenować.

Powrót do góry

Rozdział 45 - Meteorytowa Góra

- Jest! Wreszcie! Meteorytowa Góra!
Przed nami wznosiła się wielka góra, ale musiałem przyznać, że Góra Mortar była większa.
- Może teraz dowiem się czegoś o Bagonie... Wychodź, Bagon!
Po wyjściu z Pokeballa Bagon przez chwilę myślał, że będzie walczył, ale zaskoczyło go miejsce, w jakim się znalazł. Rozejrzał się. Kiedy spostrzegł Górę, chyba nie uwierzył w to, co zobaczył. Odwrócił się do mnie ze złością.
- (Po co mnie tu przyprowadziłeś?!)
- Bagon... Chyba tu mieszkasz. Mieszkałeś. No, wiesz.
Bagon jednak naburmuszył się i usiadł na znak, że nie idzie dalej. Zapomniał jednak, że jest niewielkim Pokemonem. Bez problemu wziąłem go na ręce i, mimo jego sprzeciwów, weszliśmy do Meteorytowej Góry. Kiedy weszliśmy Bagon ostatecznie wyrwał mi się i zaczął przy mnie iść, jakby bał się, że coś go zaatakuje.
- Co Ci jest, Bagon?
- (Nie Twój interes.)
- Myślałem, że się dobrze rozumiemy. W końcu jestem Twoim trenerem i…
- (Cicho! Bo jeszcze... No nie...)
Zza jednej skały wyszedł obcy Bagon. Kiedy nas zobaczył, nie przejął się zbytnio. Zaś kiedy zauważył mojego Bagona, zatrzymał się i wlepił w niego oczy. Podbiegł, żeby porozmawiać.
- (Hej, co ty tu robisz?)
- (Jestem. Pilnuję tych ludzi.) - odpowiedział Bagon, schowany za moją nogą.
- (Haha! To jest na pewno Twój trener. Tylko taki głupek, jak ty...)
- (Zamknij się i spadaj! Nic nie wiesz!)
Obcy Bagon przewrócił oczami, po czym odszedł.
- Bagon, czy możesz mi to wyjaśnić?
- (Nie.) - odrzekł Pokemon i odwrócił się. Klęknąłem przy nim.
- Bagon, myślałem, że się rozumiemy.
- (Pomyliłeś się.)
- Porozmawiajmy...
Pokemon spojrzał na mnie kątem oka. Po chwili westchnął i odwrócił się.
- (No dobra, powiem. Więc... Jak się pewnie sam domyśliłeś, ja tu kiedyś mieszkałem. I żaden Bagon mnie nie lubił. Nie chcieli, żebym się z nimi bawił, ani trenował. Mówili, że jestem słaby i do niczego się nie nadaję. Chciałem im udowodnić, że tak nie jest. To był błąd. Wyzywałem na pojedynek jakiegoś trenera. Przegrałem na oczach wszystkich. I zostałem złapany. Potem trener starał się mnie trenować, ale nie chciałem. Za wszelką cenę chciałem z powrotem być wolny. W końcu dzieciakowi obrzydł taki Pokemon i zostawił mnie. No, a potem spotkałem Ciebie. Byłeś jedyną osobą, której na mnie zależało. Resztę znasz.)
Wstałem i zamyśliłem się. Poznałem historię Bagona. Trochę przypominał Rogacza.
- Jeżeli chcesz, możemy dać nauczkę tym Bagonom.
- (Nie. Niech zostanie tak, jak jest.)
Nagle usłyszeliśmy krzyk Bagonów. Pobiegliśmy w tamtą stronę. W jednej jaskini znaleźliśmy Zespół R, oraz mnóstwo Bagonów w siatce.
- Zespole R, to już nawet w Hoenn można was znaleźć?
- Nie planowaliśmy spotkania z tobą, wybacz, mały.
- Jak uciekliście z więzienia?
- Nie twój interes. Teraz zabieramy Bagony... Ale najpierw...
- Weezing, atak błotem!
Nie wiedzieć skąd, pojawił się Weezing i zaatakował błotem Feraligatra. Pokemon nic nie widział. Jawie bardzo się wystraszył.
- Nie bój się, Jawie, poradzimy sobie! Masz szansę odzyskać szacunek, Bagon! Atakuj!
- Naprzód, Weezing!
- Idź, Golbat!
- Bagon, atak lodowym wiatrem!
- Weezing, uderz!
Bagon uniknął ciosu Weezinga i zaatakował Golbata.
- Teraz, Bagon, cios czachą na Weezinga!
Weezing miał dość.
- Wracaj, Weezing! Naprzód, Machop!
- To jeszcze mój Pokemon! Idź, Drowzee!
Niedobrze. Bagon miał małe szanse. Należało szybko obmyślić strategię.
- Shubi, pomogę Ci! Gloom...
- Chad, nie! - krzyknęła Sayo. - Jak będzie się czuł Bagon? To on musi zyskać szacunek!
- Jasne... Bagon, liczymy na Ciebie!
Bagon musiał unikać ataków trzech Pokemonów, a to nie było łatwe. Wszyscy jego znajomi w siatce na niego patrzyli.
- Trujące kolce, Golbat!
- Bagon, schowaj się za stalagmit!
Kolce wbiły się w skalny wytwór. Wpadłem na pewien pomysł.
- Golbat, powtórz atak!
- Bagon, schowaj się za Machopa!
Tak, jak myślałem - Machop oberwał.
- Gina! Uważaj trochę!
- Co ja poradzę, ten Bagon jest strasznie szybki! Drowzee, hipnoza!
Niestety, Bagon dał się zahipnotyzować. Miał już upaść, gdy wszystkie Bagony zaczęły ryczeć. To obudziło Pokemona.
- Teraz, Bagon, oddech smoka!
Drowzee nie wytrzymał.
- Jest jeszcze szansa! Golbat, podłe spojrzenie!
Bagon nie mógł się ruszyć.
- Machop, cios karate!
Bagon nie wytrzymał i upadł. Był już bardzo zmęczony. Wstał jednak.
- Dokończ to, Golbat! Powietrzny odcinacz!
Bagon nie miał sił, żeby wykonać unik i nie mógł dalej walczyć.
- Bagon, nie...
Zespół R przyczepił siatkę do balonu i chcieli odlecieć.
- Gina, a może zabierzemy jeszcze tego Bagona?
- Tego słabiaka? Wolne żarty!
Tego Bagon nie mógł znieść. Wstał i zalśnił.
- On... Ewoluuje!!!
- Bagon!
Istotnie, Bagon ewoluował.
- Shelgon, wytrzymały Pokemon. Muszla pokrywająca ciało Shelgona jest tak twarda, że ataki innych Pokemonów się od niej odbijają. Ten Pokemon najchętniej ukrywa się, czekając na ewolucję.
- Bagon, ewoluowałeś! Teraz jesteś Shelgon...
Pokemon domagał się komendy.
- Dobrze, Shelgon, idź! Atakuj głową!
Machopa zbił z nóg ten atak.
- Golbat, trujące kolce!
Kolce tylko odbiły się od muszli Shelgona. Żeby było śmieszniej, odbiły się w kierunku Machopa i znokautowały go.
- Teraz, Shelgon, rzucaj płomieniami!
Golbata można było już podawać w restauracji.
- Wracaj, Machop!
- Wracaj, Golbat! Przynajmniej zyskamy Bagony!
- O nie! Feraligatr, wodna pompa!
Feraligatr, który już zeskrobał błoto z pyska, wystrzelił Zespół R poza horyzont. Ściągnęliśmy siatkę ze złapanych Pokemonów. Od razu oblazły Shelgona, zaczęły mu dziękować i przepraszać za wszystko. Było mi smutno patrzeć na to. Shelgon tu pasował. Wrócił do domu, mógł już tu zostać. Odwróciłem się.
- Shelgon... Zostaniesz tu. Tutaj pasujesz.
- Shel?...
- Tak. Żegnaj.
Pobiegłem w stronę wyjścia, nie oglądając się za siebie. Po chwili dobiegli Chad, Sayo, Feraligatr i Jawie. Dopiero po wyjściu z góry obejrzałem się.
- Żegnaj, Shelgon, przyjacielu.
Mieliśmy już odejść, ale wydawało mi się, ze ktoś mnie woła. Odwróciłem się.
- To Shelgon! I Bagony! Shubi, pewnie przyszły, by Cię pożegnać!
To była prawda. Pomachałem im.
- Shelgon, nigdy Cię nie zapomnę!
Nagle Shelgon zaczął biec w moim kierunku. Zatrzymał się dopiero przy mnie.
- Shelgon... Co jest?
- (Ja tu nie zostaję, Shubi. Idę z tobą. Obiecałeś mi, że będę latał, pamiętasz?)
- Pamiętam... I dotrzymam słowa.

Powrót do góry

Rozdział 46 - Żegnaj, Espeon...

Byliśmy w drodze do Petalburg, ale najpierw należało przejść przez Rustboro. Znowu zmieniłem swoją drużynę: Feraligatr, Jawie, Shelgon, Espeon, Gligar i Lileep. W duchu byłem na siebie zły. Przez cały czas używałem tylko tych samych sześciu Pokemonów. A przecież powinienem dbać o umiejętności wszystkich!
- Chad, Sayo, które z was walczy?
- Nie walczę.
- Ja też nie.
- Jak mam w takim razie ćwiczyć Pokemony? - zapytałem lekko zirytowany.
- Poszukaj dzikich Pokemonów, albo jakichś trenerów... - zaproponowała z miną niewiniątka Sayo.
- Łatwo mówić... Muszę trenować, nie mogę stracić formy...
Szliśmy dalej drogą. Nagle usłyszałem, że ktoś nas woła.
- Hej! Hej! Poczekajcie!
Odwróciłem się. Jakiś chłopiec biegł w naszym kierunku. Zastanowiłem się, skąd go znam. Był jeszcze dosyć daleko, ale widziałem jego twarz. Wyglądała znajomo...
- Shubi, czy znasz tego kogoś? - spytał Chad.
- Chyba... Nie wiem... Może... Jakiś taki znajomy...
Po chwili chłopiec dobiegł do nas. Przez chwilę dyszał opierając się o własne kolana. Nagle wyprostował się i rzekł:
- Shubi, nie wiesz, jak długo Cię szukam!
Byłem totalnie zaskoczony, więc powiedziałem:
- Szukasz mnie? Eee...
- Tak, musiałem Cię znaleźć. Czy możesz... Chciałbym z powrotem mojego Eevee.
Wreszcie to do mnie dotarło. To był ten chłopiec, którego spotkałem na początku podróży. Odebrałem mu Eevee, ponieważ źle go traktował.
- Twój Eevee?
- Shubi, czy możesz nam wyjaśnić, o co chodzi? - niecierpliwił się Chad.
Spojrzałem na niego i powiedziałem:
- Nie teraz, OK? A ty, słuchaj, nie wiem, czy...
- Shubi, ja już wszystko wiem! Słuchaj, jak mi zabrałeś Eevee, byłem na Ciebie naprawdę zły. Ale po jakimś czasie mi przeszło, kiedy przyjrzałem się Murkrowowi... Zacząłęm o niego dbać, teraz jest naprawdę silny. Stałem się bardzo dobrym trenerem. Nie wiedziałem, gdzie Cię szukać. Chciałem Ci pokazać, jak się zmieniłem. Widziałem wszystkie twoje walki w Lidze Pokemon. Bardzo się ucieszyłem, kiedy zobaczyłem, że ty dbasz o Eevee... Przepraszam, Espeona. Bardzo chciałem go odzyskać. Kiedy jakiś czas temu przyszedłem do New Bark Town, nie było Cię. Dowiedziałem się, że podróżujesz po Hoenn. Też chciałem. Patrz, mam 3 odznaki. I... Chciałbym Espeona z powrotem... Będę o niego dbał, proszę, Shubi...
Ta przemowa mnie zatkała. Nie wiedziałem co powiedzieć. To wszystko brzmiało jak prawda, ale brzmiało też, jakby chłopak długo to sobie powtarzał.
- Słuchaj, nawet jak będę chciał oddać Ci Espeona, to on nie będzie chciał Ciebie znać. Będzie pamiętał, jak go traktowałeś.
- No to chociaż go wypuść, zobaczymy...
- Dobra.
Podrzuciłem Pokeball Espeona. Pokemon wyszedł i rozejrzał się.
- Hej, Espeon, pamiętasz mnie? - zawołał chłopak.
Espeon najwyraźniej go pamiętał, bo kiedy tylko go zobaczył, skoczył i schował się za mną. Wywołało to atak śmiechu u Sayo i Chada. A Feraligatr nie wiedział o co chodzi. Był wtedy Totodilem, mógł tego nie pamiętać.
- Widzisz, Espeon zapamiętał Cię takim, jakim wtedy byłeś. Nie będzie chciał do Ciebie iść.
Chłopak posmutniał.
- To może walka? Espeon na pewno chce się zemścić.
Pomyślałem, że to wcale nie taki zły pomysł. Zwróciłem się do Pokemona.
- I jak, Espeon? Chcesz walczyć?
Pokemon spojrzał na swojego dawnego trenera. W oczach Espeona widziałem chęć zemsty.
- Esp. - powiedział Pokemon. Znaczyło to, że się zgadza.
- Dobrze, Espeon chce walczyć. Jakiego Pokemona użyjesz?
- Mam tylko jednego. Naprzód, Murkrow!
Ptak wyszedł z Pokeballa. Chłopak miał rację, Pokemon był naprawdę zadbany. I silny. Tego byłem pewien.
- Espeon, nie masz dużych szans, to jest Pokemon typu ciemność, silniejszy od Ciebie. Na pewno chcesz walczyć?
- Esp. Eon. - Pokemon był całkowicie pewien swojej decyzji.
- Dobrze, Espeon! Naprzód!
Walka się zaczęła.
- Espeon, atakuj psychopromieniem!
- Atak gwiazdą, Murkrow!
Ptak ominął promień i wysłał gwiazdy, które poraniły Espeona.
- Espeon, nie poddawaj się! Szybki atak!
Espeon skoczył w kierunku Murkrowa i uderzył go. Pokemon był zaskoczony.
- Murkrow, gonitwa!
Espeon mocno oberwał. Dosyć długo nie walczył, powinienem go do walki przygotować. Starałem się ratować sytuację.
- Espeon... Musisz coś zrobić... Ataki psychiczne nic mu nie zrobią... Ale... Ale ten tak! Atakuj piorunującą falą!
Murkrow spadł na ziemię, sparaliżowany.
- Teraz, Espeon, rzut gwiazdą!
Gwiazdy wykończyły wroga.
- Och nie! Murkrow!
Chłopak podbiegł do Pokemona i wziął go na ręce. Zaczął poprawiać mu pióra i coś mówił. Espeon tylko patrzył. W końcu podszedł. Chłopak na niego spojrzał.
- Espeon, będzie mi Cię brakowało. No, ale będzie Ci lepiej z Shubim. On wie, jak traktować Pokemony.
Chłopak uśmiechnął się. Po chwili ostrożnie podniósł rękę. Espeon dał się pogłaskać. Po chwili
Pokemon spojrzał smutno na mnie. Wiedziałem, co sie zaraz stanie.
- Espeon, wiem, co Ci chodzi po głowie. Właściwie, to nigdy nie byłeś mój. Byłeś pod moją opieką.
Bardzo mi pomogłeś, ale pora, żebyś wrócił do swojego trenera.
Pokemon podbiegł do mnie. Chciał się pożegnać. Widziałem, że był smutny. Mi też było smutno. Pogłaskałem go.
- No, idź już, Espeon. Bardzo mi pomogłeś. Dzięki za wszystko. Żegnaj.
Pokemon otarł mi się o nogę, po czym podbiegł do chłopca. Skinąłem tylko głową i odszedłem z uśmiechem. Reszta dopiero po chwili do mnie dotarła.
- Shubi, czy możesz nam wreszcie wyjaśnić? - niecierpliwił się Chad.
- Wiesz... To naprawdę długa historia. Na szczęście, dobrze się skończyła.

Powrót do góry

Rozdział 47 - Szkoła uczy

Doszliśmy wreszcie do Rustboro. Stąd było już niedaleko do Petalburg. Kiedy szliśmy ulicami, usłyszałem, że ktoś nas woła.
- Hej! Shubi! Chad! Sayo!
Obejrzeliśmy się. Okazało się, że to był naukowiec, który prosił o dostarczenie paczki do Slateport.
- I jak dostarczyliście paczkę?
- Tak, trafiła we właściwe ręce.
- Dobrze. Chodźcie ze mną, coś wam się za to należy.
- Ale nie trzeba...
- Chodźcie, chodźcie.
Poszliśmy za naukowcem. Poprowadził nas do budynku. Na dużej tablicy przy drzwach był napis: "Siedziba Korporacji Devon".
- Tu właśnie pracuję. - rzekł naukowiec.
Weszliśmy do środka. Zostaliśmy poprowadzeni na wyższe piętra. Na każdym pracowali jacyś ludzie. Jedni badali jakieś dziwne Pokeballe, inni majstrowali przy maszynach. My poszliśmy na najwyższe piętro. Tam naukowiec kazał nam poczekać przed drzwiami, a sam wszedł do środka. Na drzwiach była tabliczka z napisem "Dyrektor".
- Shubi... O co chodzi?
- Sam bym chciał wiedzieć.
Po chwili drzwi się otworzyły i naukowiec zaprosił nas do środka. Weszliśmy do pięknego, dużego pokoju. Nie przyglądałem się meblom, za wyjątkiem jednego. Za dużym biurkiem siedział dyrektor Korporacji Devon. Podeszliśmy bliżej. Jakoś onieśmialała nas ta sytuacja.
- A więc wy jesteście Shubi, Chad i Sayo? Te dzieciaki, które nam pomogły.
- No, trochę pomogliśmy...
- Powiedz no, Shubi... Chcesz być Mistrzem Pokemon, tak?
- Nie zależy mi na łapaniu wszystkich Pokemonów. Chciałbym zająć pierwsze miejsce w zawodach Ligi Pokemon.
- I myślisz, że Ci się uda?
- Mam taką nadzieję. To jest już moja druga Liga. W poprzedniej zremisowałem. Mam nadzieję, że teraz uda mi się zająć pierwsze miejsce.
- To może dam Ci coś, co może Ci się przydać. Proszę, oto Premierball. Nasz nowy Pokeball. Lepiej łapie Pokemony.
- Dziękuję.
- No, Shubi. Mam nadzieję, że uda Ci się zostać kiedyś Mistrzem Pokemon. Teraz, jeżeli pozwolicie, zajmę się swoją pracą...
- Dobrze, do widzenia.
Wyszliśmy prowadzeni przez naukowca. Dopiero na ulicy odzyskaliśmy mowę.
- Kontakt z ludźmi tak ważnymi, jak dyrektor dużej firmy jest... Dziwny... I onieśmielający.
- Racja.
Ruszyliśmy w stronę Petalburg. Jednak znowu coś przykuło moją uwagę.
- Czekajcie... Tam, przy stadionie jest ktoś dla mnie znajomy!
- Kto?
- Poczekajcie, porozmawiam z nią szybko, co?
- OK, my poczekamy w tej kawiarni.
Pobiegłem szybko do stadionu. Przed nim na ławce siedziała nie kto inny, tylko Ola. Ola, z którą zremisowałem w Lidze Pokemon.
- Hej, Ola, co jest?
Podniosła głowę i spojrzała na mnie. Zdziwiła się bardzo. Pewnie nie spodziewała się mnie w takim miejscu.
- O, witaj Shubi! Tak sobie siedzę... Nie mogę wygrać z Roxanne... To twój Totodile?
Mały Jawie podszedł do Zippo, Charmandera Oli i chciał się przywitać.
- Tak, to Jawie. Wykluł się z tego jaja, co miałem w Lidze. Pamiętasz?
- Jasne. Niezła to była walka.
- Bardzo trudna i długa. Mówisz, że nie możesz wygrać z Roxanne?
- No, właśnie nie. Ale wiesz, co? Tutaj w okolicy podobno jest jakaś szkoła Pokemon. Chodźmy, może czegoś się dowiemy.
- Dobra.
Poszliśmy chodnikiem. Jawie i Zippo szli za nami. Już zdążyli się zaprzyjaźnić.
- Ola, czy jesteś pewna, że nauczymy się czegoś w tej szkole?
- Jasne. Podobno Roxanne tu właśnie się szkoliła na Lidera.
- Też o tym słyszałem.
Dotarliśmy do szkoły. Akurat na placu przed szkołą dzieci ćwiczyły walki. Nauczyciel biegał między nimi i co chwila kogoś poprawiał.
- Nie, nie tak! To się nazywa szybki atak, a nie atak szybkości! Przestań rozkazywać atakować Pidgeyowi tego Pokemona! Tylko dwa Pokemony biorą udział w walce! Przecież Oddish nie zna ataku kopania! Czasami mam tego dosyć...
- Ola, chyba lepiej nie zawracać głowy temu nauczycielowi...
Ale nauczyciel już nas zobaczył.
- Hej, wy dwoje! Jesteście trenerami Pokemon?
- Tak, oczywiście.
- Chodźcie tu, może nam pomożecie!
Weszliśmy na plac.
- Dzieci, to są prawdziwi trenerzy Pokemon. Mają dużo Pokemonów i...
- Pokemony! Pokażcie Pokemony!
- Chcę zobaczyć Pokemony!
- Ja chcę zobaczyć tego Totodila!
Jawie dostał się w ręce dzieci. Tak samo Zippo. Nauczyciel musiał uspokoić dzieci i oddać nam Pokemony.
- Proszę, pokażcie im ze dwa Pokemony...
- Jasne. Naprzód, Treecko, Shelgon!
- Wybieram Cię, Bayleef, Charizard!
Dzieci nie słuchając nauczyciela od razu "oblazyły" Pokemony. Zaskoczyło mnie, że Pokemonom to zupełnie nie przeszkadzało.
- Shubi, nie wiedziałeś, że zabawa z dziećmi to relaks dla Pokemonów?
- Nie...
- Hej! Pokażcie nam, jak walczycie!
- Tak! Walka!
- Chcemy zobaczyć walkę Pokemon!
- Co ty na to, Ola? - zapytałem.
- Jasne, chyba że się boisz. - odpowiedziała z uśmiechem.
- No coś ty! Naprzód, Treecko!
- Idź, Bayleef!
- Walka! Walka!
- Zobaczymy walkę!
- Niesamowite!
Nauczyciel starał się uspokoić dzieci.
- Patrzcie uważnie, to może się czegoś nauczycie!
- Treecko, strzelaj nasionami!
- Bayleef, uważaj! Odbij to!
Ekran wytworzony przez Bayleef odbił nasiona.
- Teraz, Bayleef! Ostry liść!
- Unik, Treecko!
Treecko uniknął wszystkich liści. Dzieciom bardzo podobał się mecz.
- Teraz, Treecko! Uderz!
Treecko zaczął biec w kierunku Bayleef.
- Bayleef, proszek usypiający!
Treecko przewrócił się i zasnął.
- Teraz, Bayleef! Depcz!
Treecko został po tym ataku wgnieciony w ziemię.
- Och, nie! Wracaj, Treecko!
- Tak! Wygrałam!
- Treecko musi się jeszcze sporo nauczyć...
Dzieci zaczęły głośno krzyczeć i zadawać pytania. Ja i Ola przez następną godzinę cierpliwie im odpowiadaliśmy. W pewnej chwili nauczyciel spojrzał na zegarek i powiedział:
- Och, jak późno! Dzieci, już koniec lekcji! Idźcie do domów!
Dzieci wstały, pożegnały się i rozbiegły. Zostaliśmy sami. Nie mieliśmy innego wyboru, więc też poszliśmy.
- Och, nie! Shubi!
- Co jest?
- Zapomniałam spytać o Roxanne!
Zaśmiałem się.
- Co się śmiejesz? Ja muszę wygrać!
- Ale niepotrzebnie szliśmy aż do szkoły. Ja znam sekret Roxanne.
- Jaki?
- Trzeba używać starych Pokemonów, ona ich nie zna.
- Shubi, jesteś pewien?
- W ten sposób zdobyłem odznakę.
- Dzięki, dzięki, dzięki! To ja już lecę. Do zobaczenia!
- Do zobaczenia!
Patrzyłem, jak Ola biegnie na stadion. Pomyślałem, że jak znowu spotkamy się w Lidze, to tym razem ja wygram.

Powrót do góry

Rozdział 48 - Nie lekceważ roślin!

Następnym etapem podróży był Las Petalburg. Mimo złych wspomnień, udało się przejść bez niego bez wypadków. Po wyjściu z lasu skompletowałem nową drużynę. W jej skład wchodził Feraligatr, Jawie, Gligar, Shroomish, Scizor i Shelgon. Ostatnio bardzo często zmieniałem drużyny Pokemonów. Zdawałem sobie sprawę z tego, jakie ważne są zawody Ligi Hoenn, więc chciałem, żeby wszytstkie moje Pokemony były dobrze wytrenowane. Niestety, miałem też kilka bardzo trudnych do wytrenowania Pokemonów. Do nich zaliczał się Shroomish. Zaraz za lasem wyzwałem Chada na krótki pojedynek.
- Chad, walczmy!
- OK, niech będzie! Naprzód, Gloom!
- Idź, Shroomish!
- Gloom, proszek nasenny!
- Shroomish, unik!
Mały Shroomish był szybszy niż Gloom. Dlatego uniknął ataku.
- Teraz, Shroomish! Strzelaj nasionami!
Nasiona tylko odbiły się od Glooma.
- O, nie... ten atak jest zbyt słaby...
- Haha! Gloom, kwas!
- Shroomish, odskocz!
Ale było już za późno. Shroomish został bardzo poraniony.
- Dokończ to, Gloom! Absorpcja!
Resztki energii Shroomisha zostały wyssane przez Glooma. Chad wygrał walkę.
- Wracaj, Shroomish!
- Haha! Wygraliśmy, Gloom!
- Z takim słabiakiem każdy by wygrał. Nie masz się z czego cieszyć.
Odwróciliśmy się. Przy drzewie stał jakiś chłopak i patrzył na nas niechętnie.
- Ty mówiłeś do nas? - zapytałem ze złością.
- Tak, do was, słabiaki.
Już chciałem mu powiedzieć, że zająłem pierwsze miejsce w Lidze Johto, ale przypomniałem sobie, że mnie to złości.
- I kto tu jest słabiak? - spytał Chad. - Ty nawet nie masz Pokemona.
- Skąd wiesz, że nie mam, mały? - zapytał nieznajomy, chociaż Chad był od niego niewiele niższy. - Właśnie, że mam.
- Mój Gloom...
- Twój Gloom jest słaby, to widać. Zbyt powolny, powinieneś lepiej się nim zajmować. Widać, że dawno go nie polewałeś wodą.
Chad mało nie wybuchł ze złości.
- Tak? A chcesz się przekonać w walce?
- Jasne, dla mojego Glooma to będzie bułka z masłem. A ty się przypatrz i porównaj sobie. Wychodź, Gloom!
Musiałem przyznać rację nieznajomemu. Jego Gloom był większy i, tak jakby, okazalszy.
- Widzę, że ty też masz Glooma... - powiedziałem.
- Jakbyś chciał wiedzieć, to mam większość roślinnych Pokemonów. Jestem tutaj najlepszym trenerem. Specjalizuję się właśnie w roślinnych Pokemonach. A Gloom to mój ulubieniec.
- Jakiś jeszcze powiedział, jak sie nazywasz, to byśmy już wszystko o tobie wiedzieli.
- Czemu nie. Jestem Grant. To co, zaczynamy walkę?
- Jestem już gotowy! Gloom, naprzód!
- Walcz, Gloom!
- Gloom, kolczasty zarodnik! - rozkazał Chad.
- Gloom, Słodki zapach!
Gloom Chada został spowity przez różnową poświatę. Zaczął wdychać zapach. Po chwili na jego pysku pojawił się szeroki uśmiech.
- Gloom! Co ty robisz?! Walcz! Ostry liść!
- Gloom, kwas!
Tak samo, jak mój Shroomish, teraz Gloom Chada został wykończony przez kwas. Grant roześmiał się paskudnie.
- Widzicie! Nie znajdziecie lepszego trenera roślinnych Pokemonów ode mnie!
Gloom Chada wstał powoli. Spojrzał na Granta i na wrogiego Glooma. Po chwili odwrócił się do Chada i spojrzał na niego z wyrzutem. Zupełnie, jakby chciał powiedzieć "to twoja wina!"
- Chad... Wiesz, co możesz zrobić? - spytała cicho Sayo.
- Myślisz o...
- Tak, to dobry pomysł. Ale pamiętaj, że jeśli to zrobisz, to nie będzie już Glooma. - rzekłem.
Chad zdjął plecak i poszperał w nim trochę. Po chwili wyjął Kamień Słoneczny. Grant spojrzał zaciekawiny. Chad podszedł do Glooma i kucnął przy nim.
- Gloom, jeśli chcesz, możemy pokonać tego Granta. Ale już nie będziesz Gloomem.
Gloom spojrzał na Kamień Słoneczny. Po chwili zgodził się na tą operację. Chad dotknął Kamieniem ciała Pokemona. Gloom zalśnił i zaczął ewoluować. Ewoluował w...
- Bellossom, Pokemon kwiat, rozwinięta forma Gloom, ostateczna forma Oddish. Kiedy Bellossom obraca kwiatami na głowie, leci z nich pyłek. Ten Pokemon bardzo lubi tańczyć.
Chad spojrzał na Granta.
- Teraz możeny walczyć.
Grant tym razem potraktował poważnie wyzwanie.
- Dobra, Walczmy. Wybieram Glooma.
- A ja Bellossom!
Pokemony stanęły do walki. Grant zaczynał ostro.
- Gloom, kolczasty zarodnik!
- Bellossom, unik!
Bellossom był dużo szybszy od Glooma.
- Teraz, Bellossom! Słoneczny dzień!
Bellossom z kwiatków na głowe wypuścił dwa promienie w kierunku nieba. Po chwili zrobiło się niemiłosiernie gorąco i jasno.
- Gloom, spróbuj tańca płatków!
- Unik, Bellossom!
Bellossom w tanecznym rytmie uniknął płatków.
- Tak! Teraz, Bellossom! Słoneczny promień!
Ponieważ Bellossom wcześniej użył słonecznego dnia, promień słoneczny był załadowany automatycznie. Teraz Bellossom zaatakował z pełną mocą i wykluczył Glooma.
- Och nie! Gloom, wracaj!
- Tak! Bellossom, wygraliśmy!
Bellossom podbiegł i wskoczył Chadowi na ręce. Grant stał ze spuszczoną głową.
- Hej, Grant, czym się martwisz? - zapytałem.
- Ja... Przegrałem walkę...
- A myślisz, że ja nigdy nie przegrałem? - spytałem z uśmiechem.
Grant podniósł głowę i spojrzał na mnie.
- Ty... Ty jesteś Shubi!
- No, jestem...
Grant uśmiechnął się. Widać zrozumiał.
- No, Chad, Sayo, chodźmy. Do Petalburg już niedaleko.

Powrót do góry

Rozdział 49 - Siła normalnych Pokemonów!

- Oto półmetek naszej podróży - powiedział Chad podniosłym tonem. - To Petalburg.
- Wreszcie. Piąta odznaka będzie moja! - powiedziałem.
Weszliśmy do miasta. Od razu chciałem się skierować do stadionu, ale Sayo nalegała, żebyśmy poszli do Centrum Pokemon. W sumie, przyznałem jej rację. Oddaliśmy Pokemony do uleczenia. Kiedy odzyskałem Pokeballe, wypuściłem Pokemony, żeby je obejrzeć.
- Feraligatr, Scizor, Shelgon w dobrej formie. Wracajcie. Gligar, muszę z tobą potrenować więcej, wracaj. Shroomish...
Pokemon posmutniał. Kucnąłem przy nim.
- Shroomish, nie będę Cię okłamywał, jesteś trudny do trenowania. Ale pamiętaj, że jesteś w rękach przyszłego mistrza Pokemon.
Shroomish ucieszył się, po czym wskoczył mi na ręce. Jawie patrzył trochę zazdrośnie.
- Jawie, ty jesteś jeszcze za mały, żeby walczyć. A Shroomish będzie prawdziwym wojownikiem!
Zawróciłem Shroomisha i ruszyłem na stadion, a reszta paczki poszła za mną. Bardzo chciałem zdobyć kolejną odznakę, ale wiedziałem, że mecz nie będzie prosty. Doświadczenie mnie tego nauczyło. Pewny siebie wkroczyłem na stadion. Przypomniały mi się pokoje prób, które było bardzo ciężko przejść. Czy miałem je znowu przechodzić? Weszliśmy do pierwszej sali. Stał tam nie kto inny, tylko Norman.
- Shubi, witaj!
- Witaj, Norman...
- I jak? Zarejestrowałeś się w Lidze Hoenn?
- Tak, oczywiście.
- Cztery miesiące Ci to zajęło. - powiedział z uśmiechem lider.
- Nie próżnowałem przez ten czas. Zdobyłem cztery odznaki Hoenn.
Norman był pod wrażeniem.
- To, co Shubi? Pojedynek?
- Po to przyszedłem! Walczmy!
- Dobrze więc. Zaraz przejdziemy do właściwej sali. Tylko reguły. Walczymy do czasu, aż jeden zawodnik pokona cztery Pokemony przeciwnika.
- Wobec tego mecz będzie długi. Dobrze, zgadzam się.
Przeszliśmy do właściwej sali.
- Dobrze, Shubi, ja zacznę. Naprzód, Vigoroth!
- Tego Pokemona już znam! Idź, Shelgon!
- Vigoroth, atakuj chlaśnięciem!
- Utwardzaj się, Shelgon!
Shelgonowi udało się odparować atak.
- Teraz, Shelgon! Żar!
Smokowi udało się zaatakować przeciwnika. Vigoroth był jednak bardzo silny.
- Teraz, Vigoroth, ziewnij!
Vigoroth ziewnął, a po chwili i Shelgon zaczął zachowywać się ospale. Wiedziałem, że zaraz zaśnie.
- Shelgon, nie zasypiaj!
Ale było już za późno. Biedy Pokemon zasnął na środku areny.
- Teraz, Vigoroth! Atakuj ciałem!
Pokemon wykorzystał krytyczne uderzenie i wykończył Shelgona.
- Wracaj, Shelgon! Naprzód, Gligar! Trujący kolec!
Używając wrodzonej zręczności, Vigoroth uniknął ataku.
- Teraz, Vigoroth! Rzut gwiazdą!
- Gligar, odbijaj atak!
Gligar wytworzył mały ekran, który odbił gwiazdy. Jednak te zawróciły i uderzyły Pokemona.
- Atak gwiazdami zawsze trafia... Gligar, odcinacz furii!
Pierwszy atak nie był zbyt silny, ale drugi był dużo silniejszy.
- Vigoroth, ziewnij!
Ale Gligar był w trakcie ataku, więc chyba nawet nie zauważył ziewnięcia Vigorotha. Kontynuował atak.
- Vigoroth, zrób coś!
Ale biedny Vigoroth nie mógł nic zrobić. Następny atak Gligara wykończył go.
- Wracaj, Vigoroth! Naprzód, Loudred!
- Loudred?
- Loudred, Pokemon głośny, rozwinięta forma Whismur. Loudred atakując głośno ryczy i tupie nogami. Kiedy skończy atak, przez chwilę nic nie słyszy, co jest jego słabym punktem.
- Ach tak? Gligar, kontynuuj odcinacz furii!
- Loudred, krzyk!
Loudred tak głośno krzyknął, że aż zakryłem sobie uczy. Gligar spadł na ziemię.
- Teraz, Loudred, depcz!
- Gligar, leć!
Gligar w ostatniej chwili wzbił się w powietrze.
- Loudred, hiper dźwięk!
Gligar nie mógł wytrzymać takiego natężenia dźwięków.
- Wracaj, Gligar! Wybieram Cię, Shroomish! Poradzisz sobie!
Mały Pokemon poczuł się jeszcze mniejszy, kiedy zobaczył swojego przeciwnika.
- Poradzisz sobie, Shroomish!
- Loudred, depcz!
- Unik, Shroomish!
Pokemon zaczął skakać pomiędzy nogami Loudreda. Loudred nie mógł go trafić, chociaż bardzo się starał.
- Shroomish, właśnie tak! Uda Ci się, zobaczysz!
- Loudred, kontynuuj atak! Shroomish zmęczy się niedługo!
Ale Loudred był w coraz gorszym stanie i widać to było po nim. Za bardzo się męczył i złościł. Po chwili zaczął głośno ryczeć i tupać.
- Tak, Shroomish, jeżeli teraz wytrzymasz, to potem będzie z górki!
Po niedługim czasie takiej furii, Loudred musiał chwilę odpocząć.
- Loudred, nie możesz teraz stać! Jesteś łatwym celem dla ataku roślinnego!
Ale Loudred nic nie słyszał, tak jak powiedział Pokedex.
- Teraz, Shroomish! Proszek usypiający!
Mały Pokemon obsypał przeciwnika proszkiem. Po chwili Loudred zasnął.
- Shroomish, teraz atakuj mega ssaniem! Uleczysz się!
Shroomish zgodnie z poleceniem zaczął wysysać energię przeciwnikowi. Kiedy Loudred obudził się, był bardzo słaby, za to Shroomish miał mnóstwo sił.
- Dokończ to, Shroomish! Strzelaj nasionami!
Słaby Loudred nie wytrzymał ataku.
- Wracaj, Loudred!
Walka była bardzo ciężka, a to był dopiero półmetek. Norman uśmiechnął się.
- Idź, Linoone!
- Linoone, szybki Pokemon, rozwinięta forma Zigzagoon. Linoone potrafi biegać z szybkością 60 mil na godzinę, ale żeby skręcić, musi się zatrzymać. Dlatego zakręty są dla niego dużym problemem.
- Dobrze, poradzimy sobie, Shroomish! Atakuj ssącym ziarnem!
- Linoone, szybki atak!
Linoone był naprawdę bardzo szybki. Nawet nie zauważyłem, kiedy zaatakował Shroomisha.
- Shroomish, musimy coś zrobić!
Linoone atakował raz po raz, przy czym prawie się nie zatrzymywał. Norman był pewny siebie. Wpadłem na pomysł, jak spowolnić Linoone`a.
- Shroomish, słodki zapach!
Shroomish wydzielił tak słodki zapach, że Linoone zatrzymał się, żeby go powąchać. Wtedy Pokemon wykorzystał chwilkę i wystrzelił ssące ziarno. To już skutecznie spowolniło Linoone`a, a poza tym dostarczało zdrowia Shroomishowi.
- Teraz, Shroomish, atakuj kwasem!
Linoone miał dość.
- Wracaj, Linoone!
- Shroomish, bardzo dobrze Ci idzie! Jeszcze tylko jeden Pokemon!
- Naprzód, Slaking!
- Slaking, leniwy Pokemon, rozwinięta forma Vigoroth, ostateczna forma Slakoth. Slaking jest bardzo leniwy. Kiedy zje trawę w zasięgu swojej ręki, dopiero wtedy przenosi się na inne miejsce.
- Wiedziałem, że to nie będzie łatwe... Naprzód, Shroomish!
- Slaking, wiesz, co masz robić!
Slaking położył się na środku areny i zaczął spać. Zdziwiło mnie to nietypowe zachowanie.
- Eee... Shroomish, strzelaj nasionami!
Shroomish wykonał polecenie, ale nasiona tylko odbiły się od ciała Slakinga.
- Musimy wymyślić coś innego... Shroomish, ssące ziarno!
Niestety, to ziarno również tylko odbiło się od brzucha Pokemona.
- Tak się nie da walczyć!
- Owszem, da się. Tylko, że twój Pokemon jest za słaby, żeby pokonać Slakinga.
- Mój Pokemon nie jest słaby! Zaraz Ci pokażę! Shroomish, kwas!
Ten atak obudził Slakinga. Pokemon wstał zły, że mu się przeszkodziło.
- Teraz, Slaking, skupione uderzenie!
Slaking zaczął przygotowywać potężny atak.
- Shroomish, nie stój tak! Proszek nasenny!
Ale biedny, mały Pokemon nie mógł się ruszyć ze strachu. Po chwili Slaking zaatakował potężnym uderzeniem, które pokonało Shroomisha.
- Shroomish!
Podbiegłem do Pokemona. Był bardzo ranny.
- Shroomish, dzięki... Wracaj, zaraz pójdziemy do centrum, tylko skończę walkę...
Zawróciłem Shroomisha do Pokeballa.
- Dobrze Norman. Skoro ty wyciągasz ciężko artylerię, to ja też. Naprzód, Ferali...
Zamarłem. Przeciwko Slakingowi wybiegł mały Jawie.

Powrót do góry

Rozdział 50 - Równowaga sił

Przez chwilę nie wiedziałem, co robić. Zaśmiałem się.
- Nie, Jawie, nie ty. Wracaj!
Ale mały krokodylek stał niewzruszony przed Slakingiem. W porównaniu z tym wielkim Pokemonem, Totodile był bardzo malutki.
- Jawie, mówię jeszcze raz, wracaj tu!
- Nie możesz zawrócić wybranego Pokemona. To byłoby wbrew regułom, ponieważ to jest czwarty i ostatni Pokemon.
Przez chwilę nie mogłem oddychać.
- Ale... Ale Jawie nie może walczyć! Jest zbyt mały!
- Możesz jedynie przerwać walkę.
- Skoro tak... No dobra. Przerywam walkę!
Sayo i Chada zamurowało.
- Shubi! Nie możesz przerwać!
- Właśnie! To bardzo długa i trudna walka! Drugi raz może się nie udać!
- Ale to jest Jawie. On jest zbyt mały, żeby walczyć. Nie mogę ryzykować jego zdrowia. Ani życia.
Stanowczo nakazałem Jawiemu wrócić. Ale Pokemon nie chciał. Mało tego, podbiegł do Slakinga i wbił zęby w jego nogę. Slaking zawył z bólu i starał się zrzucić Totodila. Jednak mały Pokemon miał niezwykle mocne ugryzienie.
- Nie, Jawie! Zostaw!
Slaking tupnął mocno i Jawie upadł. Podniósł sie zaraz i wystrzelił wodną broń prosto w pysk Slakinga.
- Odwołaj swojego Pokemona, albo każę Slakingowi atakować!
Starałem się przywołać Jawiego, ale nie reagował.
- Skoro tak... Slaking, skupione uderzenie!
- NIE!!!
Slaking zaczął przygotowywać potężny atak.
- Jawie, broń się! Wodna broń!
Jawie znowu zaatakował wodną bronią, czym przeszkodził Slakingowi.
- Dobrze, Jawie!
Totodilek był zachwycony ze swojego osiągnięcia.
- Jawie, nie ciesz się tak! To dopiero początek!
Slaking był rozwścieczny. Chciał koniecznie uderzyć małego Pokemona, ale Jawie był dla niego zbyt szybki i zwinny.
- Slaking, postaraj się!
- Slak!
Jawie uciekał przed ciosami dorosłego Pokemona.
- Jawie, unik!
Totodilek odskoczył i wystrzelił wodną broń.
- Slaking, atak ciałem!
- Jawie, nie!
Nie chciałem, żeby Jawie walczył. Ale Jawie nie chciał przestać. A skoro chciał walczyć... Należało nim odpowiednio pokierować.
- Jawie, wodna broń! Celuj w jego brzuch!
Slaking miał już upaść na Jawiego, ale wodna broń Jawiego utrzymała go w pozycji stojącej.
- Świetnie, Jawie! Doskonale!
Jawie atakował coraz lepiej. Slaking wydawał się przy nim powolny i nieporadny. Norman jednak nie chciał przegrać tej walki.
- Slaking! Depcz!
Slaking tupnął mocno, aż się wszystko zatrzęsło.
- Haha! Slaking nie trafił!
- Tak myślisz? Slaking, zrób to jeszcze raz! Mocniej! Mocniej! Mocniej!
Slaking tupał mocno, a cały budynek trząsł się. Podłoga zaczęła pękać. Jawie potknął się i upadł.
- Teraz, Slaking! ATAK CIAŁEM!!!
- NIEEE!!!
Slaking już miał upaść całym ciałem na Jawiego. Jednak w ostatniej sekundzie Jawie odwrócił się i wymierzył potężną lodową pięść w brzuch przeciwnika. Slaking po prostu zamarzł. Nerwowa cisza.
- Wracaj, Slaking!
Pokemon wrócił do Pokeballa, jednak wciąż wszyscy stali w ciszy. Nagle coś sobie uświadomiłem.
- TAAAAAAAAAAAAAAAAAAK!!! WYGRALIŚMY!!! UDAŁO SIĘ!!!
Jawie przybiegł i wskoczył mi na ręce.
- Jawie, to dzięki tobie wygraliśmy! Dzięki, dzięki, dzięki, dzięki!!!
Mały Pokemon był zadowolony ze swojej wygranej. Nagle zalśnił. Postawiłem go na ziemi, żeby mógł ewoluować. Jednak wydarzyło się coś innego. Jawie przestał świecić i był ciągle Totodilem.
- Co jest?
- Toto! Dile!
Podszedł Norman.
- Twój Totodile chyba nie chce ewoluować... Uszanuj jego decyzję.
- Uszanuję, na pewno...
Jawie znowu wskoczył mi na ręce.
- Więc, Shubi... Udowodniłeś, że potrafisz dowodzić Pokemonami w najbardziej ekstremalnych i zaskakujących warunkach... Proszę, Odznaka Równowagi jest Twoja.
- Jeeej, dzięki, Norman...
Wziąłem moją piątą odznakę. Każda odznaka to krok do Ligi Pokemon. Zdobywa je się ciężko, ale daje to wielką satysfakcję i buduje więź pomiędzy trenerem i Pokemonem.

Powrót do góry

Rozdział 51 - Duma Charizarda

- Więc, Chad, gdzie teraz?
Chad zerknął na mapę i do przewodnika po Lidze Hoenn.
- Hm... Jeżeli masz pięć odznak, to następne miasto, w którym możesz zdobyć odznakę i jednocześnie nie zejśc z trasy to... hm... Fortree.
- Fortree? OK, ruszamy.
- No to na północ.
Zbliżaliśmy się do Ligi Pokemon. Musiałem zebrać jeszcze trzy odznaki, żeby się tam dostać. Chciałem je bardzo szybko zdobyć, ale należało się przygotować.
- Uch...
- Co jest, Shubi?
- Tak sobie myślę... Mam dużo Pokemonów... Powinienem je wszystkie trenować... Tymczasem mam ciągle te same.
- Shubi, dobry trener dba o swoje Pokemony. Musisz wszystkie trenować, a nie tylko swoje ulubione.
Westchnąłem. Feraligatr od zawsze był ze mną. Nic dziwnego - najsilniejszy z moich Pokemonów, zawsze mogłem na niego liczyć. Ale jednocześnie zaniedbywałem innych podopiecznych.
Fortree było bardzo oddalone od Petalburg, więc czekała nas długa droga. Podczas wędrówki chciałem złapać jeszcze conajmniej dwa Pokemony. To prawda - musiałem trenować wszystkie, ale też zdobywać ich jak najwięcej.
- Shubi, przestań się zadręczać! - niecierpliwił się Chad.
- Hm... Co? Ach, dobra, już nie będę. Skoro popełniłem błąd, to zrobię wszystko, żeby go naprawić.
- Teraz gadasz do rzeczy.
Szliśy przez las w kierunku Fortree. Nagle usłyszałem jakieś głosy. Dwoje trenerów kłóciło się o Pokemony.
- Tam! - powiedziała Sayo.
Poszliśmy we wskazanym kierunku. Na polanie stało dwóch trenerów. Za każdym stał jego Pokemon.
- Łał... Thyplosion! Blaziken! - mruknął Chad.
- Taa, Thyplosiona widzieliśmy, Karol miał jednego, ale co to za Blaziken?
- Blaziken, Pokemon walczący, rozwinięta forma Combusken, ostateczna forma Torchic. Blaziken jest bardzo silnym ognisto - walczącym Pokemonem. Jego ataki są niezwykle trudne do odparcia.
W tym momencie jeden z trenerów usłyszał mój Pokedex, więc obaj umilkli i spojrzeli na nas. Schowałem Pokedex. Zrobiła się cisza. W pewnej chwili jeden trener odezwał się.
- Hej, dobrze, że przyszedłeś, kimkolwiek jesteś! Przyda nam się początkujący trener do roztrzygnięcia sporu... Widzisz, jestem Branston, a to mój Blaziken. Ten to Bill, razem ze swoim Thyplosionem. Spieramy się, który z nich jest silniejszy. Co ty na to?
Od początku przemowy Branstona rosła we mnie złość. Ja - początkujący trener?!
- Nie uważam, żeby któryś z nich był silniejszy... - powiedziałem ostrożnie.
- To było do przewidzenia, że nowicjusz nie będzie wiedział... Przecież sprawdzał Pokedex... - powiedział Bill.
- Zaraz, zaraz! Zacznijmy od tego, że nie jestem początkującym trenerem!
- Nie? - zdziwił się Branston. - A ten Totodile to nie Twój starter?
- Nie! Właśnie, że nie! On jest synem mojego startera! Chcecie zobaczyć?
Wypuściłem Feraligatra z Pokeballa. Bill i Branston spojrzeli na niego ciekawie.
- Dobra, może nie jesteś nowicjuszem. Ale czemu w takim razie używałeś Pokedexa?
- Pokedex wcale nie jest symbolem niedoświadczonego trenera. Używam go, by zdobyć informacje o każdym napotkanym Pokemonie. Twierdzę, że mój Feraligatr jest silniejszy od Blazikena i Thyplosiona. Chcecie się przekonać?
- Wybacz, ale widzę, że Twój Feraligatr jest silny. Nie zamierzam wystawiać przeciwko niemu ognistego Pokemona.
- Ani ja. My tu się spieramy o ogniste Pokemony. Nasze startery. Blaziken jest już ze mną bardzo długo.
- Tak jak Thyplosion ze mną.
Pomyślałem chwilę.
- Więc te Pokemony to są wasze startery? Poczekajcie, pokażę wam naprawdę silnego ognistego Pokemona! Gdzie tu jest videofon?
- Tam, niedaleko... Idź tą ścieżką, my poczekamy.
- Właśnie. Chcę zobaczyć, co nam pokażesz.
- Jeszcze zobaczycie. Wracaj, Feraligatr!
Pobiegłem ścieżką. Niedługo zobaczyłem videofon. Od razu wykręciłem numer profesora Elma.
- Halo, profesorze? Tu Shubi!
- Shubi, jak się masz?
- Dobrze, bardzo dobrze, mam pięć odznak Hoenn! Profesorze, ja bardzo potrzebuję Charizarda!
- Dobrze, Shubi, ale pamiętaj, że możesz mieć przy sobie tylko sześć Pokemonów. Nie mogę Ci przysłać siódmego.
- Jeej, a ja tak bardzo go potrzebuję...
- Musisz mi przysłać jednego, którego masz przy sobie.
- Ale którego? Shroomish musi trenować, Shelgon i Gligar też... Jawiego nie mogę wysłać. A Treecko już niedługo będzie ewoluował...
- A Feraligatr?
Spojrzałem na Pokeball z Feraligatrem. "Dobry trener dba o wszystkie swoje Pokemony" - przypomniało mi się.
- Dobrze, wysyłam Feraligatra. Tylko proszę o niego dbać!
- Oczywiście, Shubi, przecież wiesz, że będę.
Kilka chwil potem biegłem z powrotem zobaczyć się z Branstonem i Billem.
- Jestem! Teraz zobaczycie! Naprzód, Charizard!
Charizard opuścił Pokeball. Dawno go nie używałem, ale przecież nie stracił siły. Bill i Branston spojrzeli na niego.
- To wcale nie jest silny ognisty Pokemon... To tylko zwykły Charizard.
- Zwykły Charizard?! Zaraz wam pokażę zwykłego Charizarda!
Spoglądałem na mojego Pokemona i doszedłem do wniosku, że rzeczywiście jakoś zmizerniał...
- Dobra. - powiedział Bill. - Sprawdzimy. Nasze Pokemony będą się ścigać do tamtego drzewa i z powrotem.
- Szybkość, tak?
- Tak, ale bez latania. Charizard też musi biec, jak Thyplosion i Blaziken.
Byłem pewien, że mój Pokemon wygra.
- Na start... 3... 2... 1... Start! - odliczył Branston.
Pokemony pobiegły do drzewa. Najlepiej radził sobie Thyplosion i to on pierwszy ukończył wyścig. Zmartwiłem się, bo Blaziken przybiegł do trenera jako drugi, a Charizard dopiero wtedy dobiegł do drzewa. Kiedy Pokemon ostatecznie podbiegł do mnie, był tak zmęczony, jakby dopiero co pokonał Blastoisa. Bill i Branston tylko się uśmiechnęli.
- Dobra, ale musimy zrobić jeszcze jeden test, bo szybkość nie wystarczy. Mój Blaziken na sto procent wygra w teście siły. - rzekł Branston.
Test siły! Charizard na pewno sobie poradzi!
- Niech będzie. - zgodził się Bill. - Próba ognia. Wygra ten Pokemon, który zionie ogniem dalej.
- Zgoda! - powiedziałem jednocześnie z Branstonem.
Pierwszy zionął Thyplosion. Jego ogień miał zasięg prawie do drzewa, do którego przedtem Pokemony się ścigały. Następny był Blaziken. On zionął jeszcze dalej. Byłem pewien, że Charizard wygra. Tymczasem ogień mojego Pokemona nie miał zasięgu nawet połowy odległości od drzewa. Znowu przegrałem.
- Widzisz, twój Charizard potrzebuje długiego treningu.
- Właśnie. Możesz sobie mieć silnego Pokemona, ale będzie on słaby, jeżeli nie będziesz z nim trenował.
Nie zdążyłem nic powiedzieć, bo trzy liny, które niewiadomo skąd się wzięły, oplotły ogniste Pokemony. Spojrzałem w niebo. Oczywiście, był tam Zespół R, teraz korzystali z balonu.
- Haha! - Zaśmiała się Gina. Jak ja jej nienawidzę! - Zabieramy te Pokemony, myślę, że szef się ucieszy!
- Spróbujcie tylko! Oddajcie mi Blazikena!
- Zostawcie Thyplosiona!
Nie krzyczałem bez sensu, tylko zacząłem działać.
- Naprzód, Gligar! Atak skrzydłem!
- Idź, Golbat! Promień dezorientacji! - krzyknęła Gina.
Gligar spadał na ziemię, ale udało mi się go złapać.
- Co z wami? Użyjcie Pokemonów! - krzyknąłem do Branstona i Billa.
- Racja! Idź, Noctowl!
- Naprzód, Fearow!
Oba Pokemony Golbat wykończył promieniem dezorientującym. Zespół R odlatywał powoli, ale ja się nie mogłem z tym pogodzić. Nie mogli zabrać mi Charizarda! Nagle Charizard machnął skrzydłem i rozciął swoją linę. Następnie podleciał i uwolnił Thyplosiona i Blazikena.
- Świetnie, Charizard! Cieszę się, że się rozgrzałeś! Teraz, atakuj miotaczem ognia!
Charizard zaprezentował piękny atak, który wysłał Zespół R daleko, daleko... Po chwili Pokemon wylądował obok mnie, a ja nie oszczędzałem mu pochwał. Branston i Bill tylko patrzyli.
- No, wiecie już, który z tych Pokemonów jest najlepszy? - zapytał Chad.
- Tak. - powiedział Bill. - Charizard.
- Racja. - przyznał Branston. - Może i potrzebuje treningu, może nie jest tak szybki i silny, ale na pewno jest mądry i sprytny. Dobrze go wytrenowałeś... Eee... z tego wszystkiego nie wiem, jak masz na imię... powiesz?
- Jasne. Shubi jestem!
Branston i Bill zrobili wielkie oczy.
- Ten Shubi? Shubi z New Bark Town?
- Taaak, to ja... A to mój Charizard. - powiedziałem z dumą.
Trenerzy pogodzili się i mogliśmy ruszyć w dalszą drogę. Wciąż przypominały mi się słowa Branstona: "może nie szybki, może nie silny, ale sprytny i mądry"...

Powrót do góry

Rozdział 52 - Ogień i Roślina

Byliśmy w połowie drogi do Fortree. Dużo trenowałem z moimi Pokemonami, żeby nie doszło do podobnej sytuacji, jak z Charizardem. Feraligatr nadal przebywał u Profesora Elma, ponieważ nie potrzebował tyle treningu, ile na przykład Shroomish. A właśnie Shroomish najgorzej sobie radził. Trenowałem cierpliwie z tym Pokemonem, ale odnosił słabe wyniki.
- Dalej, Shroomish, poradzisz sobie! Absorpcja!
- Unik, Minun! Szybki atak!
Shroomish przegrał kolejną walkę. Uleczylem go szybko i namówiłem do kolejnej.
- Dobrze, Shroomish, jeszcze tylko ten jeden raz! Atakuj, strzelaj nasionami!
- Marill, bąbelki!
Bąbelki spowolniły nasiona.
- Teraz, Marill, wodna...! - Chad nie dokończył polecenia, ponieważ zatrzęsła się ziemia.
- Hej, co jest? - spytałem.
- Trzęsienie ziemi? Nie, niemożliwe, nie występują w tym regionie...
- Na pewno jakiś Pokemon! - powiedziałem, podekscytowany. - Chodźmy!
Zajrzeliśmy za krzaki, ale nic tam nie było.
- Musi tu coś być...
Chad znalazł ślad kopyt.
- Czy to możliwe, żeby to był... Tauros? - spytałem.
- Nie, raczej nie... Długo obserwowałem Rogacza, Taurosy mają kopyta bardziej wygięte...
- Więc co to za Pokemon?
- Pojęcia nie mam...
Nagle Chad podskoczył, bo coś go trąciło. Nie zauważyłem, ale za nim stał Pokemon. Był dosyć duży i przypominał wielbłąda.
- Łał! - powiedziałem z podziwem.
- Co to? - spytał Chad drżącym głosem.
- Camerupt!
Chad wyjrzał zza moich pleców. Sayo podeszła do Pokemona i pogłaskała go.
- Jaki miły! Nie boi się nas... - zaczęła obserwować, jak znudzony Camerupt skupie trawę.
- Ja zawsze chciałem mieć Camerupta! - zwróciłem się do Pokemona. - Camerupt, proszę, zgódź się na walkę...
Pokemon spojrzał na mnie, po czym odwrócił się i odszedł.
- Hej, Camerupt! Proszę, nie odchodź! Proszę! - krzyknąłem, po czym pobiegłem i zagrodziłem Pokemonowi drogę.
Cemerupt spojrzał na mnie. Z jednego z dwóch otworów na jego grzbiecie wyleciał płąnący kawałek magmy i wylądował przed moimi stopami.
- Proszę, proszę, pięknie proszę, Camerupt... Zgódź się, tylko jedna walka...
Camerupt zgodził się, ale chyba tylko dla świętego spokoju.
- Świetnie! Naprzód, Shroomish!
Pokemon chyba nie uwierzył, że wysyłam go do walki. Musiałem powtórzyć komendę.
- No, idź, Shroomish! Poradzisz sobie!
Shroomish nie był pewien, czy to dobry pomysł, ale posłusznie wybiegł przede mnie.
- Atakuj, Shroomish! Kolczasty zarodnik!
Shroomish zaatakował, ale zarodniki zostały zniszczone przez atak ogniowy Camerupta. Następnie Pokemon uderzył ciałem mojego podopiecznego. Shroomish ledwo się podniósł.
- Dalej, Shroomish! - krzyknął Chad. Sayo też dopingowała.
Shroomish atakował, ale był zbyt słaby.
- Atakuj, Shroomish! Dalej! Poradzisz sobie! Trujący proszek!
Camerupt znowu zneutralizował atak Shroomisha, po czym uderzył go ciałem. Shroomish wpadł na drzewo. Wyciągnąłęm jego Pokeball.
- Shroomish...! - zacząłem, ale nie dokończyłem.
Upatry Shroomish nie chciał mnie zawieść. Skoczył w kierunku Camerupta, uderzając go. Zarodniki z ciała roślinnego Pokemona sparaliżowały Camerupta. Wtedy Shroomish zalśnił. Zaczął ewoluować i zmienił się w Brelooma!
- Jeeej, Breloom! - powiedział Chad z podziwem.
- Super! - usieszyłem się. - Breloom, dynamiczne uderzenie!
Breloom jednym ciosem znokautował Camerupta. Moja kolej.
- Pokeball, idź!
Pokemon został zamknięty w piłce, po czym znikł. Teraz Camerupt należał do mnie!
- Super mam kolejnego Pokemona!
- ...do trenowania. - dodał Chad.
Zaśmiałem się.
- Może i do trenowania, ale widać, treningi odnoszą skutek.
Pochwaliłem Brelooma i podziękowałem mu za walkę. Udało się! Do Fortree coraz bliżej, a ja mam coraz więcej Pokemonów!

Powrót do góry

Rozdział 53 - Zespół Aqua atakuje

Byłem bardzo zadowolony, że złapałem Camerupta. Może to był jakiś sentyment, ale bardzo przypominał mi on Rogacza. Tymczasem do Fortree było już naprawdę niedaleko. Przeszliśmy przez wysokie trawy (Chad miał nieprzyjemne starcie z dzikim Linoonem), przez rzekę (nawet udało mi się do niej wpaść, kiedy myślałem, że pod wodą jest rzadki Pokemon, a był to Magikarp), a w końcu dotarliśmy do Centrum Badań Meteorologicznych. To tutaj Chad miał oddać Castforma. Szczerze mówiąc, Chad używał tego Pokemona tylko kilka razy i nie poznaliśmy jeszcze jego siły. Wiedzieliśmy jedno - mały Castform uwielbia robić sobie żarty.
- Centrum Badań Meteorologicznych... - przeczytałem drogowskaz. - To chyba już niedaleko.
- Jasne, że nie! Zobacz! - Chad pokazał dach budynku. Na tym dachu znajdowała się wielka antena satelitarna.
- No to chodźmy tam.
No więc poszliśmy. Idąc do Centrum, zobaczyłem, że niektóre drzewa się ruszają.
- Heeej... A co to?
- Co? Drzewa.
- Chad, nie bądź głupi! Drzewa nie chodzą!
Chad przyjrzał się bliżej.
- To jakiś Pokemon!
Pokemon wyszedł z lasu, przeszedł przez ścieżkę powolnymi krokami, po czym poszedł na łąkę, położył się i zaczął wygrzewać w słońcu. Za nim wyszły inne Pokemony. Każdy miał cztery nogi, dwie pary skrzydeł, przypominających wielkie liście, oraz długą szyję.
- Ale piękne... - westchnęła Sayo.
- Nie znam tych Pokemonów... - powiedziałem, wyjmując Pokedex.
- Tropius, Pokemon owocowy. Przy zakończeniu szyi tego Pokemona rosną dziwne owoce. Są bardzo pożywne, ale ciężko je zdobyć.
- Podoba mi się. - powiedziałem.
Chwilę jeszcze poobserwowaliśmy Tropiusy, po czym udaliśmy się do Centrum. Chad zapukał do drzwi, ale okazało się, że niepotrzebnie, bo drzwi otworzyły się automatycznie. Weszliśmy do środka. Było tam, jak w zwykłym labolatorium. Na środku pomieszczenia były schody prowadzące na piętro. Rozejrzałem się. Właśnie po schodach schodził jakiś uczony, gdyż na pewno usłyszał, że przyszliśmy.
- Witam was, co was do mnie sprowadza? - spytał.
- Wie pan... Znaleźliśmy tego Pokemona, on jest na pewno stąd. - powiedział Chad, wypuszczając Castforma.
Uczony obejrzał Pokemona.
- Tak, to na pewno jeden z naszych Castformów. Poznaję po tym identyfikatorze Miło, że znalazł sobie trenera. Dobrze się nim zajmuj. - rzekł uczony i zdjął obróżkę Castformowi.
- Ale ja go przyszedłem oddać...
- Jest ich tu dużo, możesz go sobie zatrzymać.
Istotnie, zauważyłem, że w całym pomieszczeniu było sporo Castformów.
- Naprawdę, mogę?
- Oczywiście. A skoro fatygowaliście się aż tutaj, żeby go oddać... Chodźcie, pokażę wam coś!
Poszliśmy za uczonym na piętro. W tamtym pomieszczeniu było dużo różnych sprzętów, a na środku wielkie okno, za którym rozciągał się piękny widok. Widać tam było las, polanę i rzekę. Na polanie wygrzewały się w słońcu Tropiusy, w rzece pływały wodne Pokemony, a w lesie roiło się od owadów.
- Ojej! Super!
Podbiegłem do okna i zacząłem przyglądać się Pokemonom.
- Tak, odkryliśmy, że Pokemony mają zdolność przepowiadania pogody. Widzicie te Tropiusy? Na pewno będzie dziś słonecznie, inaczej nie wychodziłyby się powygrzewać. Pod koniec dnia może być trochę deszczu.
- Skąd pan to wie? - spytał podekscytowany Chad.
- Widzę, że Sudowoodo nie oddalają się od lasu. A to znaczy, że nie są pewne, kiedy zacznie padać.
Spojrzałem w stronę lasu. Rzeczywiście, było tam kilka Sudowoodo.
- Castform jest bardzo ciekawym Pokemonem. W zależności od pogody, zmienia on swój kształt, nastrój i umiejętności...
Nie dowiedzieliśmy się niczego więcej o Castformie, bo usłyszeliśmy ryk Pokemonów. Wyjrzałem przez okno. Wszystkie Tropiusy były związane, każdy oddzielnie. Koło nich chodziło kilku ludzi w niebieskich ubraniach.
- Zespół Aqua! Ale po co im Tropiusy? - zastanawiał się Chad.
Ja nie czekałem, tylko od razu zbiegłem na parter Centrum i ruszyłem na polanę.
- Zespole Aqua, zostawcie te Tropiusy!
Jawie stanął przy mojej nodze i też krzyczał po swojemu do przestępców. Jakiś członek Zespołu podszedł do mnie.
- Odejdź stąd i nie przeszkadzaj nam. To są dzikie Pokemony, wolno nam je łapać.
Nagle przyleciał helikopter. Członkowie Zespołu przyczepili do niego kilka Tropiusów.
- Zostawcie je! - krzyknąłem.
- Odejdź stąd! Naprzód, Carvanha!
- Idź, Treecko! Trzask!
Treecko znokautował Carvanhę za pierwszym razem. Dopiero teraz przybiegli Chad i Sayo.
- Chad! Sayo! Powstrzymajcie Zespół Aqua, ja uwolnię Tropiusy!
Chad i Sayo przy pomocy swoich Pokemonów unieszkodliwiali Zespół, a ja podbiegłem do Pokemonów. Helikopter już unosił pierwsze trzy Tropiusy.
- Treecko, skocz na nie i odetnij!
Treecko skoczył na uniesione Tropiusy i zaczął odcinać linę wiążącą je. Niestety, jakiś Aqua użył Zubata, który to unieszkodliwił Treecko.
- Treecko! Wracaj!
Helikopter już uniósł trzy Tropiusy i chciał z nimi odlecieć w sobie tylko znanym kierunku.
- Naprzód, Charizard!
Szybko wskoczyłem na grzbiet Pokemona (Jawie zaraz za mną) i polecieliśmy. Charizard szybko dogonił helikopter. Jawie wskoczył na Tropiusy i uwolnił dwa, ale niestety, nie udało mu się uwolnić trzeciego, gdyż został zaatakowany przez Crobata, który nie wiadomo, skąd się wziął. Złapałem Jawiego, ale nie udało mi się uwolnić jednego Tropiusa.
- Tropius...! Nie!
Pokemon spojrzał na mnie błagalnym wzrokiem. Wyraźnie mówił "pomóż mi...". Mogłem zrobić tylko jedno.
- Pokeball, idź!
Pokeball poleciał w kierunku Pokemona i zamknął go w sobie, po czym wrócił do mojej ręki. Nagle zaatakował nas Crobat.
- Leć do Centrum, Charizard! Szybko!
Charizardowi udało się zgubić Crobata, ale podejrzewałem, że nietoperz po prostu zawrócił, gdyż Pokemon ten jest niezwykle sprawny i szybki. Wylądowaliśmy na polanie. Tropiusy zostały uwolnione, a Zespół Aqua przepędzony.
- Udało się, Shubi! Zaraz... co tam masz?
Podniosłem rękę. Zupełnie zapomniałem, że Tropius był w tym Pokeballu. Już chciałem go wypuścić, ale Pokeball znikł.
- No tak... Mam już sześć Pokemonów przy sobie. - powiedziałem z uśmiechem.
- Shubi, to świetnie! Masz Tropiusa!
- Wiem, cieszę się! - powiedziałem, uśmiechając się szeroko.
Do Fortree było już bardzo blisko, więc ruszyliśmy tam. Camerupt, Tropius... Ile jeszcze Pokemonów złapię?

Powrót do góry

Rozdział 54 - Wrogowie czy przyjaciele?

- Naprzód, Breloom! Błyskawiczne uderzenie!
- Unik, Poliwhirl! Bąbelki!
Poliwhirl wystawił pięści przed siebie i posłał serię bąbelków, która spowolniła Brelooma.
- Teraz, Poliwhril! Wodna broń!
- Nie! Breloom, wracaj! Naprzód, Gligar! Szybki atak!
Gligar od razu po wyjściu z Pokeballa ruszył na Poliwhirla i zaatakował go.
- Poliwhirl, nie poddawaj się! Podwójne uderzenie!
- Gligar, utwardzaj się!
Poliwhirl podskoczył i uderzał Gligara, ale Pokemon prawie nie czuł ciosów.
- Teraz, Gligar! Trujące kolce!
- Och nie! Poliwhirl, wracaj!
Wygrałem kolejną walkę. Pokemony były dobrze wyszkolone i gotowe do starcia z liderem sali Fortree.
- Dziękuję, Gligar, wracaj!
Chad zawsze obserwował dokładnie moje walki, oraz sposób, w jaki zachowywały się Pokemony.
- Shubi, Breloom radzi sobie o wiele lepiej niż Shroomish!
- Zauważyłem to.
- Ale co z Tropiusem i Cameruptem?
- Jeszcze ich nie trenowałem... ale chyba zaraz to zrobię! - powiedziałem i podbiegłem do videofonu, który właśnie mijaliśmy i zadzwoniłem do Profesora Elma.
- Halo? Panie profesorze?
- O, witaj Shubi! Właśnie się zastanawiałem, kiedy zadzwonisz... Co tam słychać?
- Wszystko jest w porządku! A jak tam...
- Twoje Pokemony są w świetnej formie. Ostatnio dostałem dwa nowe...
- Właśnie w ich sprawie dzwonię! Profesorze, wysyłam panu Brelooma i Gligara. Czy mógłby mi pan przysłać Camerupta i Tropiusa?
- Oczywiście, Shubi.
Po chwili miałem już dwa nowe Pokemony. Pożegnałem się z profesorem, po czym podbiegłem do przyjaciół.
- I jak, Shubi? Masz ich?
- Jasne! Tropius, Camerupt! Wychodźcie!
Pokemony opuściły Pokeballe i stanęły obok siebie.
- Eee... Witajcie. Jestem waszym... No... Trenerem... Shubi Jestem... - powiedziałem, nie bardzo wiedząc, po co.
Camerupt spojrzał na Tropiusa, a Tropius na Camerupta. W ich spojrzeniach zauważyłem coś niepokojącego.
- Hej... Hej! Przestańcie!
Podbiegłem i stanąłem pomiędzy Pokemonami, które chciały się zaatakować. Kiedy rozdzieliłem ich, obaj odwrócili się od siebie z obrażonymi minami.
- Tropius...! Camerupt...! Nie zachwujcie się jak...
Pokemony nie lubiły się najwyraźniej. Chada bardzo to zainteresowało. Sayo natomiast głowiła się, co z tym fantem zrobić.
- Słuchajcie! - powiedziałem stanowczo, chcąc przemówić do rozsądku Pokemonom. - Nie możecie się kłócić! Macie być jedną drużyną!
W tym momencie Tropius wysłał kilka ostych liści w kiernku Camerupta, a Camerupt zaatakował ogniem Tropiusa. A ponieważ stałem pomiędzy Pokemonami, moja koszula została pocięta, a spodnie podpalone.
- Camerupt! Tropius!
Pokemony trochę się zawstydziły. Usłyszałem śmiech. Jakaś dziewczyna nosząca czapkę z przyczepionymi skrzydełkami wyszła z lasu.
- Witajcie! Trenerze, widzę, że masz dwa silne, ale kłótliwe Pokemony... Co powiesz na to, żebyśmy spróbowali je pogodzić?
- Eeee... Niby jak?
- Och, bardzo łatwo. Pokemony uczą się współpracy ze sobą w walkach dwa na dwa.
- Dwa na dwa? Dobrze! Wystawiam Tropiusa i Camerupta!
Pokemony nawet nie chciały słyszeć o współpracy.
- Dobrze! Ja wybieram Swellowa i Pelippera!
- Swellow, Pokemon kukułka, rozwinięta forma Taillow. Swellow bardzo dba o swoje skrzydła. Kiedy spotkają się dwa zaprzyjaźnione Swellowy, czyszczą sobie nawzajem skrzydła. Pelipper, Pokemon ptak wodny, rozwinięta forma Wingull. Pelipper buduje gniazdo na klifach. Kiedy poluje, obserwuje morskie fale. Jeżeli zauważy zdobycz, połyka ją od razu, przy pomocy wielkiego dzioba.
- Ooo, nieźle! Będzie ciężka walka! Camerupt, Tropius! Atakujcie!
Ale Pokemony ani myślały atakować razem.
- Swellow, Pelipper! Szybki atak!
Pelipper rzucił się na Camerupta, a Swellow na Tropiusa. Było to mądre posunięcie, bo woda pokonuje ogień, a lot jest silniejszy od rośliny.
- Tropius, leć! Camerupt, atakuj miotaczem!
Tropius uciekł przed Swellowem, a Camerupt wprawdzie wykonał komendę, ale na Tropiusie.
- Nie! Camerupt, co ty wyprawiasz?! Musicie współpracować!
- Swellow, atak skrzydłem! Pelipper, wodna broń!
Wodna broń odrzuciła Camerupta, a Tropius, już i tak ranny, oberwał jeszcze bardziej.
- Camerupt, Tropius, atakujcie Pelippera! Tylko tak możecie wygrać!
Pokemony znowu zaatakowały siebie nawzajem. Już nie wiedziałem, co z tym zrobić.
- Jak możecie! Powinniście być przyjaciółmi! Zobaczcie Pelippera i Swellowa! Też bardzo się różnią, a mimo wszystko współpracują, żeby wygrać! Czemu wy nie możecie?
Tropius i Camerupt spojrzeli sobie w oczy. Następnie Camerupt zaatakował miotaczem ognia Pelippera, a Tropius wykończył go ostrym liściem.
- Taaak! Dobrze! Camerupt, teraz wyj! Leć, Tropius!
Camerupt wydał z siebie taki głos, że Swellow zawisnął w powietrzu, a Tropius wykończył go jednym atakiem.
- Wracajcie! Pelipper, Swellow!
Tropius wylądował przed Cameruptem i Pokemony znowu spojrzały sobie w oczy. Teraz nie było w nich wrogości. Ucieszyłem się.
- Tropius, Camerupt! Cieszę się, że wreszcie zrozumieliście! - krzyknąłęm, zadowolony.
Dziewczyna również była zadowolona.
- Miło, że Twoje Pokemony zrozumiały, co to współpraca. Będzie miło z nimi walczyć.
- Walczyć? Jak to? Zaraz... A kim tak właściwie jesteś?
- Miło, że o to pytasz. Jestem Winona, liderka sali w Fortree.

Powrót do góry

Rozdział 55 - Podniebne Starcie

Przez krótką chwilę nie mogłem się nadziwić.
- Eee... Niemożliwe.
- Ależ tak, to prawda. - powiedziała z uśmiechem Winona.
- No, ale... Jakim cudem wygrałem... Tak... Łatwo?
- Och, to nie był oficjalny mecz. Może chciałbyś stoczyć oficjalny? Na stadionie?
- No jasne! Oczywiście! To znaczy, o ile się zgodzisz...
- Pewnie, że się zgodzę! Chodźcie, Fortree jest bardzo blisko!
Poszliśmy za Winoną. Rzeczywiście, po przejściu może dwóch kilometrów ujrzeliśmy miasto. Było trochę dziwne - niektóre budynki były zbudowane na niezwykle rozłorzystych i mocnych drzewach. Winona uśmiechnęła się.
- To właśnie dlatego mieszka tu bardzo dużo ptaków Pokemon. Są one także moją specjalizacją.
- Winono, czy możemy od razu stoczyć walkę? Tylko skoczę do Centrum Pokemon?
- Oczywiście. Mój stadion znajduje się kilka budynków dalej, na pewno traficie. Poczekam na was.
Poszedłem do Centrum, ale zamiast skierować się do Siostry Joy, usiadłem na ławce.
- Shubi, co Ci jest? - spytała Sayo.
- Hm... Zastanawiam się, jak pokonać Winonę... Wygląda na bardzo silną... Ten skład, co go akurat mam, na pewno nie wystarczy...
- Myślę, że wystarczy, Shubi. Powinieneś wierzyć w swoje umiejętności.
- Oj, to się nie zawsze sprawdzało... Winona specjalizuje się w Pokemonach latających... Elektryczne są silniejsze... Gdybym takiego miał... Zaraz! Przecież mam!
Zerwałem się z ławki i podbiegłem do videofonu.
- Najpierw muszę zmienić drużynę. - powiedziałem i wykręciłem numer do profesora Elma.
- Halo? Panie profesorze!
- Och, witaj, Shubi! Miło, że znowu dzwonisz! Wiesz, Twój Breloom...
- Panie profesorze, później! Jestem w Fortree, chcę wyzwać na pojedynek liderkę stadionu!
- Och, więc pewnie chcesz zmienić drużynę Pokemonów?
- Właśnie tak! Profesorze, wysyłam Treecko i Charizarda. Czy mógłbym prosić o Lileepa?
- Oczywiście, Shubi.
Po chwili miałem Pokeball z rzadkim Pokemonem. Pożegnałem się z profesorem i rozłączyłem się. Następnie wykonałem drugi telefon.
- Halo? Tato?
- Shubi? Jak dawno nie dzwoniłeś! Co tam słychać? Zostałeś już Mistrzem Pokemon?
- Jeszcze nie, ale jestem na dobrej drodze! Słuchaj, tato, będzie mi potrzebny Electabuzz.
- Electabuzz? O, to pewnie jesteś w Fortree! Dobrze, zaraz Ci wyślę Electabuzza... Jest coraz silniejszy, będziesz mi musiał go potem zwrócić...
- Jasna sprawa.
- Proszę bardzo.
Po chwili miałem szóstego Pokemona do drużyny.
- Dobrze! Idziemy na stadion! - powiedziałem, podekscytowany.
Całą trójką (plus Jawie) poszliśmy kilka ulic dalej, do stadionu. Trochę przypominał mi stadion Falknera. Falkner, lider Violet, również specjalozował się w latających Pokemonach, a pokonałem go tylko dzięki Sentretowi i Totodilowi. Weszliśmy na stadion. Winona stała na swoim miejscu.
- No, wreszcie! Już myślałam, że się nie doczekam! - powiedziała z miłym uśmiechem. - To co, walczymy?
- Oczywiście! - powiedziałem, stając na swoim miejscu, podczas gdy Chad i Sayo zajęli ławkę. - To jakie zasady?
- Proste. Kto pierwszy pokona cztery Pokemony przeciwnika, wygrywa. Możesz zmieniać Pokemony, ale lider nie może.
- Dobrze, akceptuję.
- Jako liderka tego stadionu, muszę zacząć. I wybacz, nie dam Ci fory! Naprzód, Swellow!
- Idź, Tropius!
Postanowiłem użyć Tropiusa na początku, bo miał dużą siłę przebicia.
- Swellow, szybki atak!
- Zablokuj, Tropius!
Tropius swoim ciałem odbił Swellowa.
- Teraz, Tropius! Ostre liście!
Tropius posłał kilka liści w kierunku Swellowa, ale Pokemon ich uniknął.
- Teraz, Swellow, atak skrzydłem!
Swellow podleciał i uderzył Tropiusa. Atak ten wyrządził spore szkody mojemu Pokemonowi.
- Pokonasz, go, Tropius, wierzę w Ciebie! Atak ciałem!
Tropius poleciał i uderzył całym ciałem Swellowa, prawie go przy tym zmiażdżył.
- Wracaj, Swellow!
- Taaak, dzięki, Tropius! Wiedziałem, że mogę na Ciebie liczyć!
Pokemon, żeby wyładować radość z wygranej walki, wzniósł się w powietrze i obleciał arenę dookoła kilka razy.
- Dobrze, teraz moja kolej! Naprzód, Pelipper! Wodna broń!
Pokemon od razu zaatakował Tropiusa. Wolałem nie ryzykować.
- Tropius, wracaj! Naprzód, Lileep!
Możecie sobie tylko wyobrazić, jakie wielkie oczy zrobiła Winona, kiedy Lileep opuścił Pokeball!
- Czy to jest...
- Tak, to mój Lileep! Ale proszę, nie mów nikomu, że mam jednego...
- Dobrze, umiem dochować tajemnicy. Zobaczymy, jak Lileep poradzi sobie w walce! Pelipper, atakuj wodną bronią!
- Lileep, utwardzaj się!
Lileep zrobił się tak twardy, że woda nic mu nie zrobiła.
- Teraz, Lileep, dzikie pnącza!
Lileep wypuścił pnącza, które oplotły Pelippera. Pokemon jednak nie zamierzał się poddawać.
- Pelipper, wciągnij go do dzioba!
Pelikan zaczął zasysać powietrze z ogromną siłą. Nie mogłem pozwolić, żeby Lileep znalazł się w dziobie przeciwnika, bo to oznaczałoby koniec walki.
- Lileep, wypuść korzenie!
Pokemon zakorzenił się w podłożu stadionu. Nie mógł się teraz ruszać, ale był bezpieczny przed atakami Pelippera. Tymczasem Pelipper wyrwał się Lileepowi i zaatakował go.
- Dobrze, Pelipper! Jeszcze raz, wciągnij go! Uda się!
- Lileep, kwas!
Lileep tak wycelował, że kwas wystrzelił do dzioba Pelippera i wykończył go.
- Och, nie! Wracaj, Pelipper!
- Taaak! Dwa do zera!
- Nie bądź taki pewien! Naprzód, Skarmory! Atak furii!
Lileep nie zdążył się nawet utwardzić. Bardzo mocno oberwał.
- Lileep, kwas!
Kwas tylko spłynął po ciele Skarmory'ego. Zapomniałem, że ataki trujące nie działają na stalowe Pokemony.
- Atakuj, Skarmory! Stalowe skrzydła!
Skrzydła Pokemona zalśniły. Po uderzeniu takimi uzbrojonymi skrzydłami, Lileep miał dość.
- Wracaj, Lileep!
Winona odrabiała straty. Ale ja już wiedziałem, jakiego Pokemona użyć.
- Naprzód, Camerupt! Atak miotaczem!
Skarmory uniknął ataku i zaczął atakować furią.
- Camerupt, nie poddawaj się! Wygrasz!
Camerupt odbił przeciwnika i odskoczył.
- Dobrze! Teraz, Camerupt, fala gorąca!
Camerupt był przez ten atak bardzo osłabiony, ale przynajmniej udało mu się pokonać Skarmory'ego.
- Wracaj, Skarmory!
Winonie został tylko jeden Pokemon, ale z doświadczenia wiedziałem, że to wcale nie będzie najsłabszy.
- Wybieram Cię, Altaria!
- Altaria, Pokemon nucący, rozwinięta forma Swablu. Skrzydła Altarii są jak chmury waty. Altaria wprowadza swoim śpiewem w trans.
- Oj, będzie ciężka walka...
- Altaria, oddech smoka!
Camerupt został wykończony.
- Wracaj, Camerupt!
Chad nie mógł się nadziwić.
- Niesamowite, jednym atakiem...
- Dobra, dobra, Chad! Naprzód, Tropius! Leć!
Tropius, już trochę zmęczony, wzleciał pod sklepienie areny. Altaria poleciała za nim.
- Śpiewaj, Altaria!
Altaria zaczęła swój śpiew. Brzmial tak ładnie, aż miło było posłuchać... Nagle usłyszałem głuche uderzenie. Otworzyłem oczy. To Tropius leżał na arenie, ponieważ uśpił go śpiew Altarii.
- Wracaj, Tropius!
Miałem jeszcze ostatniego Pokemona i ostatnią szansę.
- Naprzód, Electabuzz!
Elektryczny Pokemon miał dużą szansę na wygraną, musiałem to tylko odpowiednio rozegrać.
- Electabuzz, elektryczny szok!
- Unik, Altaria!
Altaria jeszcze raz popisała się zręcznością i uniknęła niebezpiecznego dla niej ataku.
- Altaria, oddech smoka!
Electabuzz znalazł się w środku ataku, ale mimo wszystko, wytrzymał, co mnie bardzo zdziwiło.
- Świetnie, Electabuzz! Teraz, atak piorunem! Najsilniejszy, jaki potrafisz!
Electabuzz wysłał tak silny piorun, że aż zamknąłem oczy. Otowrzyłem jej jednak w tym momemcie, w którym na polecenie Winony, Altaria odbiła piorun za pomocą ataku ochrony i skierowała go na Electabuzza.
- Electabuzz, nie!
Podbiegłem do Pokemona. Był sparaliżowany i nie miał siły się ruszyć.
- Electabuzz... Wybacz mi...
Usłyszałem, jak Winona zawraca Altarię i podchodzi. Uklękła obok mnie.
- Nie przejmuj się... - powiedziała, dając Electabuzzowi lekarstwo na paraliż.
- Nie będę. Muszę zdobyć odznakę!

Powrót do góry

Rozdział 56 - Podniebna przygoda

Nie. Nie. To nie może być prawda. Nie mogłem przegrać. Nie teraz! To niemożliwe!
- Shubi?
Podniosłem głowę. Przede mną stała Sayo.
- Ja... Chciałam powiedzieć tylko, że Twoje Pokemony są już zdrowe... - powiedziała powoli.
- Dziękuję, Sayo...
Wstałem z kanapy i podszedłem do lady w Centrum Pokemon. Siostra Joy już na mnie czekała. Kiedy podszedłem, podała mi cztery Pokeballe.
- Te Pokemony były bardzo wyczerpane, chyba stoczyłeś ciężką walkę...
- Bardzo ciężką. Ale mimo to, przegrałem... - powiedziałem smutno.
- Tak, Winona jest bardzo silnym liderem. Na pewno pozwoli ci walczyć jeszcze raz, musisz jej tylko spytać.
- Na pewno tak zrobię.
Podszedłem do przyjaciół, który siedzieli przy stoliku.
- I jak, Shubi? - spytał Chad.
- Dobrze... Ale muszę mieć inne Pokemony. Jawie, Tropius, Electabuzz, Camerupt, Charizard i Gligar...
Zauważyłem videofon i podbiegłem do niego. Po chwili miałem właśnie taki skład Pokemonów.
- Dobra! - powiedziałem do przyjaciół i uśmiechnąłem się szeroko. - Idziemy na stadion?
- Oczywiście, Shubi!
Udaliśmy się do drzwi. Ledwo wyszedłem na chodnik, wpadła na mnie jakaś osoba.
- Proszę uwa... Winona?
- Shubi? To ty? Przepraszam, ale bardzo się śpieszę, mam wielki problem!
Pomogłem Winonie wstać, ponieważ upadła.
- Co się stało?
- Coś... Coś... Nie ma czasu! Za mną!
Winona pobiegła w kierunku stadionu, a my ruszyliśmy za nią. Z trudem dotrzymywaliśmy jej kroku.
- Winono, co... się... dzieje? - wydyszałem, biegnąc obok liderki.
- Coś nam porywa latające Pokemony... To jest coś jak maszyna! Muszę to sprawdzić!
Sayo, Chad i ja natychmiast zaoferowaliśmy pomoc.
- Dziękuję wam! Pośpieszmy się!
Minęliśmy stadion i pobiegliśmy dalej. Zatrzymaliśmy się przed największym i najwyższym drzewem w Fortree, a pewnie i na świecie.
- Tak, to jest nasze najwyższe drzewo. - powiedziała Winona. - Musimy na nie wejść.
Na tym drzewie znajdowały się budynki, więc nie było trudno się wspinać, ponieważ roślina była do tego przystosowana. Kiedy znaleźliśmy się na samej górze, przed naszymi oczami rozpościerał się widok na prawie całe Hoenn. Było widać nawet wulkan przy Lavaridge! Zdziwiłem się, że to było aż tak daleko!
- Hm... Nie widać tego czegoś... Chmury wszystko zasłaniają. Shubi, czy masz latające Pokemony? - spytała Winona.
- Eee... Tak, mam! Naprzód, Tropius, Charizard!
Winona wybrała Skarmory i weszła na niego, a Tropius z łatwością uniósł Chada i Sayo. Kiedy wspinałem się na Charizarda, usłyszałem krzyk Sayo.
- Tam, zobaczcie!
Spojrzałem w stronę, którą wskazywała. Spośród drzew wyleciał dziki Swellow. Przez chwilę przed czymś uciekał, ale nagle zamienił się w smugę ciemnej energii i zniknął w piłce, którą dopiero teraz zauważyłem. Piłka ta poleciała do góry i znikła w chmurach.
- Musimy to sprawdzić! Lecimy! - krzyknęła Winona.
Trzy Pokemony poleciały za piłką. Ciężko było za nią nadążyć, ale nie mogliśmy jej zgubić. Charizard leciał pionowo do góry. Musiałem mocno się go trzymać, żeby nie spaść. Winona na Skarmory leciała pierwsza. Nagle zwolniła i zawisła w powietrzu na Pokemonie. Charizard zatrzymał się obok niej, a Tropius pod nami. Roślinny Pokemon za każdym machnięciem liści opadał i podnosił się.
- Widzisz, Shubi? To porywa Pokemony.
Tym czymś była wielka latająca maszyna, pomalowana na niebiesko. Była bardzo dobrze ukryta wśród chmur. Przez specjalne otwory wyrzucane były dziwne Pokeballe, które porywały Pokemony. Przez chwilę myślałem, że ludzie wewnątrz maszyny nie widzą nas, ale nagle z urządzenia wysunęły się dwa działa, skierowane w naszą stronę.
- Uciekamy! - krzyknęła Winona.
Charizard w ostatniej chwili uniknął strzału. Jawie prawie wypadł, ale go złapałem. Kazałem Charizardowi podlecieć trochę bliżej działa.
- Leć, Gligar! Zniszcz te działa!
Pokemon poleciał i przeciął co trzeba. Winona natychmiast podleciała na swoim Skarmorym.
- Dobra robota, Shubi! Musimy... O nie!
Wysunęły się następne działa i zaczęły strzelać bez ostrzeżenia. Udało nam się uniknąć, ale Gligar mocno oberwał i musiałem go zawrócić.
- Shubi, uważaj! - krzyknęła Sayo skądś niżej.
Rozejrzałem się. Spodziewałem się uderzenia pocisku, ale nic się nie stało. Zauważyłem, że z pojazdu wylatują dziwne Pokeballe.
- Naprzód, Plusle, Minun! Elektryczny szok!
Sayo wysłała do walki swoje Pokemony. Pokeballe pod wpływem elektryczności traciły swoją moc. Niestety, kilka poleciało i najwyraźniej zabrało Sayo jej podopiecznych, bo usłyszałem głośny krzyk. Chciałem sięgnąć po Pokeball, ale poczułem, że ciało Charizarda znika spod moich nóg. Pokemon zmienił się w czarny strumień energii i znikł w piłce. Odruchowo przycisnąłem Jawiego do siebie.
- Chariiiiiiizaaaaaaard! - zdążyłem jeszcze krzyknąć.
Wolną ręką złapałem Pokeball z Charizardem, który unosił się w powietrzu. Była to moja ostatnia deska ratunku. Niestety, piłka była o wiele lżejsza ode mnie, więc zacząłem powoli opadać w kierunku ziemi. Usłyszałem krzyki Winony, Chada i Sayo. Tropius i Skarmory też pewnie zostali porwani. Była to moja ostatnia myśl, ponieważ Pokeball wyrwał mi się z ręki i runąłem w dół.
Mówi się, że przed śmiercią całe życie przelatuje przed oczami. Ja jednak niczego nie zauważyłem. Myślałem tylko o tym, że za chwilę uderzę w ziemię i nic ze mnie nie zostanie. Może nie zaboli...
- Naprzód, Pelipper, Altaria!
Winona posłała swoje Pokemony. Może jeszcze była nadzieja...? Niestety, nie dla mnie. Złapałem za ogon Altarii, na której grzbiet spadli Chad i Sayo. Niestety, delikatne pióra Pokemona wyśliznęły mi się z dłoni i znowu spadłem. Winona nie miała więcej Pokemonów, a ani Pelipper ani Altaria nie mogli wykonywać nagłych zwrotów mając pasażerów. To był koniec, już nic nie mogło mnie uratować... Dobrze, że przynajmniej moim przyjaciołom nic się nie stało.
Nagle coś złapało mnie za wolną rękę. Przez siłę ciążenia staw aż zatrzeszczał, więc syknąłem z bólu i zamknąłem oczy.
- No wskakuj, musimy lecieć! - usłyszałem znajomy głos.
Otworzyłem oczy i spojrzałem w... swoje oczy. Nie... Nie, to niemożliwe! To nie mógł być klon! On został zniszczony!
- Nie, nie jestem klonem! Wskakuj, no! - powiedział mój sobowtór.
Był bardzo podobny do mnie, miał identyczne ubrania jak moje, ale bardziej zużyte. Mój wybawca był moją dokładną kopią, ale był sporo starszy niż ja teraz. Leciał na Tropiusie, pomógł mi się na niego wspiąć.
- Wiem, że boli... - wskazał na moją rękę. - Ale musisz wytrzymać. Trzeba odzyskać Pokemony!
- Ale skąd... - zacząłem. Drugą ręką wciąż ściskałem Jawiego.
- Nie ma czasu! - powiedział, zniecierpliwiony.
Na jego polecenie Tropius poleciał w kierunku latającej maszyny. Ten trener bardzo dobrze dowodził Pokemonami. Tropius zawisł przed drzwiami w pojeździe.
- Naprzód, Gengar! Wejdź i otwórz nam!
Zdumiałem się bardzo, widząc Gengara, którego kiedyś zostawiłem w Fuchsia. Pokemon przeniknął przez metal do środka pojazdu. Po chwili drzwi się otworzyły. Ja i sobowtór wskoczyliśmy do środka. Trener zawrócił Gengara i Tropiusa, po czym poprowadził mnie krętymi uliczkami.
- Shubi, musimy się pośpieszyć... Nie ma czasu...
- Ale...!
- Tutaj! Naprzód, Rogacz!
Tauros opuścił Pokeball trenera. Na jego polecenie, byk uderzył rogami ścianę w jednym miejscu. Musiałem mieć bardzo głupią i zaskoczoną minę.
- Co się tam patrzysz, Shubi? - uśmiechnął się opiekun Taurosa, po czym go zawrócił.
Sobowtór podszedł i zdjął kawał metalu ze ściany. W środku było mnóstwo kabelków.
- Dobrze... Shubi, teraz musisz mi pomóc. Kiedy powiem, że już, każesz Jawiemu zaatakować wodną bronią, dobrze?
- Jasne.
- OK. Naprzód, Jawie!
Serce zabiło mi mocniej. Z Pokeballa wyszedł Croconaw!
- Teraz, Jawie, wygryź te kable!
Kiedy Croconaw nazywany Jawiem porozrywał przewody, sobowtór krzyknął:
- Już!
Mały Jawie sam wyskoczył z moich rąk i wystrzelił wodną broń na kable. Zrobiło się spięcie i w całym pojeździe zgasło i zapaliło się światło.
- Już... Shubi, Teraz sobie już beze mnie poradzisz. - rzekł sobowtór. - Wróć do tamtych drzwi, Chad i Sayo będą czekać.
Przez chwilę patrzyłem na niego z wdzięcznością. Miałem tyle pytań... Ale on sam odpowiedział.
- Tak, Shubi, jestem tobą. Ale to - wskazał na Croconawa-Jawiego - wcale się nie musi stać. Pamiętaj, wszystko zależy tylko od ciebie. Na mnie już pora. Nigdy się nie poddawaj.
- Nie poddam!
Sekundę później Shubi z przyszłości znikł w eksplozji oślepiającego światła.

Powrót do góry

Rozdział 57 - Rewanż

Otworzyłem oczy. Nie mogłem tam zostać. Złapałem Jawiego, który z zaciekawieniem patrzył na kolorowe kabelki i pobiegłem w kierunku drzwi. Gengar wrócił... Rogacz wrócił... Jawie ewoluował... Nie! Nie mogę teraz o tym myśleć! Nie mogę!
Dotarłem do drzwi i wyjrzałem. Za nimi na Altarii unosili się Chad i Sayo. Gdy mnie zobaczyli, od razu krzyknęli:
- Shubi, zobacz, co się dzieje!
Z otworów w pojeździe wylatywały Pokeballe. Na powietrzu od razu się otwierały, uwalniając porwane ptaki Pokemon. Uśmiechnąłem się.
- Wśród tych Pokeballi na pewno są nasze Pokemony... Musimy tylko poczekać.
I rzeczywiście. W którymś Pokeballu z kolei był Charizard. Kiedy Pokemon wyszedł ze swojego więzienia, otrząsnął się, jakby było mu zimno. Zauważył mnie i podleciał.
- Hej, ty! Co zrobiłeś?!
Odwróciłem się. Za mną stało dwóch członków Zespołu Aqua. Mogłem się domyślić, że to ich sprawka! Jeden z nich złapał mnie za kołnierz, drugi wyciągnął rękę w kierunku Pokeballi, ale ugryzł go Jawie.
- Puśćcie mnie!
Wyrwałem się i wyskoczyłem. Na szczęście, czekał na mnie Charizard, a obok niego unosił się Tropius. Mój Tropius. Nieco dalej Skarmory leciał obok swojej trenerki, Winony. Sayo tuliła Plusle i Minuna.
- Dobrze! Teraz, Skarmory, atak żelaznymi skrzydłami! - rozkazała Winona swojemu Pokemonowi.
Skrzydła Skarmory'ego zalśniły i Pokemon zaatakował pojazd. Teraz Zespół Aqua będzie musiał długo go naprawiać, a może im się nie uda.
- Dobrze, Shubi, Chad, Sayo! - krzyknęła liderka sali Fortree. - Dobra robota, wracamy!
Winona pierwsza poleciała w dół, my ruszyliśmy za nią. Kiedy stanąłem na chodniku przed Centrum Pokemon, poczułem prawdziwą ulgę. Zawróciłem Charizarda i Tropiusa do Pokeballi. Winona stanęła obok mnie.
- Winono... Ja chciałem prosić o rewanż, ale Zespół Aqua mi przeszkodził... Może zgodzisz się na walkę jutro, kiedy moje Pokemony odpoczną?
- Jasne, Shubi, z tobą zawsze! Jak będziesz gotowy, przyjdź na stadion, będę zaszczycona mogąc walczyć z tobą.
Winona poklepała mnie po ramieniu, po czym odeszła. Ruszyłem do Centrum Pokemon. Tym razem na pewno wygram!
Następnego dnia z samego rana stawiłem się na staionie. Winona była gotowa. Ja też.
- Widzę, że wypocząłeś, Shubi! Możemy walczyć?
- Oczywiście, jestem gotowy!
- Dobrze! Tym razem walczą tylko dwa Pokemony, jeśli pokonasz dwa moje, wygrywasz! Naprzód, Pidgeotto!
- Idź, Breloom!
Chada i Sayo zamurowało.
- Shubi, skąd masz Brelooma?
- Ewoluował ze Shroomisha, nie pamiętasz?
- Tak, ale nie miałeś go przy sobie...
- Czułem, że będzie potrzebny, więc go wziąłem. Naprzód, Breloom! Atak głową! - rozkazałem Pokemonowi.
- Pidgeotto, unik!
Pokemon ptak z łatwością uniknął ataku, po czym uderzył Brelooma ciałem. O to mi właśnie chodziło.
- Dobrze, Breloom! Właśnie tak! Błyskawiczne uderzenie!
Pidgeotto nawet nie zauważył, jak został uderzony przez Brelooma.
- Pidgeotto, nie poddawaj się! As powietrzny!
Pokemon błyskawicznie zaatakował, Breloom nie mógł tego uniknąć. Na moje szczęście zarodniki z ciała Bralooma przedostały się na Pidgeotto i sparaliżowały go.
- Świetnie, Breloom! Atak ciałem!
Następny atak całkowicie wykończył Pidgeotta.
- Wracaj, Pidgeotto, jestem z ciebie dumna! Naprzód, Altaria! Taniec smoka!
Altaria od razu po wyjściu z Pokeballa wykonała jakieś dziwne, ale piękne akrobacje.
- Teraz, Altaria! Oddech smoka!
Nie spodziewałem się tego, ale taniec smoka dodał siły Altarii. Musiałem zawrócić Brelooma, nie szczędziłem mu pochwał.
- Dobrze! Teraz twoja kolej, Electabuzz!
- Altaria, as powietrzny!
Electabuzz został zaatakowany od razu po wyjściu z Pokeballa, więc odpowiedział bez ostrzeżenia atakiem iskry. Altaria była wrażliwa na takie ataki.
- Dobrze, Electabuzz! Piorun kulisty!
- Unik, Altaria! Podwójna drużyna!
Wokół Electabuzza pojawiło się mnóstwo kopii Altarii. Jedna po drugiej atakowały mojego Pokemona. Musiałem koniecznie coś zrobić.
- Electabuzz, piorun!
Ale piorun trafił kopię Altarii. Nie mogłem teraz przegrać! Na szczęście, wpadłem na pewien pomysł.
- Electabuzz, namierzaj ją! Skoncentruj się!
Electabuzz zamknął oczy i już po chwili wiedział, która Altaria jest prawdziwa.
- Teraz, Electabuzz! PIORUN!!!
Tym razem piorun trafił i unieszkodliwił Altarię.
- Wracaj, Altaria!
Podskoczyłem do góry z radości. Udało się! Szósta odznaka należy do mnie! Pochwaliłem Electabuzza i zawróciłem go. Podeszła Winona.
- Shubi, udało ci się... Oto twoja odznaka. Ty i twoje Pokemony ciężko pracowaliście, by ją zdobyć.
Wziąłem odznakę od Winony. To była Odznaka Pióra. Jeszcze tylko dwie takie i będę mógł walczyć w Lidze... To już niedługo! Uważajcie, liderzy stadionów! Shubi z New Bark Town nadchodzi!

Powrót do góry

Rozdział 58 - Moce Pokemonów

Z sześcioma odznakami byłem coraz bliżej dostania się do Ligi Hoenn. Zostały jeszcze tylko dwie, jeszcze dwie! Następnym przystankiem na naszej drodze było Lilycove. Podobno nie było tam stadionu Pokemon, ale znajdowało się tam wiele miejsc, które warto zobaczyć. Jeszcze przed wyruszeniem odesłałem Electabuzza z powrotem do mojego taty i wziąłem Treecko.
- Chad, jak długo powinna trwać nasza podróż do Lilycove?
- Około trzech tygodni... Jak się pośpieszymy.
- Pośpiech nie jest naszą mocną stroną.
Złapałem dużo Pokemonów i miałem nadzieję, że pomogą mi w Lidze Hoenn. Uważałem, że są dobrze wytrenowane, ale doświadczenia nigdy za dużo. Wyzwałem na pojedynek pierwszego trenera, jakiego spotkałem.
- Hej, ty! - krzyknąłęm do przechodzącego chłopca.
- Ja? - spytał zdziwiony.
- Tak! Chcesz rozegrać mecz Pokemon?
- Jasne! Ale jeden na jeden, bo mam tylko jednego Pokemona... - powiedział młody trener, trochę zawstydzony. - Niedawno z nim zacząłem... Ale już dużo umie. To jak?
- OK, może być!
Pobiegłem na łąkę.
- Naprzód, Treecko!
Gekon był bardzo zadowolony, że weźmie udział w walce. Chłopiec gwizdnął z podziwem, po czym wybrał swojego Pokemona.
- Idź, Kecleon!
- Nie widziałem takiego Pokemona!
- Kecleon, Pokemon kameleon. Kecleon potrafi tak zakamuflować się w otoczeniu, że jest prawie całkowicie niewidoczny. Gdy Kecleon ukrywa się, widać tylko wzór na jego brzuchu.
- Hm... Walka będzie trudna z takim Pokemonem... Poradzisz sobie, Treecko! Mega ssanie!
Treecko zabrał Kecleonowi trochę zdrowia.
- Atakuj, Kecleon! Furia drapania!
Kecleon podbiegł do Treecko i zaczął go wściekle drapać.
- Treecko! Odskok i jeszcze raz mega ssanie!
Treecko odskoczył, jak mu poleciłem i zaatakował, ale tym razem jego atak nie wyrządził Kecleonowi prawie żadnych szkód.
- Hej, co jest?!
- Kecleon, chlaśnięcie!
Kameleon podbiegł do mojego Pokemona i uderzył go ogonem. Był to atak krytyczny - Treecko już się nie podniósł. Podbiegłem i wziąłem go na ręce.
- Treecko, w porządku? Wybacz mi...
Chłopiec podszedł do swojego Pokemona i pogłaskał go.
- Dziękuję, Kecleon! Dzięki Tobie wygrywamy coraz więcej walk!
Trzymałem Treecko na rękach i czegoś nie rozumiałem.
- Ale... Ale... Czemu? Przecież mega ssanie na typ normalny...
Chłopiec podszedł do mnie.
- O co chodzi?
- Czemu mega ssanie raz zadziałało dobrze, a raz nie...?
- Och... To przez moc Kecleona...
- M-moc?
- Och, tak... Dowiedziałem się sporo na ten temat w Szkole Pokemon w Rustboro. Moce Pokemon to coś, o czym powinien wiedzieć każdy trener.
- Moce Pokemon? - miałem przeczucie, że nie wiem o czymś bardzo ważnym.
Podszedł Chad.
- Shubi, muszę przyznać, że mnie bardzo zaskoczyłeś... Czy ty nie wiesz...?
- Nie! Nie wiem! Możecie mi w końcu powiedzieć, o co chodzi?
- Myślałem, że wiesz o tym, że każdy Pokemon ma swoją własną moc, która działa na jego korzyść, albo i nie. - rzekł Chad. - Zadaniem trenera jest poznanie tej mocy i używanie jej tak, żeby wygrywać walki. Na przykład moc Camerupta sprawia, że nigdy nie zamarznie, moc Feraligatra sprawia, że jego wodne ataki stają się silniejsze, gdy przegrywa, a moc Kecleona...
- ...powoduje, że gdy zaatakujesz go jakimś atakiem, to Kecleon zmienia swój typ na typ ataku. Dlatego mega ssanie nie zadziałało. Gdy Treecko zaatakował, Kecleon zmienił typ na roślinny, więc potem...
- ...mega ssanie było mało efektywne... Rozumiem... - dokończyłem sam.
Treecko zeskoczył na ziemię i podszedł do Kecleona. Byłem pełen podziwu dla młodego trenera i jego Pokemona. Bardzo dużo wiedzieli, a ja musiałem się jeszcze więcej nauczyć.
- Dobrze... - rzekłem powoli. - A czy mógłbym poprosić o rewanż?
- Oczywiście! A jakim Pokemonem będziesz walczył?
Chwyciłem za Pokeball z Cameruptem, ale Treecko podbiegł i mi go wytrącił.
- Treecko! Co jest? Chcesz walczyć? Ale jesteś zmę... Nie jesteś? OK! Naprzód!
- Idź, Kecleon! Psychopromień!
- Unik, Treecko!
Pokemon w ostatniej chwili uchylił się przed promieniem.
- Teraz, strzelaj nasionami!
- Przyjmij to na siebie, Kecleon!
Kameleon na pewno zmienił teraz typ na roślinny.
- Teraz, Treecko! Gonitwa!
Gonitwa to atak typu ciemność, więc Kecleon teraz był właśnie takim Pokemonem.
- Kecleon, furia drapania!
Treecko znowu bardzo mocno oberwał. Nie mogłem znowu przegrać!
- Treecko, nie! Atak... Co się dzieje?
Treecko nagle zaświecił i oślepił nas. To musiała być ewolucja! Ewoluował w Grovyle! W nowej formie Pokemon miał więcej energii do walki!
- Super! Dobrze, Grovyle! Teraz liściaste ostrze!
Kecleon wytrzymał atak i znowu zmienił typ na roślinny.
- Kecleon, drap!
Ataki Kecleona ciągle były bardzo silne, więc musiałem trzymać Grovyle na dystans. Ale nadarzyła się okazja do kolejnego ataku!
- Kończ to, Grovyle! Przecinacz furii!
Jeden atak typu robak rozłożył Kecleona.
- Wracaj, Kecleon! Dziękuję, jestem z Ciebie dumny!
- Taaak! Wygraliśmy! Dziękuję, Grovyle!
Grovyle podbiegł i domagał się pochwał, więc mu ich nie szczędziłem. Tak, wiedza o mocach Pokemon to kolejny krok do Mistrzostwa!

Powrót do góry

Rozdział 59 - Żywioły na ratunek!

Dalsza podróż do Lilycove mijała dosyć spokojnie. Sporo trenowałem, ponieważ chciałem, żeby Pokemony były gotowe do walki z następnym liderem. Musiałem przyznać sam przed sobą, że mecze były coraz trudniejsze. Nigdy nie było wiadomo, czym mógł mnie zaskoczyć kolejny opiekun odznaki. Moja nowa wiedza o mocach Pokemonów na pewno okaże się przydatna.
- Chad, zbliżamy się do Lilycove? - spytałem po raz setny.
- Shubi... To jeszcze nie jest nawet połowa drogi... - odpowiedział Chad, również po raz setny.
- Nie wiem, o co wam chodzi, ja bardzo lubię takie spacery. - powiedziała Sayo, oglądając las deszczowy, przez który właśnie przechodziliśmy.
Na południe od Fortree rosły gęste lasy deszczowe, w których żyło mnóstwo rzadkich i cennych Pokemonów. Miałem nadzieję złapać nowego stworka, żeby wzmocnić swoją drużynę. Przy sobie miałem Grovyle, Charizarda, Gligara, Shelgona, Scizora, no i oczywiście Jawiego. Mały Totodile lubił zapuszczać się w gęsty las, ale mnie się to nie podobało. Przypominało mi to nieprzyjemną przygodę w lesie Petalburg.
- Jawie, wracaj! Nie odchodź! - krzyknąłem, ponieważ krokodylek znowu oddalił się od ścieżki.
Pokemon spojrzał na mnie z zawodem, po czym wrócił na trasę.
- Jawie, nie możesz tak się oddalać... Wiesz, że coś się może stać, coś może cię zaatakować, a poza tym... - tłumaczyłem podopiecznemu, ale Totodilek pozwalał, by moje słowa płynęły gdzieś obok niego. Tym razem zainteresował go przelatujący Butterfree, więc zrezygnowałem z dalszych przemów.
Nagle poczułem, że jest mi dużo goręcej.
- Chad... Czy wypuściłeś Castforma? - spytałem.
- Jeśli masz na myśli ten upał, to... nie. Chodźmy dalej, upały są normalne w tej części Hoenn.
Ruszyliśmy dalej, chociaż wydawało mi się to dziwne. Nagle na środek ścieżki wyskoczył przestraszony Linoone. Zatrzymał się na chwilę, dysząc z gorąca, po czym pobiegł dalej.
- Chad?
- Tak, Shubi?
- Czy zachowanie tego Linoona uważasz za normalne? Bo ja... nie.
Sayo spojrzała mi w oczy.
- Widzę ten błysk, Shubi... Szukasz nowej przygody, co nie?
Uśmiechnąłem się.
- Ten upał nie jest normalny... Znajdźmy jego źródło. - postanowiłem.
- Dobry pomysł. A ja mam odpowiedniego Pokemona. Naprzód, Castform! - krzyknął Chad.
Duszek opuścił Pokeball i z radości, że jest potrzebny, zrobił kilka kółek dookoła Chada.
- Tak, tak, Castform, ja też się cieszę! - roześmiał się młody trener. - Mogę cię o coś prosić? Czy mógłbyś znaleźć źródło tego upału?
Pokemon tylko szeroko się uśmiechnął, jakby dając do zrozumienia, że to dla niego nic prostszego, po czym znikł za drzewami.
- Chad, jesteś pewien, że on to potrafi?
- Shubi! Pogoda to żywioł tego Pokemona! - oburzył się Chad.
Castform wrócił po kilkunastu minutach, zadowolony z siebie.
- Chyba znalazł. - zauważyła Sayo.
- Na pewno znalazł! Za mną!
Poszliśmy za Chadem, a raczej za jego Pokemonem. Prowadził nas przez gęsty las. Unoszącemu się w powietrzu Pokemonowi było łatwiej tamtędy się przedostać, niż ludziom. Jestem pewien, że ze dwa razy nadepnąłem na ogon Ekansa i przynajmniej raz kopnąłem Oddisha. Sayo za to omal nie zemdlała, gdy z drzewa spadł jej na głowę Aipom. Wiedziałem, że to nie było dla niej przyjemne przeżycie, ale nie mogłem powstrzymać uśmiechu.
Już myślałem, że nigdy nie dojdziemy do miejsca upału, gdy Castform nagle się zatrzymał i kazał być cicho. Spojrzałem na to, co było za nim. Na polanie kręciło się mnóstwo członków Zespołu R. Krążyli wokół czegoś, co wyglądało jak bardzo duża, wodna bańka. Wewnątrz niej na pewno było coś wielkiego, ale nie dało się zobaczyć co, ponieważ powierzchnia bańki ciągle się poruszała. Byłem jednak pewien, że coś, co było wewnątrz więzienia, bezskutecznie próbuje się wydostać.
- Zespół R. - mruknąłem bardziej do siebie. - Znowu złapali bezbronnego Pokemona. Nie pozwolę im na pastwienie się nad nim!
- Hej, wy! Wypuśćcie tego Pokemona!
Wzdrygnąłem się, słysząc to. Chad wybiegł z ukrycia i krzyczał do członków Zespołu R! Kilku od razu go otoczyło.
- Dzieciaku, odejdź stąd! To nie twoja sprawa, co tu robimy!
- Właśnie, że moja! - odkrzyknął zdenerwowany chłopak. - Nie możecie krzywdzić Pokemonów! Nie widzicie, że przez to zachwialiście tutejszym klimatem?!
- Mało nas to obchodzi. Musimy dostarczyć tylko tego... A zresztą, przecież wcale nie musisz wiedzieć! Brać go!
Trzech członków Zespołu R od razu rzuciło się na Chada. Każdy miał innego Pokemona - Koffinga, Ekansa i Poochyenę. Nie mogłem dłużej się ukrywać, więc wybiegłem i stanąłem obok Chada.
- Chad, nie spodziewałem się tego po tobie, szczerze mówiąc...
- Shubi, zrobiłbyś to samo na moim miejscu, tylko z opóźnieniem.
- A to już inna sprawa. - uśmiechnąłem się. - Naprzód Jawie!
- Idź, Castform!
Nigdy jeszcze nie widziałem Castforma w akcji, więc teraz miałem okazję zobaczyć, co ten Pokemon potrafi.
Jawie zrobił szybki unik przed Ekansem, a Poochyena i Koffing rzuciły się na Castforma. Nie byłem powien, co do mocy Pokemona.
- Chad, ja nie wiem...
- Castform, wodna broń!
Wodna broń odrzuciła Poochyenę, ale Koffing już przygotował atak.
- Szybko, Castform, słoneczny dzień!
Nie wiem, czy to było możliwe, ale słońce zaświeciło jeszcze jaśniej. W jednej sekundzie duszek zmienił swój kształt na słoneczny. Koffing, który chciał go uderzyć, tylko oparzył się o ciało przeciwnika. Byłem pod wrażeniem.
- Nie miałem pojęcia, że Castform ma taką moc!
- Shubi, nie gadaj, tylko walcz!
- A, tak, jasne! Jawie, lodowa pięść!
Totodilek uderzył Ekansa i zamroził go jednocześnie. Miałem okazję, żeby rozejrzeć się po polanie. Sayo ciągle była w ukryciu, żeby rzucić się nam na ratunek w razie czego. Chad walczył z dwoma przeciwnikami na raz. Na środku polany znajdowała się owa bańka, w której uwięziony był Pokemon. Postanowiłem ją przebić.
- Idź Gligar! Przebij tą bańkę!
Skorpion od razu po wyjściu z Pokeballa rzucił się w kierunku bańki, ale nie przebił jej. Ku mojemu zdziwieniu, wpadł do środka i także został uwięziony.
- Gligar, pomogę ci! Poczekaj!
Zacząłem biec w kierunku bańki, ale drogę zagorodziło mi czterech innych Rocketów, każdy miał przygotowanego Pokeballa. Sięgnąłem do paska.
- Plusle, Minun, atak piorunem!
Wszyscy czterej Rockeci padli, porażeni, ale nadbiegali następni. Odwróciłem się i zobaczyłem, że Sayo biegnie mi na pomoc.
- Shubi, uwolnij tego Pokemona! Ja ich zatrzymam!
Kiwnąłem tylko głową, złapałem Jawiego i, przekakując porażonego Rocketa, pobiegłem do bańki. Już się do niej zbliżałem, gdy drogę zagrodziły mi jeszcze dwie, znajome już osoby.
- Mitch i Gina! Mogłem się domyślić, że to wy!
Gina tylko się roześmiała.
- Od samego początku, od Slowpoków, przez Miltanki, Rayquaazę i Bagony, ty ciągle psujesz nasze plany. Nie wiem, może to jakiś zbieg okoliczności, ale tym razem na pewno ci się nie uda. Wiedziałam, że na pewno się zjawisz, choćby z drugiego końca świata. Żeby uratować kolejną legendę.
Nie rozumiałem nic z tej przemowy, ale nie zamierzałem czekać na ich pierwszy ruch.
- Naprzód, Scizor, Grovyle!
Oba Pokemony były gotowe do ataku.
- Zespole R, już wiele razy przekonaliście się, że jestem od was silniejszy. Mało wam nauczek?
Mitch i Gina uśmiechnęli się i rzucili Pokeballami. Gina miała Vulpixa, a Mitch Growlitha.
- Chłopcze... od dziś ogień jest po naszej stronie. - rzekł Mitch.
- Sami tego chcieliście! Scizor, stalowe szczypce! Grovyle, liściaste ostrze!
Mimo, że moje Pokemony zaatakowały tak, jak im kazałem, ich ataki nie były efektywne.
- Vulpix, rzut płomieniem!
- Ty też, Growlithe!
Z pysków Pokemonów buchnęły płomienie. Ku mojemu zdumieniu, te ataki były dużo silniejsze i mocniejsze, niż te, które widziałem wcześniej. Grovyle i Scizor szybko słabli.
- Grovyle! Scizor! Nie! Nie poddawajcie się!
Pokemony posłusznie wznowiły atak, ale Vulpix i Growlithe bardzo szybko unikały. Nagle kątem oka dostrzegłem urządzenie, które przylegało do bańki. Już miałem pomysł.
- Grovyle! Liściaste ostrze, w to urządzenie!
Pokemon posłusznie zaatakował. Ustrojstwo eksplodowało, ale bańka wcale nie znikła. Za to Vulpix i Growlithe stracili część swoich mocy, jednak nadal byli bardzo niebezpieczni.
Pokemony nadal walczyły ze sobą. W pewnym momencie kilka liści odbiło się rykoszetem od Growlitha i uderzyło w bańkę, nie wpadając do środka. Wpadłem na inny pomysł, musiał się udać...
- Chad! - krzyknąłem. - Zaatakuj bańkę! Żywiołami!
Grovyle padł pod atakiem Vulpixa, więc zastąpiłem go Shelgonem. Scizor jeszcze się trzymał ale coraz szybciej tracił siły. Usłyszałem, że Chadowi udało się wyrwać od walki.
- Shubi, co ja mam zrobić?
- Wymyśl coś! Zawsze byłeś w tym dobry!
- Byłem i jestem! Naprzód, Castform! Potrójny atak!
Castform wypuścił jednoczeńie lodowy, ognisty i elektryczny promień. Kiedy te żywioły uderzyły bańkę, zatrzęsła się ona i zamigotała, ale to nie wystarczyło.
- Shubi, potrzebuję wody! - zawołał zrozpaczony Chad.
- Jawie, pomóż Chadowi! - rozkazałem Pokemonowi.
Totodile pobiegł na pomoc i wzmocnił promień Castforma. Bańka trzęsła się, ale czegoś jeszcze brakowało...
- Już wiem! Castform, Jawie, nie przerywajcie! Idźcie, Bellossom, Mudkip! - krzyknął Chad. - Bellossom, musisz zrobić promień słoneczny! Mudkip, strzał błotny!
Mudkip od razu się dołączył, ale Bellossom potrzebował czasu, żeby przygotować słoneczny promień. Sayo sama powstrzymywała kilku Rocketów, ja trzymałem Mitcha i Ginę na dystans. Ani ja, ani Sayo, nie mieliśmy wystarczająco dużo Pokemonów, żeby robić to dłużej. Dokładnie w chwili, kiedy Shelgon upadł, wycieńczony, a zaraz po nim Scizor, Bellossom uderzył słonecznym promieniem, który w połączeniu z wodą, ziemią, ogniem, lodem i elektrycznością przełamał bańkę. Oślepiło nas światło Pokemona, który się z niej wydostał. Wielki, ognisty ptak rozpostarł skrzydła.
- Moltres! - krzyknąłęm. - To naprawdę Moltres!
Mitch zaklął.
- Czy wszędzie musisz wtykać nos?!
Święty ptak od razu rozpoczął pogrom Rocketów. Był rozwścieczony, że ośmielili się go więzić. Niestety, Moltres stracił dużo sił na próbach uwolnienia się, a poza tym jego moc była przekazywana Growlithowi i Vulpixowi, więc nie mógł długo walczyć. Ku mojemu zdziwieniu, Moltres wylądował obok mnie i Chada. Wiedziałem, co to oznacza. Szybko zawróciłem swoje Pokemony i wskoczyłem na grzbiet ptaka. Byłem po prostu pewien, że mnie nie poparzy. I miałem rację. Chad, po schowaniu swoich podopiecznych, wdrapał się za mną. Moltres machnął skrzydłami.
- Sayo! - krzyknąłęm. - Szybko, lecimy!
Sayo podbiegła najszybciej, jak mogła. Pomogłem jej się dostać na grzbiet Moltresa i Pokemon wzleciał w powietrze. Wreszcie poczułem się bezpieczny. Zostawiliśmy Zespół R daleko w dole. Zauważyłem, że Gligar, który również był w bańce, leci obok nas. Uśmiechnąłem się. Nie wiedziałem, dokąd zabiera nas Moltres, ale ufałem mu. W końcu, był nam coś winny...

Powrót do góry

Rozdział 60 - Starcie we mgle

Moltres leciał bardzo szybko, ale wogóle tego nie odczuliśmy. Zauważyłem to, gdy kątem oka dostrzegłem ledwo nadążającego za ptakiem Gligara. Po ponad godzinnym locie Moltres natrafił na mgłę, ale nie zatrzymało go to.
- Chad, gdzie my lecimy, wiesz może? - krzyknąłem do przyjaciela.
- Dopóki nie wylądujemy, to nie...
Długo nie musieliśmy czekać. Po kilkunastu mintuach Moltres wylądował na szczycie dziwnej góry. Powoli opuściliśmy grzbiet Pokemona.
- Moltres... Dziękujemy, że nas stamtąd zabrałeś. Jesteśmy ci wdzięczni. - powiedziała Sayo.
Płomienie Moltresa buchnęły wyżej i Pokemon wzleciał w powietrze. Szybko straciliśmy go z oczu we wszechobecnej mgle. Po paru minutach wycieńczony Gligar wylądował na moim ramieniu.
- Wybacz, Gligar, że cię nie schowałem do Pokeballa, ale musiałem się trzymać grzbietu Moltresa. - usprawiedliwiłem się. - Należy ci się dlugi odpoczynek.
Skorpion był bardzo wdzięczny, że mógł odpocząć w Pokeballu. Dopiero po zawróceniu Pokemona rozejrzałem się.
- Chad, gdzie my jesteśmy? Może teraz wiesz?
- Nie wiem, Shubi... Hej! Sprawdź to w PokeNavie! - zasugerował Chad.
- No jasne!
Wyjąłem urządzonko i uruchomiłem odpowiednią opcję.
- Hm... Z tego wynika, że... Jawie, wracaj! - krzyknąłem, bo Totodile już zaplanował kolejną wycieczkę. - Nie ruszaj się stąd! No. Co to ja mówiłem? Aha! Jesteśmy jakieś 50 kilometrów na zachód od Lilycove... Dzięki Moltresowi zaoszczędziliśmy sporo czasu!
Chad nie był wcale z tego powodu zadowolony.
- Chciałbym wiedzieć, czemu nas tu zostawił... Hm... Nawet nie znam tego miejsca.
Schowałem PokeNav i rozejrzałem się znowu.
- Tak, czy inaczej, trzeba się stąd wydostać. - zadecydowałem.
Chad kucnął i dotknął ręką ziemi.
- Tutaj jest ścieżka. Wystarczy, że pójdziemy wzdłuż niej, gdzieś na pewno trafimy.
Ruszyliśmy wzdłuż ścieżki znalezionej przez Chada. W takich warunkach ciężko się podróżowało. Co chwila potykaliśmy się o różne kamienie. W pewnej chwili usłyszałem dźwięk dzwonka. Tak mnie to zaskoczyło, że zatrzymałem się i Sayo na mnie wpadła. W efekcie oboje upadliśmy.
- Shubi, co się dzieje? Czemu stajesz? - spytała Sayo z wyrzutem.
- Słyszałem dzwonek... Serio! - usprawiedliwiłem się.
- A ja nawet wiem, co tak dzwoniło! - rzekł Chad.
Spojrzałem na przyjaciela i zauważyłem, że obok niego unosi się mały, niebieski Pokemon z dzwoneczkiem na głowie.
- Czy to jest...?
- Chimecho, tak. To on. - rzekł Chad.
- Super! Ja chcę go...! - krzyknąłem, ale Pokemona już nie było.
Rozejrzałem się, ale po Chimecho został tylko dźwięk dzwonka, który i tak szybko się oddalił.
- ...złapać. - dokończyłem sam do siebie.
- Hej, zobaczcie, co znalazłam! - zawołała Sayo.
Nasza przyjaciółka trzymała na rękach dziwną z wyglądu lalkę. Kukiełka była brązowa, miała długie ręce, a nogi krótkie. Z głowy wystawało jej coś w rodzaju kapturu, chociaż mnie bardziej przypominało długą skarpetkę. Najdziwniejsze były oczy zabawki - jak czerwone guziki, oraz usta, które wyglądały jak suwak.
- Sayo... Ta lalka mi się wcale nie podoba. Zostaw ją... - powiedziałem.
- Niby czemu? Zatrzymam ją. Mnie się bardzo spodobała.
Lalka była według mnie bardzo podejrzana, albo to ja byłem przewrażliwiony. W końcu, skoro Chadowi ona nie przeszkadzała, to i ja nie mogłem się jej czepiać.
Ruszyliśmy w dalszą drogę. Powoli i ostrożnie, oczywiście. Dla ogólnego bezpieczeństwa trzymałem Jawiego na rękach, mimo wyraźnego sprzeciwu Pokemona. Musiałem znosić jego ugryzienia, bo nie mogłem pozwolić, by się zgubił. Szukanie małego Totodila w gęstej mgle, w całkowicie nieznanym miejscu to ostatnia rzecz, jakią chciałem robić.
Sayo cały czas oglądała lalkę, którą znalazła. Złościło mnie to, ale nie chciałem się do tego przyznać.
Wokół nas panowała cisza, nie zmącona żadnym szmerem, oprócz dźwiękiem szurania naszych butów po ścieżce. Dlatego bardzo mnie zaskoczył nagły, chociaż dosyć odległy pisk. Stanąłem jak wryty i Sayo znowu na mnie weszła.
- Shubi! Och, powinieneś mieć na plecach sygnalizację świetlną! - powiedziała ze złością dziewczyna i schyliła się po lalkę, która wypadła jej z rąk.
- Dobry pomysł, zamocuję sobie na plecaku znak stopu. - mruknąłem do siebie, rozglądając się.
- Też to słyszałeś, Shubi, prawda? - spytał Chad.
Coraz bardziej denerwowała mnie ta mgła.
- Chad, zrób coś z tą mgłą, ok?
- No jasne, czemu wcześniej nie pomyślałem? Naprzód, Castform!
Duszek znowu opuścił Pokeball.
- Castform, mógłbyś coś dla nas zrobić? Postaraj się rozwiać tę mgłę, co? Proszę... - poprosił Pokemona chłopiec.
Castform już zamierzał rozwiać mgłę, gdy znikąd pojawiła się kula cienia i strąciła go na ziemię.
- Castform! Co ci jest?
Chad wziął Pokemona na ręce.
- Co mu się stało? - spytałem.
- Kula cienia... Bardzo silna kula cienia, bo zazwyczaj ataki typu duch nie ranią normalnych Pokemonów... - powiedział powoli Chad, chowając Castforma do Pokeballa. - Shubi, nie chcę ryzykować, po prostu chodźmy dalej. Szybko.
Zrobiliśmy, jak poradził chłopiec. Niestety, końca ścieżki nie było widać. W pewnej chwili znowu usłyszałem pisk i przystanąłem, upewniając się, że Sayo na mnie nie wejdzie. Odwróciłem się do towarzyszy i w tej chwili wokół nas pojawiły się dziwne, unoszące się powietrzu płomienie. Cofnąłem się kilka kroków.
- Co się dzieje?! - krzyknął Chad.
- Nie wiem! Atakuj je wodnymi Pokemonami, może to coś da! - odpowiedziałem. - Jawie, wodna broń!
- Wybieram was, Marill, Mudkip! Wodna broń!
Jawie wycelował w płomień i zaatakował, ale ognik usunął mu się z drogi.
- Nie poddawaj się, Jawie!
W momencie, w którym Jawie zaatakował drugi raz, zauważyłem, że coś czarnego leci w moim kierunku. Odwróciłem się odruchowo, żeby osłonić Pokemona.

***


- Shubi? Co ci jest?
- Słucham? E, nic, musiałem się zamyślić... Przepraszam, panie Fuji...
- Nie szkodzi... Już myślałem, że nie interesuje cię to, co chcę ci powiedzieć...
- Oczywiście, że mnie interesuje!
Klęknąłem przy nagrobku Pokemona. Zawsze lubiłem przychodzić do Wieży Pokemon w moim rodzinnym mieście, Lavender, słuchać pana Fuji. Miał zawsze dużo ciekawych rzeczy do powiedzenia. Bardzo interesowały mnie Pokemony i miałem wielką nadzieję, że kiedyś i ja zostanę ich trenerem. Tak bardzo chciałem zostać Mistrzem Pokemon...
- Tak... Ten Pokemon, przy którego nagrobku jesteś, jest teraz bardzo samotny, po śmierci... Nikt go już nie odwiedza...
- Czemu? Co się stało z jego trenerem?
- Musiał wyjechać stąd... Daleko. Bardzo tego żałował.
- Panie Fuji? Czy tylko u nas, w Kanto, jest takie miejsce, w którym Pokemony mają swój cmentarz?
- Jest jeszcze jedno miejsce, w dalekiej krainie. Jest to Góra...

***



- Shubi! Wstawaj!
Otworzyłem oczy.
- Gdzie... Ja jestem...? - spytałem powoli.
- Nie wiemy, niestety... Uderzyła cię kula cienia... - powiedziała Sayo.
- Ale... Ja wiem, gdzie jesteśmy!
Wstałem szybko, aż Jawie odskoczył.
- Wiem, gdzie jesteśmy! To jest Góra Pyre! Miejsce spoczynku Pokemonów! A to... - wskazałem lalkę. - To nie jest lalka! To jest Pokemon!
- Jak to...?!
W tym momencie lalka wyskoczyła Sayo z rąk i trochę się zmieniła. Wyjąłęm Pokedex, chociaż była to tylko formalność.
- Banette, Pokemon marionetka, rozwinięta forma Shuppet. Mówi, że się ten Pokemon powstał z zabawki wyrzuconej przez dziecko. Bannette poszukują dzieci, które nie szanują swoich zabawek i karzą je.
- Duch! - krzyknęła Sayo i schowała się za Chadem.
- Banette! Złapię go! Naprzód, Grovyle! Liściaste ostrze!
Nie przemyślałem tego, niestety. Grovyle był bardzo zmęczony swoją ostatnią walką i padł po pierwszym ataku Banette. Musiałem go zawrócić. Zdziwiło mnie, że Banette domaga się od Sayo... pochwały?
- Naprzód, Voltorb, Snorunt! Atakujcie!
Snorunt użył lodowego wiatru, a Voltorb elektrycznego szoku. Banette uniknął pierwszego ataku, ale dopadł go elektryczny szok. Po tym ataku Voltorb zalśnił. Już myślałem, że chce się zdetonować, ale ewoluował w Electrode! Banette nie poddał się i jego oczy zaświeciły. Wokół Pokemonów Chada pojawiły się znajome ogniki. Teraz poznałem ten atak - wola płomieni. Chad musiał zawrócić swoje Pokemony, mimo, że wiedziałem, że cieszył się z Electrode.
Banette znowu podleciał do Sayo. Dziewczyna odsunęła się od niego.
- Banette! Czemu nam to robisz?!
Pokemon spojrzał na Sayo z pytaniem w oczach.
- Czemu to robisz?! Odejdź! Nie chcę cię znać! Odejdź, słyszysz?!
Pokemon wyraźnie posmutniał, po czym po prostu znikł. Sayo odetchnęła. Spojrzałem na nią, ale się nie odezwałem. Wokół nas mgła opadła i znikła. Widać było teraz las dookoła i drogowskaz: "Strefa Safari: 10km."

Powrót do góry

Rozdział 61 - Strefa Safari


Zgodnie z drogowskazem, ruszyliśmy do Strefy Safari. Nie mogłem przepuścić takiej okazji do złapania nowych Pokemonów. Trochę żałowałem, że nie udało mi się złapać Bannette. Był to naprawdę silny Pokemon. Wydawało mi się, że Sayo kazała mu odejść pod wpływem impulsu i teraz tego żałuje. W każdym razie, nie przyznała się do tego.
- Chad, źle się czujesz? - spytałem towarzysza, udając zdenerwowanie.
- Nie, czemu pytasz?
- Nic nie mówisz już całą godzinę. - powiedziałem, szczerząc zęby.
Po spojrzeniu, jakim obrzucił mnie Chad, powinna zostać ze mnie tylko kupka popiołu, ale na szczęście, nic takiego się nie stało.
- BARDZO śmieszne, Shubi, BARDZO. Zastanawiam się tylko, czemu Moltres zostawił nas na Górze Pyre... Nie miał w tym żadnego interesu...
Zanim zdążyłem odpowiedzieć, odezwała się Sayo.
- Myślę, że poleciał tam po to, żeby zgubić ewentualny pościg... Wiecie, Zespół R nie popisał się nigdy zbyt wielką inteligencją, ale skoro udało im się pochwycić Moltresa... Mogli zrobić to drugi raz, a we mgle Moltres ma większe szanse ucieczki.
Chad przez chwilę się zastanawiał.
- Racja, Sayo! To logiczne!
Dwie godziny później doszliśmy do bramy, za którą była Strefa Safari. na prawo od niej znajdowała się droga, która prowadziła do Lilycove. Mogliśmy iść tam od razu, ale postanowiłem zajść do Strefy Safari.
- Słuchajcie, skoro to jest Safari, to Pokemony mogą tu odpocząć! - powiedziałem.
- To jasne, Shubi! - rzekła Sayo.
Podbiegłem do videofonu, który znajdował się przy budynku stojącego przy bramie. Po krótkiej rozmowie z profesorem Elmem miałem z powrotem Feraligatra, Charizarda, Grovyle, Brelooma i Lileepa. Plus Jawiego, oczywiście. Nie wypuszczając Pokemonów z Pokeballi, weszliśmy do budynku. Od razu powitał nas człowiek należący do organizacji Strażników Pokemon. Tacy ludzie pilnowali rezerwatów Pokemonów na całym świecie.
- Witajcie! Czy chcecie wejść do Strefy Safari? - spytał z uśmiechem.
- Tak, bardzo byśmy chcieli... Czy wejściówki są drogie?
- Nie, a poza tym są ważne cały dzień. Jest tylko kilka rzeczy, o których musicie pamiętać. Strefa Safari to bezpieczne miejsce, ale grasują tu kłusownicy Pokemon. Jeżeli takiego spotkacie, od razu powiadomcie Strażników, gdyż najczęściej ci przestępcy są niebezpieczni. Poza tym, nie możecie łapać dziko żyjących Pokemonów w zwykłe Pokeballe i przy pomocy Pokemonów. Wasi podopieczni mogą tu tylko odpoczywać. Dziko żyjące stworki możecie łapać tylko w specjalne Parkballe. Dam wam po jednym, więcej nie będziecie potrzebowali.
Zapłaciliśmy za bilety i otrzymaliśmy po jednym Parkballu. Teraz mogliśmy spędzić resztę dnia na nic nie robieniu i odpoczywaniu. Od razu po wejściu do Safari wypuściłem Pokemony z Pokeballi.
- Wychodźcie! Naprzód, Feraligatr, Charizard, Grovyle, Breloom i Lileep!
- Wybieram was, Bellossom, Electrode, Marill, Snorunt, Mudkip, Castform!
- Naprzód, Ampharos, Jolteon, Lanturn, Pikachu, Plusle, Minun!
Po opuszczeniu Pokeballi, Pokemony od razu rozbiegły się po okolicy. Wodne stworki wskoczyły do jeziorka, a roślinne ruszyły do lasu. Jawie wskoczył na Feraligatra. Feraligatr dawno nie widział swojego syna. Rozsiedliśmy się pod drzewem. Chad zaczął przeglądać swoje notatki, a Sayo wyciągnęła Magazyn Pokemon i pogrążyła się w lekturze. Ja obserwowałem, jak Feraligatr uczy Jawiego nowych ataków. W pewnej chwili podszedł do mnie Lileep. Spojrzałem na niego.
- Lileep, co jest? - spytałem z uśmiechem.
Pokemon nie powiedział nic, ale zrozumiałem, o co mu chodziło. Chciał potrenować. Wstałem i podszedłem do Strażnika Pokemon.
- Przepraszam, czy w Strefie Safari można trenować Pokemony? - spytałem.
- Można ćwiczyć ataki, ale pamiętaj, nie wolno ci atakować dzikich Pokemonów. - powiedział Strażnik, obserwując z podziwem Lileepa.
- Dziękuję, to chciałem wiedzieć.
Razem z Lileepem udaliśmy się głębiej do lasu.
- Dobrze, Lileep, pora na trening! - powiedziałem z uśmiechem. - Zobacz, podrzucę ten patyk, a ty postarasz się go trafić kwasem, dobra?
Pokemon zgodził się. Podrzuciłem patyk, a Lileep wycelował i wyrzucił strumień kwasu, który przepalił patyk na pół.
- Nieźle, Lileep! Doskonale! Spróbujemy teraz z trzema, dobrze? Uwaga!
Rzuciłem do góry trzy patyki, a Pokemon precyzyjnie je zaatakował. Lileep może nie był zbyt szybki, ale na pewno silny. Dlatego należało ćwiczyć ataki na odległość.
- Dobrze, Lileep, teraz... może... Promień zamieszania! Użyj... Na mnie! Będę starał się uciec, ale ty musisz koniecznie trafić, rozumiesz?
Odsunąłem się kilka kroków i czekałem, aż Lileep przygotuje atak. Pokemon wystrzelił promień, ale udało mi się uskoczyć. To samo przed drugim.
- Postaraj się, Lileep! Wyobraź sobie, że chcę cię zaatakować!
W następnej sekundzie poczułem się dziwnie. Drzewa wokół mnie zawirowały, kręciło mi się w głowie. Wydało mi się, że ziemia pod moimi nogami trzęsie się. Długo nie mogłem ustać i upadłem.
- Liiiii? - usłyszałem głos Pokemona.
Otworzyłem oczy. Nade mną pochylał się Lileep i chyba się martwił.
- Lileep! Świetny atak! - pochwaliłem Pokemona. - Naprawdę! Nawet nie wiem, kiedy go zrobiłeś!
- Wooooobb! Buffffet!
Odwróciłem się. Przy zaroślach stał Wobbuffet i bezczelnie się ze mnie śmiał. Ze złościł chwyciłem kamień i rzuciłem w jego stronę. Niestety, nie przewidziałem, że Pokemon użyje kontrataku i kamień wróci do mnie. I okazało się, że nie tylko wrócił, ale także zostawił sporego guza.
- Oż ty! - krzyknąłem ze złością.
Sięgnąłęm po Parkballa i rzuciłem z całą siłą w Wobbuffeta. Pokemon wskoczył w krzaki, a piłka poleciała za nim. W następnej sekundzie usłyszałem znajomy dźwięk otwieranego Pokeballa, następnie odgłos Pokemona zamykanego w piłce. Ku mojemu zaskoczeniu, na samym końcu usłyszałem dźwięk, jaki wydaje Pokeball, gdy złapie Pokemona. Zajrzałem w krzaki. Na trawie leżał mój Parkball z Pokemonem w środku, ale Wobbuffet stał kilka metrów dalej. Gdy mnie zobaczył, zaśmiał się jeszcze raz, po czym zwiał. Zabrałem Parkballa i podszedłem do Lileepa. Pokazałem mu piłkę.
- Widzisz, Lileep? Dzięki tobie złapałem kolejnego Pokemona! Ciekawe, co to za jeden, zaraz spra...
- W porównaniu z Lileepem, Pokemon w tym Parkballu to śmieć.
Odwróciłem się. Na polanie stał wóz terenowy. Przed nim stał dosyć młody mężczyzna w znoszonym ubraniu. Ręce miał skrzyżowane na piersi i spoglądał na mnie z wyższością. Z jego twarzy wyczytałem, że nie miał przyjaznych zamiarów.
- Przepraszam, kim pan jest? - spytałem podejrzliwie, stając przed Lileepem. Pokemon był zbyt wolny, by mógł uciekać w razie czego. Musiałem go obronić.
- Myślę, że nie musisz wiedzieć. Dobra, do rzeczy. Dawaj Pokemona, to nic ci się nie stanie.
- Wybaczy pan, zbyt wiele razy to słyszałem. Wolę zatrzymać Lileepa.
- Nie porównuj mnie do Zespołu R... Obserwowaliśmy cię, od kiedy przekroczyłeś bramę Safari. Wszystkie twoje Pokemony zostały z twoimi towarzyszami. Masz tylko tego Parkballa, a to na pewno nie wystarczy.
Obserwowali mnie? Więc na pewno nie był sam... A ja rzeczywiście miałem małe szanse na obronienie Lileepa. Że też nie zabrałem żadnego Pokemona na tak daleki wypad do lasu!
- Koniec tego! Naprzód, Sneasel! Atak!
Po wyjściu z Pokeballa, Sneasel zaatakował mnie głową tak, że upadłem kilka metrów dalej.
- Lileep! Uciekaj! Już! - krzyknąłem.
Pokemon jednak nie chciał tego zrobić i stanął do walki.
- Sneasel, chlaśnięcie!
- Lileep, ochrona!
Skalny Pokemon zablokował atak Sneasela.
- Kontratak, Sneasel! Atak z nikąd!
Ten atak zaskoczył mnie i Lileepa. Na szczęście, od razu byliśmy gotowi do powtórnego ataku.
- Kwas! Kwas, Lileep!
Niestety, Sneasel był za szybki i kwas go nie trafił.
- Teraz, Sneasel, lodowy wiatr!
Ten atak zamroził Lileepa i Pokemon nie był zdolny do ruchu. Kłusownik podbiegł i załadował Lileepa na terenówkę.
- Wracaj, Sneasel! Spadamy!
Zerwałem się na nogi w momencie, kiedy przestępca wskoczył na odjeżdżający samochód. Najwyraźniej kierował jego wspólnik.
- Zostawcie mojego Lileepa!
Wiedziałem, że nie mam szans na dogonienie samochodu, ale mimo to, biegłem. Terenówka oddalała się, z drobnymi opóźnieniami spowodowanymi kiepską drogą. Po chwili przypomniałem sobie, że mam jeszcze Parkballa w ręku. Rzuciłem nim w kierunku auta. Z piłki wyszedł Oddish, który rzucił się na kłusownika. Człowiek uderzył Pokemona pięścią i wyrzucił go z samochodu. Chciałem zawrócić Oddisha, ale przestępca wystrzelił z pistoletu i Parkball eksplodował w moim ręku. Nie było już szans na ocalenie Lileepa. Tak właśnie myślałem, że zdarzyło się coś ciekawego. Nagle samochód zatrzymał się. Zauważyłem, że to Wobbuffet stoi na drodze i, używając kontrataku, przytrzymuje pojazd. Byłem wdzięczny Pokemonowi, że mi pomógł po tym, jak chciałem go złapać. Wskoczyłem na terenówkę i starałem się z niej zepchnąć kłusownika. Przeliczyłem się - człowiek był ode mnie o wiele silniejszy. Znowu wylądowałem na ziemi. Nagle nie wiadomo skąd pojawiło się mnóstwo Natu i zaatakowało przestępcę. Znowu wskoczyłem na wóz i sprawdziłem stan Lileepa. Pokemon już mógł się ruszać, więc pomogłem mu zejść na ziemię i razem zaczęliśmy uciekać. Na nasze nieszczęście, kłusownik zdołał opędzić się od Natu i ruszył za nami.
- Oddawaj tego Pokemona!
Stanąłem. Nie mogliśmy uciec. Musieliśmy walczyć. Nie było innego wyjścia.
- Lileep...!
Ale zanim zdążyłem wydać komendę, Pokemon sam zaatakował atakiem, o którym do tej pory tylko słyszałem. Starożytna moc. Przestępca zrobił pierwszą rzecz, która mu przyszła na myśl. Wyjął pistolet i wystrzelił kilka razy w Lileepa. Zanim zdążyłem krzyknąć, kłusownik został zaatakowany przez wielkie stado Pokemonów zamieszkujących Strefę Safari. Pochyliłem się nad Lileepem.
- Lileep... Wszystko będzie dobrze... Zabiorę cię do Centrum...
Niestety, widziałem, że sytuacja jest beznadziejna. Pokemon miał w ciele kilkanaście dziur, z których wypływała zielonkawa ciecz. Lileep zdążył jeszcze ostatni raz wypowiedzieć swoje imię, po czym po prostu zmienił się w kamień, popękał i rozsypał się w pył. Nie mogłem w to uwierzyć. Po raz pierwszy w życiu byłem świadkiem śmierci Pokemona. I to mojego Pokemona... Wstałem, a ręce drżały mi z wściekłości. Może na szczęście kłusownika, nie zdążyłem nic zrobić, bo przybyło kilku Strażników Pokemon, a z nimi Oddish, którego przypadkowo złapałem. Teraz już wiedziałem, gdzie znikł. Z tego, co się działo później, niewiele pamiętam. Cały czas patrzyłem na pył, który pozostał po Lileepie. I było mi bardzo smutno.

Powrót do góry

Rozdział 62 - Spotkanie w Lilycove

Lileep został pochowany pod drzewem, przy którym odpoczywaliśmy. Wszyscy uznali, że jest to najlepsze miejsce. Szczerze mówiąc, wolałbym nigdy nie łapać tego Pokemona, niż być świadkiem jego śmierci...
Oddisha nie wziąłem ze sobą. Uznałem, że nie było uczciwe złapanie go w ten sposób. Poza tym, Parkball został zniszczony, więc Pokemon odzyskał wolność.
Obaj kłusownicy zostali zamknięci w areszcie. Zabójstwo Pokemona, którego śmierci oprócz mnie byli świadkami jeszcze Strażnicy, to jedno z najcięższych przestępstw. Obaj przestępcy posiedzą w więzieniu jeszcze długo.

***


- Widać już budynki Lilycove! - krzyknął Chad. - Jesteśmy już prawie na miejscu!
Nie odezwałem się. Przez ostatnie kilka dni niewiele mówiłem. Ciągle rozmyślałem, co by się stało, gdybym nie poszedł trenować z Lileepem. Nie powinienem go brać, nie powinienem go łapać, nie powinienem zachodzić na pustynię...
- ...a może nie powinieneś zostać trenerem Pokemon, co? - spytała Sayo ze złością.
Znałem to pytanie. Zadawała je zbyt dużo razy. Tak, zdawałem sobie sprawę, że bycie trenerem Pokemon to nie tylko łapanie, walki i odznaki. Na każdym trenerze ciąży wielka odpowiedzialność. Musimy opiekować się stworkami, które mamy. Nie wolno nam się poddawać.
I wreszcie się rozchmurzyłem.

***


- To gdzie zachodzimy najpierw? - spytałem przyjaciół.
- Shubi... - zaczął powoli Chad. Staliśmy na rynku, na którym znajdowało się Centrum Pokemon w Lilycove. - My... To znaczy... Ja i Sayo... Wiesz, w Lilycove odbywają się konkursy Pokemon... Chcieliśmy wziąć w nich udział. Co ty na to?
Prawdę mówiąc, zupełnie zapomniałem o konkursach. A to dlatego, że Jawie przegrał konkurs cute w drugiej rundzie. Za to Pikachu Sayo i Gloom, a teraz już Bellossom Chada, przeszli dalej. Nie mogłem winić przyjaciół za to, że chcieli wziąć udział w kolejnej rundzie. Szczerze mówiąc, nawet się ucieszyłem, ponieważ chciałem pobyć trochę sam, a ostatnio nie było do tego okazji. Umówiliśmy się, że wieczorem spotkamy się w Centrum Pokemon. Kiedy Chad i Sayo poszli do Hali Konkursowej, ja ruszyłem na miasto.
Feraligatra nie odesłałem. Na wolne miejsce w drużynie wziąłem Furreta. Odmówiłem profesorowi wyjaśnień na temat Lileepa. Obiecałem, że opowiem kiedy indziej. Teraz Feraligatr chodził za mną i nosił Jawiego na ramieniu.
Korzystając z samotności, odwiedziłem Centrum Handlowe Lilycove, gdzie kupiłem masę potrzebnych rzeczy. Zaszedłem także do muzeum. Obejrzałem tam wiele malunków Pokemonów.
Zbliżał się już wieczór, gdy postanowiłem pójść jeszcze na plażę. Zawsze lubiłem patrzeć na morze. Usiadłem na piasku i rozmyślałem o ostatnich wydarzeniach. Nigdy nie zapomnę Lileepa, ale nie wolno mi się załamywać. Nie wolno.
- Shubi!
Ktoś mnie wołał. Głos wydawał się znajomy. Ale to nie mógł być...
- Karol!
Odwróciłem się i okazało się, że to był mój przyjaciel we własnej osobie.
- Karol?! Co ty robisz w Hoenn? W Lilycove? I jak mnie poznałeś?
Mój przyjaciel spojrzał na Feraligatra i uśmiechnął się.
- Po twoim Pokemonie, ma się rozumieć.
Spojrzałem na Karola. Zmienił się trochę. Urósł jeszcze bardziej, chociaż nie sądziłem, że to jeszcze możliwe. Widać było po nim, że ma dużo więcej doświadczenia, niż wtedy, gdy rozstaliśmy się w Vermilion.
- Przypłynąłem tu statkiem z Olivine, to jasne! Biorę udział w konkursach i przeszedłem do czwartej, ostatniej rundy!
- Łał... Ja, osobiście, nie wiem, co ludzie w tym widzą... Brałem udział, ale przegrałem w drugiej rundzie. - powiedziałem powoli.
- Tak. Jej, Shubi, jak dawno cię nie widziałem... Dużo masz Pokemonów?
- Na pewno mniej niż ty, ale moje są silne, jak zwykle.
- Słuchaj, miałbym taką prośbę... Widzisz, ja przestałem łapać Pokemony, teraz staram się wymieniać... Nie wymieniłbyś swojego... Furreta na mojego... Fearowa?
Propozycja mnie zaskoczyła. I to bardzo.
- Chcesz się wymienić?
- Tak, dużo się ostatnio wymieniam... Wiesz przecież, że Furret będzie w dobrych rękach, obiecuję, że nie wymienię go na nic innego.
Uśmiechnąłem się. Tak, to była racja, Karol był jedną z niewielu osób, którym mogłem powierzyć mojego Pokemona.
- Jasne, wymieńmy się!
Obaj poszliśmy do Centrum Pokemon. Gdy tylko pchnąłem drzwi, rzuciła się na mnie Sayo.
- Shubi! Shubi! Nie uwierzysz! Wygrałam! Przeszłam do rundy czwartej!
- To świetnie, Sayo! - ucieszyłem się z sukcesu przyjaciółki. - A co z Chadem?
Dziewczyna trochę zmarkotniała.
- Przegrał, drugie miejsce, które zajął, nie wystarczy, żeby przejść dalej...
- Witaj, Sayo! Cześć, Chad!
- Karol?! Co ty tu robisz?!
Chłopak szybko wyjaśnił, że również przeszedł do czwartej rundy. Następnie wymieniłem mojego Furreta na Fearowa Karola. Reszta wieczoru zeszła nam na rozmowach. Następnego dnia czekała nas podróż do Verdanturf...

Powrót do góry

Rozdział 63 - Przystanek w Mauville

Następnego dnia, razem z innymi zwycięzcami konkursów Pokemon, wyjechaliśmy autokarem do Verdanturf. Każdy zawodnik mógł zabrać ze sobą jedną osobę towarzyszącą, więc umówiliśmy się, że Karol zabrał mnie, a Sayo Chada.
Podróż miała trwać ładnych parę godzin, więc był przewidziany postój w Mauville. Prawie całą jazdę do tego miasta przespałem, ponieważ razem z Karolem rozmawialiśmy do późnej nocy. Tak dawno się nie widzieliśmy, że mieliśmy sobie strasznie dużo do opowiedzenia. Dowiedziałem się, że Bulbasaur Karola przyniósł mu trzy zwycięstwa w konkursach. Żałowałem, że Jawiemu się nie poszczęściło...
Kiedy autokar zatrzymał się na parkingu w Mauville poczułem ulgę. Zawsze wolałem piesze podróże, ewentualnie rowerowe.
- Hej, Shubi, pamiętasz, jak zdobyłeś w Mauville Odznakę Dynama? - spytał Chad.
- Jasne! Walczyłem z Sayo. Ciężko było...
Sayo uśmiechnęła się.
- Podróżując z tobą zdobyłam bardzo dużo doświadczenia. Nie jestem już słaba!
- Oczywiście, że nie! - rzekłem ze śmiechem.
Skorzystaliśmy z wolnego czasu i wybraliśmy się na spacer poza miasto.
- Karol, Sayo, nie powinniście trenować przed czwartą rundą? - spytał Chad.
- Czemu mieliby trenować? - zdziwiłem się.
- Shubi, nie wiesz? Pierwsze dwie rundy konkursów polegają na pokazywaniu ataków, dwie następne to są walki Pokemon. Trzeba wiedzieć, jak kierować Pokemonem...
W tym momencie pożałowałem, że nie postarałem się o wygraną bardziej. Te konkursy to jednak nie taka zła rzecz...
- Słuchajcie, potrenujmy, to dobry pomysł... Chcę wypróbować twojego Fearowa, Karol! - powiedziałem z entuzjazmem.
- Shubi, mówię ci, mój Fearow nie jest słaby!
Tego akurat byłem pewien, ale nie wiedziałem, czy uda mi się nim odpowiednio pokierować. Zawsze po złapaniu Pokemona sprawdzałem jego ataki oraz przykładowe strategie walki w Pokedexie. Tym razem było inaczej, swoje umiejętności postanowiłem sprawdzić sam. Dobry trener Pokemon wie dużo o tych stworkach.
- Dobrze, Chad, ja będę walczył z tobą, a Karol i Sayo potrenują razem. OK?
- Jasne, Shubi! Idź, Mudkip!
- Naprzód, Fearow!
Musiałem przyznać, że Pokemon Karola prezentował się znakomicie. Miał piękne upierzenie, długi, mocny dziób i wielkie skrzydła. Karol na pewno o niego dbał.
- Dobrze, Fearow... Fearow? Je... Jestem Shubi, będę twoim nowym trenerem, dobrze? Wiem, że jesteś przyzwyczajony do Karola, ale ja... Ja postaram się opiekować tobą tak dobrze, jak on. Zgoda?
Fearow spojrzał mi prosto w oczy. Starałem się znieść to spojrzenie. Co będzie, jak mnie nie posłucha...?
- Feeeeeerow!
Pokemon machnął skrzydłami i uniósł się w powietrze, gotowy do walki.
- Świetnie! Cieszę się, że mi zaufałeś, Fearow! Możemy zaczynać?
- Rooow!
Chad zaczął pierwszy.
- Mudkip, strzał błotny!
- Fearow, leć!
Ptak ominął strzał w pięknym stylu. Co należało teraz zrobić? Nigdy nie wydawałem komend typowo latającemu Pokemonowi, nie licząc Gligara...
- Teraz, Fearow... Już wiem! As powietrzny!
Pokemon spojrzał na mnie dziwnie. Najwyraźniej nie znał tego ataku. Kątem oka zauważyłem, że Sayo używa Pikachu przeciwko Bulbasaurowi Karola. Musiałem przyznać, że oboje byli świetni.
- Dobrze, Fearow! Na pewno znasz atak furii!
Pokemon podleciał do Mudkipa i zaczął wściekle go atakować.
- Mudkip, przyjmuj ciosy!
Wiedziałem, co kombinuje Chad, gdyż znałem techniki Mudkipa. Pokemon zamierzał przyjmować ciosy, żeby potem oddać je ze zdwojoną siłą.
- Nie damy się nabrać, Fearow! Leć w górę i szybki atak!
Fearow wzleciał w powietrze i... Został złapany przez jakąś dziwną mechaniczną rękę!
- Co jest?! Fearow!
W powietrzu unosił się balon Zespołu R. Tym razem używali maszyny łapiącej, by złapać nasze Pokemony i umieścić je w klatce!
- Hahaha! - zaśmiała się Gina. - Tym razem wreszcie zabierzemy ci Pokemony!
Przewróciłem oczami. Ile można? A, może to nawet i lepiej. Krótka walka z Zespołem R nie zaszkodzi Pokemonom. Sięgnąłęm do paska, ale moja ręka natrafiła na pustkę!
- Moje Pokeballe! Gdzie są moje Pokeballe?!
Spojrzałem z powrotem w kierunku balonu. W klatce znajdował się teraz nie tylko Fearow, ale także Mudkip Chada, Pikachu Sayo, Bulbasaur Karola, a nawet mój Jawie! Mitch i Gina byli jak zwykle w koszu, ale był z nimi także jakiś nowy Pokemon! Sięgnąłęm po Pokedex, ale Karol był szybszy.
- Dranie! Skąd macie tego Aipoma?!
Zrozumiałem, bo nie było to trudne do zrozumienia. Zespół R odwrócił naszą uwagę od Pokeballi porywając Fearowa, a tymczasem zwinny Aipom ukradł nam resztę Pokemonów! Upadłem na kolana i uderzyłem pięścią w ziemię, gdyż nie mogłem patrzeć, jak Gina chowa nasze Pokeballe do plecaka.
- Nie! Jak mogłem być tak głupi!
- Shubi, nie łam się! Jakoś odzyskamy nasze Pokemony! - starał się pocieszyć mnie Chad.
- Tak łatwo mówić! Mój Feraligatr! Charizard! Grovyle! Shelgon! Fearow! Jawie! To moi przyjaciele!
Myślałem, że już pożegnam się z podopiecznymi, gdyż balon odlatywał, ale nagle usłyszeliśmy wrzaski. Spojrzałem w górę.
- Odejdź! Przestań! Mitch, zrób coś!
- Ale co? Nie mogę walczyć z czymś takim! Weezing, idź!
- Naprzód, Golbat!
Patrzyłem i nic nie rozumiałem. Zespół R oganiał się od czegoś, czego nie było widać... Nawet wybrali do walki Pokemony! Na polecenie swoich trenerów, Golbat i Weezing zaczęły atakować coś, co najwyraźniej widział tylko Zespół R... Ale co to było?
- Golbat, tnij!
- Weezing, szlam!
Chcąc, nie chcąc, parsknąłem śmiechem, gdy fryzura Giny została poprawiona przez atak Golbata, a Mitch znikł pod grubą warstwą szlamu. W pewnym momencie z nikąd pojawiła się kula cienia i przebiła balon, sprawiając, że polecał poza horyzont. Klatka z Pokemonami spadła na ziemię i otworzyła się. Ze środka wypadły Pokemony. Fearow od razu podleciał i usiadł mi na ramionach, a Jawie z rozpędu wskoczył m na ręce. Chad odzyskał swojego Mudkipa, Sayo Pikachu, a Karol właśnie głaskał Bulbasaura. Pozostała jeszcze tylko jedna sprawa...
- Ten plecak... Gina miała plecak z naszymi Pokeballami... Przepadły...
Zmarkotniałem.
- Shubi, niepotrzebnie się martwisz! - zawołała z uśmiechem Sayo.
Spojrzałem na nią. Obok niej unosił się pewien Pokemon - duch... Banette! I w dodatku trzymał w łapach plecak Giny!
- Banette! Co on tu...?
- Najwyraźniej podążał za nami czekając na okazję do pomocy! Och, dziękuję, Banette...
Sayo przytuliła Pokemona do siebie. Banette dziwnie się zaczerwienił. Wcześniej złościłem się na tego Pokemona, ale okazało się, że po prostu potrzebował opiekuna!
Żałowałem, że nie udało mi się dokończyć walki z Chadem, ale musieliśmy się już zbierać. Banette, teraz już nie ukrywając się, dołączył do Sayo. Wieczorem wyjechaliśmy do Verdanturf.

Powrót do góry

Rozdział 64 - Runda czwarta: zaczynamy!

Razem z Chadem postaraliśmy się o miejsca w pierwszym rzędzie. Warto było! Z pierwszego rzędu zawsze było najwięcej widać. Czwarta runda odbywała się w wielkiej Hali Konkursowej w Verdanturf. Chcieliśmy kibicować naszym przyjaciołom, a było o co walczyć. Sayo miała nadzieję na zdobycie wstążki, która zmotywuje Pikachu i inne Pokemony do działania. Poza tym, na wygranych czekał puchar - inny w każdej kategorii. W duchu dziękowałem sobie, że Sayo i Karol brali udział w innych konkursach. Mieliśmy pewność, że przynajmniej nie będą musieli walczyć ze sobą.
Trzymałem Jawiego na rękach, zapobiegając jego ucieczce. Pokemonowi nie za bardzo się to podobało, ale nie chciałem zakłócać przebiegu konkursu. Obok mnie, na kolanach Chada siedział Banette.
- Powiedz mi, Chad, co on tu jeszcze robi?
- Cóż Shubi, wiesz przecież, że Sayo ma już sześć Pokemonów, a ponieważ nie jest zarejestrowana jako trener Pokemon, nie może mieć ich więcej, prawda?
- No tak, ale Banette jest siódmym Pokemonem...
- Banette nie jest niczyim Pokemonem. On po prostu jest przyjacielem Sayo, prawda, Banette?
- Ban, ban! - zawołał duch z szerokim uśmiechem, co spowodowało, że dziewczynka siedząca z drugiej strony Chada zmieniła miejsce.
Nagle zgasły wszystkie światła. Zaczynał się konkurs. Pierwsza runda polegała na zaprezentowaniu przez Pokemona jakiejś sztuczki. Miałem nadzieję, że Sayo i Karol coś przygotowali... Jako pierwszy na scenę wyszedł chłopak z długimi, rudymi włosami i wybrał Kadabrę. Następnie jego Kadabra wyrzucił swoją łyżkę w powietrze oraz zaatakował gwiazdami. Używając swoich psychicznym mocy, Kadabra sprawił, że łyżka ustawiła gwiazdy w gwiazdozbiór przedstawiający Alakazama. Rozległy się głośne owacje. Z niecierpliwością wyczekiwałem na kolej Sayo i Karola. Karol wyszedł jako dziewiętnasty zawodnik. Jego Bulbasaur zaatakował magicznymi liśćmi, a następnie promieniem słonecznym. W takim ułożeniu ataków, Liście zawirowały wokół promienia i rozbłysły milionem barw. Po raz kolejny rozległy się owacje.
Pikachu Sayo przedstawił jeszcze lepszą sztuczkę. Mianowicie, wyskoczył w powietrze i, używając ataku stalowego ogona i iskier jednocześnie, sprawił, że iskry rozsypały się po całej sali. Dało to tak niesamowity efekt, że niektórzy bili brawa na stojąco, a Banette zawirował w powietrzu, kibicując swojej przyjaciółce. Byliśmy pewni, że Karol i Sayo dostali się dalej. Następne były już walki Pokemon. Każdy uczestnik starał się jak mógł, by przejść dalej. Zauważyłem, że w kategorii beauty najlepiej radził sobie Magby pewnej czarnowłosej dziewczyny. Konkurs smart należał do Karola, jego zwycięstwo było pewne. Kategoria cute była zdominowana przez pewną Clefairy, a w tough rządził Makuhita. Miałem wielką nadzieję, że Sayo wygra w cool, ale miała pewną przeciwniczkę - wysoką blond dziewczynę, dowodzącą Swellowem.
Kiedy zaczęły się walki, ukradkiem obserwowałem Chada. Jego długopis tak szybko poruszał się po notatniku, że był tylko niebieską smugą! Mimo wszystko, chłopiec miał rację - oglądając konkurs można się było wiele nauczyć. Podłapałem nawet ciekawą technikę walki Gligarem, gdy zobaczyłem pojedynek tegoż Pokemona w kategorii tough. Mój Gligar potrafił atak stalowego ogona, ale nie używałem go, ponieważ przeciwnik zawsze zdążył uciec. Teraz zauważyłem, że stalowy ogon będzie efektywniejszy, jeśli najpierw się przeciwnika unieruchomi za pomocą strasznego oblicza, albo choćby ataku piaskiem.
Nadszedł czas na walkę Karola. Jego Bulbasaur walczył z Gloomem jakiegoś niskiego chłopca. Pokemony miały wyznaczony teren do walki, a nad areną wisiała wielka tablica ze zdjęciami zawodników po obu stronach i żółtymi paskami pod nimi. Walka polegała na takim używaniu ataków odpowieniej kategorii, żeby maksymalnie obniżyć wskaźnik przeciwnika. Trzymałem kciuki za Karola!
- Naprzód, Bulbasaur! Trujący proszek! - krzyknął Karol.
- Gloom, skieruj to w jego stronę!
Pokemon tak się zakręcił, że liście na jego głowie skierowały proszek w stronę Bulbasaura Karola, jednocześnie zmniejszając jego pasek. Mój przyjaciel jednak się nie poddawał.
- Bulbasaur, aromaterapia!
Po chwili Pokemon znów był w pełni sił.
- Dobrze, Bulbasaur, magiczne liście!
Pasek Glooma spadł...
- Dobrze, teraz dzikie pnącza!
...i spadł aż do końca. Karol wygrał!
Następne w kolejności były inne walki. Można było dużo się z nich nauczyć! Sayo walczyła jako ostatnia w swojej kategorii. Wyszła na arenę niepewna siebie, ale jej Pikachu był wprost pewien, że wygra.
- Dobrze, idź, Pikachu!
Przeciwnik Sayo używał Noctowla.
- Naprzód, Noctowl! Hipnoza!
Pikachu Sayo zasnął, a jego pasek obniżył się.
- Nie, Pikachu! Wstawaj! Nie możemy przegrać!
Jednak Pokemon smacznie chrapał. Noctowl zaatakował skrzydłem, znowu obniżając pasek elektrycznej myszy, ale to przynajmniej ją obudziło.
- Dobrze, Pikachu, musimy sporo nadrobić! Piorunująca fala!
Niestety, Noctowl nie miał żadnego problemu z wykonaniem uniku. Na nieszczęście Sayo, ptak znowu zaatakował i prawie pokonał Pikachu. Trzeba było coś zrobić!
- Pikachu! Unik! Unikaj cały czas!
Dobrze, że mysz była lepsza w unikach. Dało to Sayo czas na obmyślenie strategii. Nie myślała długo!
- Dobrze, Pikachu! Iskra!
Noctowl ominął iskry, ale...
- Teraz piorun kulisty!
...tego ataku już nie mógł ominąć! Okazało się, że piorun kulisty był uderzeniem krytycznym i Noctowl został wyeliminowany!
Publiczności bardzo spodobała się Sayo i jej Pikachu, dlatego nie szczędziła im braw. Po walce Sayo nastąpiła 20 - minutowa przerwa. Ja i Chad spotkaliśmy naszą przyjaciółkę w holu.
- Sayo! Niesamowita walka! - krzyknął Chad z daleka.
Banette podleciał do Sayo i zrobił wokół niej kilka kółek. Też bardzo się cieszył.
- Jej, dzięki, Chad... Bardzo się starałam, żeby tak wyszło...
- Jak zwykle jesteś za skromna! - powiedziałem, ściskając Jawiego, bo znowu wybierał się na wycieczkę.
Po chwili zjawił się Karol. Jemu też gratulowaliśmy wygranej. Niestety, nie było czasu na dłuższą rozmowę. Ostrzegliśmy jeszcze Sayo przed Swellowem i ruszyliśmy razem z Chadem na widownię, żeby zająć sobie miejsca.
Następnie zobaczyliśmy paręnaście wspaniałych walk Pokemon. Tak, jak myśleliśmy - Swellow był naprawdę mocny, ale Pikachu Sayo był lepszy według mnie. Karol radził sobie tak dobrze, że jego zwycięstwo było pewne. Walki trwały dopóki nie zostało po dwóch zawodników z każdej kategorii.
Nadszedł czas na ostatnią rundę konkursu. Najpierw o mistrzostwo w kategorii beauty walczył Magby z Charmanderem. Tak, jak myślałem - Magby wygrał cały konkurs. Następnie była kategoria cute. Mimo, że Clefairy walczyła naprawdę nieźle, nie mogła wygrać z Pichu i ten mały Pokemon wygrał. Następna była kategoria smart. Karol miał walczyć z jakimś wyglądającym na pewnego siebie chłopakiem.
- Naprzód, Bulbasaur!
- Idź, Roselia!
Roselia? Musiałem przegapić jej wcześniejsze walki, bo nie zauważyłem tego Pokemona. Walka się zaczęła.
- Naprzód, Bulbasaur, magiczne liście!
- Ekran świetlny, Roselia!
Magiczne liście zostały skierowane przeciwko Bulbasaurowi, co obniżyło jego pasek.
- Bulbasaur, nie poddawaj się! - krzynął Karol. - Teraz atak ciałem!
Niestety, Karol tego nie przemyślał. Roselia była niedużym Pokemonem, więc z łatwością uniknęła ataku.
- Teraz, Roselia! Taniec płatków!
Pasek Bulbasaura znowu się obniżył.
- Dobrze, Bulbasaur, nie będziemy się bawić! Słoneczny dzień!
Na arenie zrobiło się niezwykle gorąco. Wiedziałem, co Karol kombinuje - zamierzał przygotować słoneczny promień!
- Dobrze, Roselia! Słoneczny Promień!
- CO?!
Promień wystrzelony przez Roselię powalił Bulbasaura. Przeciwnik Karola wykorzystał jego strategię i wygrał. Nie mogłem w to uwierzyć... Mój przyjaciel przegrał... To nie mogła być prawda... Byłem tak zamyślony, że przegapiłem walkę tough. Dopiero, gdy Chad szturchnął mnie, zorientowałem się, co działo się dookoła. Pikachu Sayo walczył już ze Swellowem. Z satysfakcją zauważyłem, że pasek jaskółki był już trochę obniżony. Wstałem na nogi i krzyknąłem:
- Naprzód, Sayo, Pikachu! Wygracie!
Sayo kierowała Pikachu najlepiej, jak mogła, ale Swellow był dużo szybszy. Pasek elektrycznej myszy spadał co chwila. Nie! Tak nie mogło być! Sayo nie mogła przegrać!
- Dobrze, Pikachu! Atak gwiazdą!
Tym razem pasek Swellowa opadł. Ale to nie była nawet jego połowa... Należało coś zrobić, i to szybko. Ja nie mogłem nic, wymyślić, ale Sayo...
- Pikachu, szybki atak!
Pokemon znalazł się przy Swellowie! Teraz należało tylko przypuścić bezpośredni atak!
- Dobrze, Pikachu, iskra!
- Swellow, as powietrzny!
- CO?!
Swellow w ostatniej chwili uniknął ataku i uderzył Pikachu. Mysz już prawie przegrała, ale... Swellow upadł na arenę. Okazało się, że nie może się podnieść. Pochyliłem się, żeby usłyszeć, jak Chad mówi:
- Moc Pikachu go sparaliżowała! Teraz Sayo wygra!
I stało się to, co się miało stać.
- Pikachu, PIORUN!!!
Atak Pikachu powalił Swellowa za pierwszym razem.
Z tego, co się działo dalej, niewiele pamiętam. Pamiętam, że jak szalony podskakiwałem go góry, krzycząc, że Sayo jest najlepsza, ale i tak nie było mnie słychać przez wrzaski reszty publiczności. Tak, Sayo była zdecydowanie najlepsza!

Powrót do góry

Rozdział 65 - Powrót przyjaciela

- Szkoda, że już nas opuszczasz. - powiedziałem.
- Tak, też żałuję, ale jeszcze mam dużo do zrobienia. - odpowiedział Karol powoli. - Odznaki do zdobycia, Pokemony do wytrenowania... Tym razem chcę wygrać Zawody.
Karol wszedł na pokład statku. Byliśmy znowu w Lilycove i nasz przyjaciel już nas opuszczał. Był to ostatni statek w tym tygodniu odpływający do Olivine, więc nie mieliśmy więcej czasu. Te kilka dni to zdecydowanie za mało.
Sayo ściskała puchar, który wygrała w konkursie. Musiałem przyznać, że naprawdę na niego zasłużyła. Kiedy przypomniałem sobie, jaką trenerką była, kiedy pierwszy raz ją spotkaliśmy, stało się oczywiste, jak dużo się nauczyła. Kto wie, może kiedyś założy własny stadion?
Nie mieliśmy czasu na długie pożegnanie, gdyż statek zaczął odpływać. Szybko krzyknąłem parę słów pożegnania.
- Na razie, Karol! Spotkamy się w Lidze! Opiekuj się Furretem!
Nie usłyszałem, co odkrzyknął mój przyjaciel, gdyż zagłuszyła to syrena statku. S.S. Anne odpłynęła do Olivine.
Odpiąłem Pokeball z Fearowem od paska i przyjrzałem mu się z bliska.
- Co jest, Shubi? - spytał Chad.
- Nie, nic, naprawdę. Chyba... Pora na trening, czy coś w tym rodzaju, nie? - schowałem Pokeball i wyszczerzyłem zęby w szerokim uśmiechu.
- Jasne, jak zawsze!
Udaliśmy się do Centrum Pokemon, gdzie odebrałem zmęczone Pokemony, oraz skompletowałem nową drużynę. Przełamując barierę milczenia, opowiedziałem wreszcie profesorowi Elmowi co się stało z Lileepem.
- ...i właśnie tak to się stało. Niestety.
- Hm... Rozumiem teraz Twój smutek, Shubi. Niestety, czasem tak bywa. Nie możesz pozwolić, by to wpłynęło na twoje umiejętności.
- Nie, na pewno nie pozwolę. Dobrze, profesorze, muszę już kończyć. Zamierzam trochę potrenować... Do widzenia!
- Trenuj, trenuj, Shubi, jak najwięcej!
Rozłączyłem się, po czym razem z przyjaciółmi udaliśmy się na plażę.
- Dobrze, Chad, walczysz?
- Jasne, Shubi! A może powalczymy dwa na dwa?
- Dobry pomysł! - powiedział ktoś jeszcze.
Natychmiast się odwróciłem. Za mną stał średniego wzrostu chłopiec z czarnymi włosami. Miał na sobie niebieskie jeansy i sfatygowaną, białą koszulkę. W pierwszej chwili go nie poznałem, ale po chwili do mnie dotarło, z kim mieliśmy przyjemność.
- Joey?! To ty?!
Chłopak uśmiechnął się szeroko. Od naszego ostatniego czasu bardzo się zmienił.
- Tak, Shubi, to ja. Przyznaj się, nie poznałeś mnie?
- Zgadłeś... Co tutaj robisz?
- Podróżuję po Hoenn w poszukiwaniu rzadkich Pokemonów... Walczę, trenuję, łapię, wymieniam... Jak to trener. A to jest mój najnowszy Pokemon, złapany dzisiaj rano!
Joey wręczył mi dziwny, niebiesko-zielony Pokeball z paroma wypustkami.
- Co to za model?
- Netball. Do łapania słabszych Pokemonów. Swoją drogą, to dziwne, bo Pokemon wewnątrz do słabych nie należy. Tylko go otwórz!
Posłusznie otworzyłem Netballa. Ze środka wyszedł dziwny Pokemon, przypominający niebieskiego węgorza z końcem ogona wyglądającym jak ryba.
- Joey... Czy to jest Huntail? - spytał zaintrygowany Chad.
- Tak, Huntail. Fajny, co? Potrafi dużo ciekawych rzeczy! Mniejsza o to. - Joey wziął ode mnie Netballa i zawrócił Pokemona. - Mówiliście coś o walce dwa na dwa. Myślicie, że mogę dołączyć?
- Jasne, Joey! To jak, walczymy drużynowo?
- Tak, chętnie! Ja będę z Chadem, ok? - spytał Joey.
- Dobrze, więc Sayo będzie ze mną.
Stanęliśmy naprzeciw siebie.
- Dobrze! Każdy z nas może użyć dwóch Pokemonów, drużyna przegrywa, kiedy nie może wystawić żadnego Pokemona! - zarządziłem warunki, a pozostali je zaakceptowali. - Ok, Sayo, zaczynam! Idź, Grovyle!
- Naprzód, Jolteon!
Chad i Joey kiwnęli do siebie głowami, po czym wybrali Pokemony.
- Idź, Electrode!
- Naprzód, Spinda!
Nigdy nie widziałem takiego Pokemona, jak Spinda, więc wyjąłem Pokedex.
- Spinda, Pokemon nakrapiana panda. Mówi się, że każdy Spinda ma na ciele inny układ plamek. Nie spotkano jeszcze dwóch Spinda o takim samym układzie.
- Dobrze, walczymy! Grovyle, strzelaj nasionami!
Nasiona poleciały w kierunku Spindy.
- Bariera, Electrode!
- Teraz ty, Spinda! Psycho promień!
Bariera Electrode'a zatrzymała nasiona, a promień Spindy zranił Grovyle'a. Chad i Joey umieli współpracować.
- Shubi, nie przejmuj się, wygramy! Jolteon, piorun kulisty!
Piorun przełamał barierę i uderzył Spindę, ale Electrode przyjął większość ciosu na siebie. To było zrozumiałe. Jako elektryczny typ, Electrode miał częściową odporność na takie ataki.
- Dobrze, Spinda! Teraz zakop się!
Wiedziałem, co szykuje Spinda, ale nie przewidziałem, tego, co chciał zrobić Electrode.
- Dobrze! Teraz eksplozja! - zarządził Chad.
Electrode eksplodował dokładnie na środku wytyczonej przez nas areny, obsypując nas piaskiem. Kiedy wreszcie udało mi się wydłubać go z oczu, zauważyłem, że Jolteon leży nieprzytomny, a Grovyle ledwo się trzyma. Niestety, nie zdążyłem wydać najmniejszego rozkazu, gdyż Spinda właśnie w tym momencie wyskoczył z ziemi i znokautował go. Razem z Sayo zawróciliśmy Pokemony. Chad też musiał to zrobić, gdyż Electrode po eksplozji nie nadawał się do walki. Na jego miejsce Chad wysłał Mudkipa.
- Dobrze, Sayo, kończymy zabawę! Idź, Scizor!
- Jasne, Shubi! Naprzód, Ampharos!
Od razu wydałem Scizorowi polecenie!
- Scizor, atakuj tego Spinda! Stalowe szpony!
Szczypce Scizora zabłysły, gdy Pokemon przywalił Spindzie. Ponieważ stalowy Pokemon był bardzo silny, mały panda od razu upadł nieprzytomny.
- Wracaj, Spinda! Nieźle, Shubi, ale to nie konieć! Wybieram cię, Jumpluff!
A więc Skiploom Joey'ego ewoluował!
- Teraz twoja kolej, Ampharos! Piorunująca fala!
Jumpluffowi udało się wzlecieć w powietrze, ale Mudkip oberwał falą. Ku zdziwieniu Sayo, wodny Pokemon nie został sparaliżowany.
- Sayo, przecież Mudkip jest w połowie ziemny, a ziemne Pokemony mają odporność na elektryczne! Strzał błotem, Mudkip!
Sayo była kompletnie zaskoczona, gdy Ampharos oberwał błotem, a potem jeszcze dodatkowo kolczastymi zarodnikami Jumpluffa.
- Och nie! Wracaj, Ampharos! Wybacz, Shubi!
- Nic się nie stało, poradzę sobie! Scizor, szybki atak!
Pokemon chciał zaatakować Mudkipa, ale okazało się, że źle wymierzył odległość. Mały Mudkip z łatwością uniknął ataku.
- Dobrze, Jumpluff! Mega ssanie!
Mimo, że Scizor miał odporność na takie ataki, bardzo mocno oberwał. Jumpluff na pewno był jednym z najsilniejszych Pokemonów Joey'ego.
- Teraz ty, Mudkip! Wodna broń!
Scizor nie spodziewał się ataku z dwóch stron. Mimo wrodzonej zręczności upadł na piasek, nieprzytomny. Musiałem go zawrócić. Byłem pod wrażeniem umiejętności Joey'ego i Chada. Obaj byli naprawdę silni. Razem z Sayo pogratulowaliśmy im wygranej walki.
- Więc, Joey, - powiedziałem, gdy już obaj z Chadem przestali krzyczeć, że są najlepsi - co teraz zamierzasz zrobić?
- Cóż, Shubi... Skoro tu jesteście, to znaczy, że wybieracie się do Mossdeep. A więc zabiorę się z wami!
- Serio? Super!
Ucieszyliśmy się, że nasz stary kumpel postanowił się do nas dołączyć. Tego dnia było już za późno na podróż, więc postanowiliśmy wyruszyć następnego dnia. Byłem pewien, że na arenie Mossdeep wygram swoją siódmą odznakę!

Powrót do góry

Rozdział 66 - Morska podróż

Byłem bardzo zdziwiony, że Joey odnalazł nas w środku Hoenn, tak daleko od Johto i jeszcze na dodatek zechciał towarzyszyć nam w podróży! Podróż jest przyjemniejsza, jeśli są z tobą przyjaciele. Teraz pozostał tylko jeden problem.
- No i jak my się tam dostaniemy? - rzekł bardziej do siebie Chad, wrzucając kamień do morza.
Staliśmy sobie na molo w Lilycove i zastanawialiśmy się, jak dostać się do Mossdeep, które znajdowało się za morzem. Nie mieliśmy pieniędzy, żeby wynająć łódkę i nie mieliśmy czasu, żeby czekać na najbliższy statek. Tacy z nas byli zajęci ludzie!
- Myślę, że chyba mam lekarstwo na ten problem. - powiedział Joey, tajemniczo się uśmiechając.
Spojrzałem na przyjaciela. Joey wyjął z kieszeni żółty Pokeball - Ultraball i podrzucił go. Z piłki wyszedł wielgachny Pokemon i zanurzył się w wodzie. Pokemon ten był wielkim wielorybem i mógłbym się założyć, że zająłby pierwsze miejsce w konkursie na największego stworka.
- Joey... To jest Wailord! Skąd masz takiego Pokemona...? - spytał Chad, wyraźnie wstrząśnięty. Banette, dotychczas siedzący na ramieniu Sayo, wzniósł się w powietrze i nadął, chcąc pokazać, że też może być wielki, ale nie za bardzo mu to wyszło. Gwizdnąłem z podziwem, patrząc na Wailorda.
- Wymieniłem się... Oddałem mojego Magmara za tego Pokemona, ale opłacało się. - powiedział Joey. - To co, płyniemy do Mossdeep?
- Na... Wailordzie...? - spytała Sayo, najwyraźniej niepewna co do tego środka transportu.
- Jasne! Jest całkowicie bezpieczny, już na nim pływałem! Podpłyń tu, Wailord!
Wielgachny Pokemon podpłynął do molo tak blisko, jak tylko mógł. Z bliska wydawał się jeszcze większy. Joey bez problemu wdrapał się na grzbiet Pokemona.
- Chodźcie! To bezpieczne! - krzyknął z góry.
Sayo przy pomocy Banette weszła na Wailorda i usiadła zaraz za Joey'em. Spojrzałem na Chada.
- Dasz radę...?
- Shubi, ja się nie boję Pokemonów! No, w każdym razie nie takich.
- Ale ja miałem na myśli... No... Nie jesteś zbyt wysoki, wybacz...
Chad spojrzał na mnie piorunującym wzrokiem. Ja tylko uśmiechnąłem się niewinnie i, chcąc uniknąć dalszej kłótni, wspiąłem się na Wailorda. Jawie przez ten czas siedział na moim ramieniu. Okazało się, że Chad jednak miał problemy z dostaniem się na grzbiet wieloryba, więc wysłałem Fearowa do pomocy. Na grzbiecie Wailorda Chad usiadł do mnie tyłem, obrażony. Nie mogąc powstrzymać uśmiechu, zawróciłem Fearowa.
- Dobrze, Wailord! Ruszaj! Kierunek - Mossdeep!
Pokemon wydał przeraźliwy dźwięk, przypominający syrenę przeciwpożarową, po czym ruszył w drogę. Przyjemnie było płynąć na grzbiecie wielkiego wieloryba. Słony wiatr uderzał w twarz (albo w tył głowy, w przypadku Chada), Seele wyskakiwały z wody, by się nam przyjrzeć, a my płynęliśmy do Mossdeep. Trzymałem mocno Jawiego, żeby zapobiec jego wycieczkom, a Banette siedział na kolanach Sayo. Lilycove znikło nam z zasięgu wzroku po około dwóch godzinach. Wtedy Chad rozchmurzył się i razem z nami rozkoszował się podróżą.
- Joey, jak szybko potrafi płynąć Wailord? - zapytałem.
- Nie jestem pewien, Shubi, ale jeśli chodzi ci o to, jak szybko dopłyniemy do Mossdeep, to myślę, że gdzieś tak pod wieczór będziemy na miejscu. Może późnym wieczorem, jeśli coś nas zatrzyma.
Położyłem się na plecach i spojrzałem w niebo. Pogoda była idealna - na niebie było tylko chmurek. Nawet nie zauważyłem, gdy...
- Shubi! Jawie nawiał!
Zerwałem się na równe nogi, co było błędem. Nie złapałem równowagi i ześliznąłem się z grzbieru Wailorda. Kątem oka zobaczyłem, że Jawie został już złapany przez Chada, ale mnie czekała kąpiel. W ułamku sekundy znalazłem się w zimnej, słonej wodzie. Potrafiłem pływać, więc wypłynąłem na zewnątrz, odgarnąłem z czoła mokre włosy i mrugając oczami, starałem się dostrzec, gdzie popłynęli moi przyjaciele. Na szczęście byli niedaleko, więc ruszyłem w ich kierunku. W duchu przeklinałem moją nieostrożność - czekało mnie suszenie ubrań. Na szczęście plecak razem z ważnymi rzeczami został na Wailordzie.
Do Pokemona dzieliło mnie jeszcze paręnaście metrów, gdy poczułem, że coś mnie wciąga pod wodę. To było tak nagłe, że nie zdążyłęm złapać powietrza. Obejrzałem się i zauważyłem, że byłem ciągnięty na dno przez Gyaradosa. Koniec nogawki moich spodni zaczepił o jedną z ostrych płetw grzbietowych Pokemona. Pomimo mojego szarpania, nie udało mi się uwolnić nogi. Robiło się coraz ciemniej w miarę jak Pokemon ściągał mnie w dół. Na szczęście, w ostatnim momencie przypomniał mi się pewien Pokemon. Szybko sięgnąłem do paska, bo brakowało mi powietrza.
- Idź, Sharpedo! - krzyknąłem, ale z moich ust wydostał się tylko wielki bąbel powietrza - ostatniego, jakie mi zostało. Potem była już tylko ciemność...

***


Stałem sobie na łące, wokół której rósł las. Rozejrzałem się, bo było tam dziwnie. Tak... jakoś spokojnie. Przede mną unosił się mały, zielony Pokemon. Gdy mnie spostrzegł, pokręcił łebkiem, klasnął w łapki, po czym znikł. I nagle poczułem, że lecę głową w dół, prosto na małą wysepkę na środku morza... Tego już nie mogłem przeżyć.
Podniosłem głowę. W ustach miałem pełno piachu, parę minut zajęło mi wypluwanie go. Rozejrzałem się. Żyłem na pewno, bo bolało mnie gardło. Na pewno po słonej wodzie. Znajdowałem się na małej wysepce na środku morza. Był to już wieczór, słońce zachodziło... a może wschodziło? Jak długo tam byłem? Wstałem i rozejrzałem się dokładniej, lecz niczego nowego nie zauważyłem. Znajdowałem się na plaży, przede mną znajdowało się morze, za mną gęsty las. Pomyślałem, że mógłbym wysłać jakiegoś Pokemona na zwiad. Sięgnąłem do paska... ale nie miałem przy sobie żadnego Pokemona!
- Ale... Ale... Miałem je przy sobie, gdy spadłem z Wailorda! Gdzie one... Charizard, Grovyle, Scizor, Fearow, Sha... Sharpedo!
Przypomniałem sobie, jak wypuściłem Pokemona z Pokeballa. Gdzie on teraz był...? Spojrzałem jeszcze raz na morze. Nagle z wody wyskoczył Pokemon przypominający rekina - właśnie Sharpedo. Odetchnąłem z ulgą. Ale Sharpedo nie był sam... Za nim z wody wyskoczył inny Pokemon, wyglądający raczej jak pirania. Na pewno była to Carvanha. Sharpedo podpłynął do mnie. Spojrzałem w oczy Pokemona. Po raz pierwszy widać w nich było... szczęście? Uśmiechnałęm się do Pokemonów.
- Sharpedo, nie wiesz, gdzie są pozostałe Pokemony?
Na to pytanie Pokemon nawet nie musiał odpowiadać, gdyż usłyszałem skrzek Fearowa, lecącego w moją stronę. Odwróciłem się i zobaczyłem, że Fearow i Charizard leciały ponad lasem, a na plaży, nieopodal, odpoczywał Grovyle, a obok niego Scizor. Pokemony urządziły sobie po prostu wakacje! Fearow wylądował na moich ramionach, jak to miał teraz w zwyczaju, natomiast Charizard usiadł na piasku. Zawróciłem Fearowa do Pokeballa i znowu spojrzałem na Sharpedo i Carvanhę. Przypomniało mi się moje pierwsze spotkanie z Sharpego. Pokemon ten przybył do Johto na pewno z Hoenn. Tutaj był dom Sharpedo i tutaj na pewno będzie szczęśliwy... Wszedłem po kolana do wody i pogłaskałem Pokemona.
- Cóż, Sharpego... Wszystkiego najlepszego. Wiem, że będziesz tu szczęśliwy... Razem z ukochaną. Bądźcie szczęśliwi.
Sharpedo ucieszył się, że pozwoliłem mu zostać w tamtym miejscu, ale na pewno był smutny z powodu rozstania. Nie chcąc przedłużać pożegnania, oba Pokemony odpłynęły. Wyszedłem z wody i otrzepałem spodnie z piachu. Spojrzałem na morze i zauważyłem, że Sharpedo wyskorzył z wody, żeby jeszcze raz na mnie spojrzeć.
- Wiem, Sharpedo. Ja też o tobie nigdy nie zapomnę.
Słońce już zaszło Na horyzoncie było widać mnóstwo światełek, pochodzących od Mossdeep. Zawróciłem Grovyla i Scizora.
- Naprzód, Charizard. - powiedziałem, wspinając się na grzbiet Pokemona. - Lecimy do Mossdeep!

Powrót do góry

Rozdział 67 - Stacja kosmiczna

Wysepkę i miasto Mossdeep nie dzieliła taka duża odległość, więc lecący Charizard pokonał ją w około godzinę. Oczywiście, bardzo go to zmęczyło. Tak więc mieliśmy lądownie awaryjne na plaży. Zawróciłem wycieńczonego Pokemona i ruszyłem w kierunku miasta ledwo widoczną w ciemnościach drogą. Noc była bardzo jasna i bezchmurna. Miałem szczęście, że natrafiłem na pełnię księżyca, w innym wypadku mogłem nie widzieć ścieżki.
Nie musiałem długo iść, po parunastu minutach zauważyłem światła Mossdeep. Nie było to duże miasto, ale leżało w strategicznym punkcie. Często zatrzymywały się tam statki, które zaskoczył sztorm. Dodatkowo, na tej samej wyspie znajdowała się stacja kosmiczna.
Dotarłem do Centrum Pokemon. Zdziwiłem się, że było jeszcze otwarte. Najwyraźniej nie było tak późno. Wszedłem do środka. Sekundę później usłyszałem, jak coś małego biegnie w moją stronę, w następnej sekundzie to coś wskoczyło mi na ręce.
- Jawie! Tak, ja też się cieszę, że cię widzę... Jak się masz? - spytałem wiercącego się w moich ramionach Pokemona.
- Shubi! Jesteś!
To podbiegła Sayo.
- Tak się martwiliśmy... Co się z tobą stało?
Spojrzałem ponad jej ramieniem na stolik, od którego wstała. Siedział przy nim Joey i właśnie starał się dobudzić Chada, który spał smacznie z twarzą w pustym talerzu po zupie.
- Sayo, poczekaj, zaraz usiądę z wami i opowiem wszystko, tylko oddam Charizarda, musi trochę odpocząć...
- Dobrze, Shubi. - powiedziała dziewczyna i wróciła do stolika.
Podszedłem do lady. Siostra Joy bardzo zdziwiła się, że miała pacjenta o tak późnej porze, ale oczywiście przyjęła Charizarda. Podziękowałem, po czym usiadłem z przyjaciółmi przy stoliku.
- Ale jestem zmęczony... - powiedziałem. - Nie uwierzycie, co mi się przydarzyło...
- Znowu uratowałeś świat? - spytała Sayo z figlarnym uśmiechem.
- Nie, nie tym razem...
Chad wydał jakiś dziwny odgłos, po czym podniósł głowę z talerza i spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem. Do czoła miał przyczepioną kluskę z zupy. Parsknąłem śmiechem, po czym opowiedziałem przyjaciołom całą historię o moim lądowaniu na wysepce.

***


Następnego dnia pozwoliłem sobie na dłuższy sen, bowiem bardzo chciałem odpocząć. Kiedy obudziłem się, było już po południu. Wstałem z łóżka, ubrałem się i poszedłem sprawdzić, co z Charizardem.
- Dzień dobry, Siostro Joy. czy mój Charizard jest już zdrowy?
- Dzień dobry, Shubi. Tak, możesz już go wziąć. Właśnie podałam mu posiłek.
Zobaczyłem przez okno, że Charizard siedzi na trawie i w najlepsze pożera wielkie kawały mięsa. Podziękowałem Siostrze Joy za opiekę nad Pokemonem, po czym wyszedłem na zewnątrz. Charizard zerwał się na nogi, gdy mnie zobaczył. Uśmiechnąłem się do Pokemona.
- Jeszcze raz dziękuję, gdyby nie ty, Charizard, zostalibyśmy na tej wysepce...
Wielki jaszczur wypiął dumnie pierś i zionął ogniem w powietrze. Uśmiechnąłem się szerzej i zawróciłem go do Pokeballa. W tej samej chwili nadeszli moi przyjaciele.
- To jak, Shubi? Idziemy pozwiedzać? - spytał Chad. Do tej pory nie mogłem powstrzymać się od śmiechu, gdy przypomniałem sobie, jak wyglądał z kluską na czole.
- No jasne! I koniecznie musimy zajść na stadion. W końcu po to tu przybyliśmy.
Banette zawirował nad głową Sayo. Ruszyliśmy obejrzeć miasto. Koniecznie chciałem zajść coś zjeść, ponieważ od poprzedniego dnia nic nie jadłem i byłem strasznie głodny. Po wielkim posiłku kontynuowaliśmy zwiedzanie. Obowiązkowym punktem wycieczki była stacja kosmiczna. Chad bardzo chciał się jej przyjrzeć. Niestety, nie wpuszczono nas do środka, ponieważ właśnie testowano silniki nowej rakiety. Chad oparł się o siatkę i westchnął ze smutkiem.
- Jeeeeej... Pierwszy i pewnie ostatni raz w życiu jestem w Mossdeep i nie mogę zobaczyć jedynej takiej na świecie stacji kosmicznej...
Też żałowałem, ale nic nie można było na to poradzić.
- Shubi, chyba Jawie Ci nawiał... - powiedział Joey.
Spojrzałem na ziemię. Jawie właśnie przedostał się na teren stacji przechodząc przez małą dziurę w siatce.
- Jawie! Wracaj! Tam nie wolno wchodzić! - krzyknąłem do Pokemona
Totodilek wprawdzie odwrócił się, co było już dużym sukcesem, ale totalnie zignorował polecenie.
- Jawie... Ostrzegam! - pogroziłem krokodylkowi, ale to nie odniosło żadnego skutku.
- Shubi, biegnijmy do bramy wjazdowej, muszą nas wpuścić! - powiedziała szybko Sayo.
Zrobiliśmy tak, jak powiedziała nasza przyjaciółka. Przy bramie stało dwóch uzbrojonych strażników. Podszedłem do jednego z nich.
- Przepraszam pana... Ja... Znaczy... Mój Totodile wszedł na teren stacji przez dziurę w siatce, czy mogę po niego pójść?
- Absolutnie nie. Wejście jest zabronione.
- Wybaczy pan, panie strażniku, ale jeśli siatka nie byłaby uszkodzona, do ucieczki Pokemona by nie doszło. - powiedział Chad oficjalnym tonem. - W zaistniałej sytuacji musi nas pan wpuścić, ponieważ Pokemonowi może stać się krzywda na terenie stacji, a tym Liga Pokemon na pewno się zainteresuje.
Straźnicy wymienili spojrzenia.
- Dobrze... Wejdźcie, ale łapcie tego Pokemona i szybko wychodźcie. Jeśli ktoś się o tym dowie, wszyscy będziemy mieć kłopoty.
Wbiegliśmy na teren stacji.
- Chad, nie wiedziałem, że z ciebie taki dyplomata! - powiedział Joey.
- Eee tam. To logika.
Ruszyliśmy w kierunku wielkiego budynku stacji. Obok zabudowań stały wielkie rusztowania. Pobiegliśmy w ich stronę, ponieważ pomyślałem, że one mogły najbardziej zainteresować małego Pokemona. Niestety, okazało się, że przy rusztowaniach nie było Jawiego.
- No i gdzie on teraz jest? - spytał sam siebie Joey, rozglądając się.
- Jestem po prostu pewien, że tu był. - powiedziałem. - Po prostu gdzieś stąd poszedł...
- Na pewno tam! - krzyknął Chad, wskazując uchylone drzwi do największego budynku w całej stacji. Na pewno było to coś w rodzaju hali produkcyjnej. Wiedzieliśmy, że nie wolno było wchodzić do środka, zwłaszcza, że na drzwiach wisiał zakaz, ale zmuszeni byliśmy go złamać.
Chad pierwszy wszedł do hali. My weszliśmy zaraz za nim. Hala była bardzo przestronna. Miała dwa poziomy, żeby dostać się na drugi, trzeba było wspiąć się po drabince. Oba poziomy były połączone - wyższy służył raczej do obserwacji. Obecnie, na środku hali leżały wielkie części rakiety i innych pojazdów kosmicznych. Oprócz nich, w pomieszczeniu znajdowało się mnóstwo wielkich skrzyń, niektóre otwarte. Jawie stał na jednej z nich i próbował zajrzeć do środka. Szybko podbiegłem i złapałem Pokemona.
- Jawie, jak nie będziesz się mnie słuchał, schowam cię do Pokeballa. - pogroziłem Pokemonowi, po czym wróciłem do przyjaciół.
Zaproponowałem powrót, ale Chad koniecznie musiał się rozejrzeć. Podszedł do czegoś przypominającego wielki silnik i zajrzał do czegoś w rodzaju rury wydechowej tak głęboko, że nie było widać jego głowy.
- Chad! Zostaw! - krzyknąłem. - Spadamy!
- Ale Shubi! - usłyszałem stłumiony głos przyjaciela. - Tutaj jest...
- Co wy...
- ..tu robicie?!
Właścicielami obu głosów była para nastolatków, chłopak i dziewczyna, niewiele starszych ode mnie, a być może nawet w moim wieku. Oboje wyglądali prawie tak samo - mieli czarne włosy, niebieskie oczy i ubrani byli w dziwne, biało-fioletowe ubrania. Mógłbym przysiąc, że byli bliźniętami.
Chada tak zaskoczyło ich pytanie, że wprost wyskoczył z rury wydechowej, strasznie pobrudzony. Zauważyłem, że trzymał coś w ręku.
- Eee... ja... my...
- Wdarliście się bezprawnie... - zaczął chłopak.
- ...na teren stacji! - dokończyła dziewczyna.
- Ale ja... ten... o, właśnie - bąknął Chad, wyciągając przed siebie rękę.
- Czy to jest część...
- ...tego silnika? Czemu go...
- ...popsułeś?!
- Ja go wcale nie... eee... nie popsułem - powiedział powoli Chad, nie bardzo wiedząc, z kim właściwie rozmawia. Bliżnięta w jakiś sposób kończyły swoje wypowiedzi po sobie... Zupełnie, jakby komunikowali się telepatycznie.
- Skoro go nie popsułeś...
- ...to co robiłeś?
- Zauważyłem, że ta część tkwi w środku i skutecznie blokuje przepływ paliwa... Bez tego nie zadziała.
Bliźnięta spojrzały po sobie.
- Skąd wiedziałeś, że ten silnik...
- ...jest uszkodzony? I skąd wiedziałeś...
- ...jak go naprawić?
- Trochę się interesuję... eee... wszystkim... Przepraszam, że wtargnęliśmy na teren stacji, ale szukaliśmy tego Totodila. - rzekł Chad, wskazując na Jawiego.
- Prawdę mówiąc, już mieliśmy...
- ...wezwać policję, ale chyba już...
- ...nie musimy. Pomogłeś nam z tym silnikiem...
- ...który już od dawna nie działał. Chyba...
- ...nie zostaliśmy sobie przedstawieni.
- Ja jestem Tate.
- A ja Liza. Jesteśmy oboje...
- ...liderami sali w Mossdeep. Czy jest jakiś...
- ...sposób, żebyśmy mogli się...
- ...wam odwdzięczyć? Cokolwiek?
Rozpromieniłem się. Właśnie mieliśmy iść na stadion Mossdeep! Stanąłem obok Chada, uważając, żeby się nie pobrudzić.
- Tate, Lizo, ja jestem Shubi, a to jest Chad. To są nasi przyjaciele, Joey i Sayo. Wybaczcie nam, że weszliśmy na teren stacji. Naprawdę musieliśmy.
- Już nie musisz się...
- ...niczym martwić, Shubi. Już...
- ...jest wszystko załatwione. Czy jest coś...
- ...co możemy dla was zrobić?
- Tak, jest jedna rzecz. Chciałbym prosić, o ile to możliwe, o mecz. Chciałbym wyzwać was na mecz o odznakę!

Powrót do góry

Rozdział 68 - Rysunek

Stanąłem na miejscu trenera. Na szczęście Tate i Liza nie odmówili mi meczu, więc oto nadeszła szansa na zdobycie siódmej, przedostatnej odznaki!
- Dobrze, Shubi! To będzie mecz...
- ...o Odznakę Umysłu! Pozwól więc...
- ...że wyjaśnimy ci zasady! W tej walce...
- ...będziesz musiał użyć czterech Pokemonów, gdyż...
- ...będzie to walka dwa na dwa! Ja i Liza użyjemy...
- ...po dwa Pokemony, przeciwko Twoim. Jeśli uda ci się...
- ...pokonać nas w walce dwa na dwa...
- ...Odznaka Umysłu będzie twoja. Czy...
- ...akceptujesz warunki?
Prawdę mówiąc, ciężko było nadążyć za Tate i Lizą, ale na takie warunki mogłem przystać.
- Dobrze, walczmy więc!
- W takim razie...
- ...twoja walka się zaczęła!
- Naprzód, Alakazam!
- Idź, Gardevoir!
Strategię przemyślałem wcześniej, dlatego nie wahałem się ani chwili z wyborem Pokemonów.
- Scizor, Grovyle, wybieram was!
- Dobrze, Shubi, jesteś gotowy?
- Zawsze i wszędzie!
- Więc walczymy! Alakazam, promień zamieszania!
- Gardevoir, psychokineza!
Pokemony Tate i Lizy atakowały błyskawicznie. Musiałem szybko reagować.
- Grovyle, uskocz! Scizor, odleć!
Grovyle wprawdzie uskoczył, ale Scizor nie zdążył i oberwał najpierw promieniem, a następnie atakiem psychicznym.
- Shubi! Zawróć Scizora! - krzyknął Chad, który razem z Sayo i Joey'em siedział na ławce z boku areny Mossdeep. - Skołowany ci nie pomoże!
- Nie mogę! Jeśli go zawrócę to będzie tak, jakby przegrał!
Szybko myślałem nad taktyką. Scizor był tak skołowany, że nie mógł walczyć, więc należało go osłonić.
- Dobrze! Grovyle! Teraz magiczne liście!
- Podwójna drużyna, Gardevoir!
- Alakazam, pomocna dłoń!
Tate i Liza poza walką byli prawie że jedną osobą, ale w czasie pojedynku każde z nich walczyło swoim stylem. Zacisnąłem zęby, gdyż wiedziałem, że mecz nie będzie łatwy.
- Teraz odcinacz furii, Grovyle!
Roślinny Pokemon ruszył w kierunku kopii Gardevoira.
- Alakazam, psychopromień! - rozkazał szybko Tate.
Promień wystrzelony przez Alakazama odrzucił Grovyle'a tak, że Pokemon upadł boleśnie tuż obok mnie.
- Nie, Grovyle! Jesteś w stanie walczyć? Chyba cię zawrócę, zmęczyłeś się...
Pokemon wcale nie chciał o tym słyszeć. Zaraz wstał na nogi i mimo paru ran, nadal chciał walczyć. Byłem pełen podziwu dla jego uporu.
- Grovyle, musisz osłonić Scizora... Dopóki będzie skołowany, nie będzie w stanie walczyć...
- Grovyle!
Grovyle znowu wybiegł przed zataczającego się Scizora.
- Kończymy z nim! Psychopromień, Alakazam!
- Ty też, Gardevoir!
- UNIK, GROVYLE!!!
Roślinny Pokemon w ostatniej chwili odskoczył, ale oba promienie uderzyły Scizora i wgniotły go w ścianę tuż za mną. Tate i Liza byli naprawdę silni...
- W-wracaj, Scizor!
Pokemon znikł w Pokeballu. Spojrzałem na przyjaciół, którzy siedzieli na ławce i obserwowali mecz. Chciałem poprosić ich o radę, chociaż, prawdę mówiąc, miałem plan...
- Dobrze... Idź, Jawie!
- CO?!
Wszyscy moi przyjaciele wstali z ławki.
- Shubi! Jak to?
- Nie możesz! Jawie jest za mały!
- Chcesz przegrać?
Ja wiedziałem swoje.
- Jawie już udowodnił co potrafi, podczas walki ze Slakingiem... Wiem, że sobie poradzi. Atakuj, Jawie!
Mały Totodilek wybiegł na arenę i stanął obok Grovyla. Oba Pokemony były gotowe do walki. A w mojej głowie skleił się pewien plan...
- Dobrze, Jawie! Wodna broń w Gardevoira!
Liza od razu zareagowała.
- Gardevoir, podwójna drużyna!
- Teraz, Grovyle! Magiczne liście! We wszystkie kopie!
Gardevoir wytworzył mnóstwo kopii, które zaczęły krążyć wokół niego. Magiczne liście Grovyle'a poleciały w ich kierunku i uderzyły oryginał!
- Dobrze, Jawie, teraz ty! Gryź!
Atak typu ciemność w mig rozprawił się z psychicznym Pokemonem. Liza musiała zawrócić Gardevoira. Udało mi się wyrównać, co teraz?
- Dobrze! Shubi, jestem pod wrażeniem twoich umiejętności! Ale nie będzie ci łatwo! Naprzód, Solrock!
Znowu Solrock... Pamiętałem, jaką trudną walkę musiał stoczyć z nim Feraligatr podczas walki z Roxanne. Na szczęście, ponieważ już kiedyś spotkałem się z tym Pokemonem, wiedziałem, co zrobić.
- Dobrze, Jawie, wodna broń! Celuj w te skalne wypustki!
Pokemonek szybko zaatakował, powodując, że Solrock zaczął się obracać wokół własnej osi. Zupełnie, jak podczas tamtej walki....
- Liza, wiesz, co robić?
- Jasne, że wiem, Tate!
- Alakazam, zatrzymaj Solrocka!
- Solrock, psychopromień!
Alakazam używając swoich psychicznych mocy zatrzymał obracającego się Solrocka. Mimo wszystko, byłem pod wrażeniem tej sztuczki, gdyż Solrock od razu po zatrzymaniu się zaatakował promieniem. Centralnie w biednego Grovyle'a.
- Wracaj, Grovyle!
Myślałem szybko nad kolejnym Pokemonem. Na szczęście w Centrum zmieniłem drużynę, więc miałem nowe Pokemony pod ręką.
- Idź, Shelgon!
Zostały mi tylko dwa Pokemony, podczas gdy Tate i Liza mieli jeszcze trzy. Musiałem ostrożnie kierować swoimi stworkami.
Bliźniaki spojrzały na mnie. Poczułem, jakby przewiercała mnie na wylot ich psychiczna moc... Zupełnie, jakby czytali mi w myślach! A może rzeczywiście czytali?
- Shelgon, oddech smoka! Wodna broń, Jawie!
- Solrock, bariera!
- Psychopromień, Alakazam!
Znowu nie przemyślałem strategii, bojąc się, że Tate i Liza wiedzą, co chcę zrobić. Powinienem myśleć!
Promień bardzo mocno uderzył Shelgona, a Jawie schował się za nim.
- Shelgon... Żelazna obrona!
Następne promienie wysyłane przez Alakazama i Solrocka tylko odbijały się od muszli Shelgona.
- Teraz ty, Jawie! Wskocz na Shelgona i przygotuj się!
Kiedy tylko Totodilek znalazł się na Shelgonie, rozkazałem smokowi biec z pełną szybkością na Alakazama.
- Alakazam, szybko! Hiper promień!
Psychiczny Pokemon skrzyżował łyżki, które trzymał w dłoniach i przygotwał promień. Kątem oka ujrzałem, że Jawie dziwnie się wpatruje w poczynania Alakazama...
Hiper promień wypalił. W następnej sekundzie Shelgon leżał obok mnie, a na jego muszli były liczne pęknięcia. Pokemon potrzebował szybkiej interwencji Siostry Joy. Jawie natomiast był ciągle zdolny do walki! Zdumiewające były jego upór i wola walki, nawet Tate i Liza musieli to przyznać.
- Shubi, w tej sytuacji został...
- ...ci tylko jeden Pokemon!
- Może chcesz przerwać...
- ...walkę? Nie chcemy narażać...
- ...twojego Totodile'a na ciężkie rany.
Spojrzałem na Jawiego. Pokemon ten był niewielki i młody, ale było w nim coś, co kazało mi wierzyć w jego umiejętności.
- Nie, nie przerwiemy, chyba, że Jawie zechce.
Tate i Liza zdziwili się, ale uszanowali moją decyzję.
- W tej sytuacji, Shubi...
- ...nie będzie taryfy ulgowej. Wiesz...
- ...że będziemy walczyć najlepiej...
- ...jak umiemy!
- Nie chcę taryfy! Jawie, podwójna drużyna!
Pojawiło się mnóstwo małych Totodile'ów. Ale nie kilka. Dziesiątki. Mnóstwo. Alakazam i Solrock mieli problemy ze zlokalizowaniem prawdziwego.
- Teraz, Jawie! Wodna broń!
W pewnym momencie wszystkie kopie znikły i został tylko jeden Jawie. I wtedy Pokemon zaatakował niezwykle silną wodną bronią Alakazama, powalając go zupełnie.
- Wracaj, Alakazam! Nieźle, Shubi! Nie spodziewałem się tego po tym małym Totodile'u! Idź, Lunatone!
Okazało się, że Lunatone był odpowiednikiem Solrocka. Solrock był kamiennym słońcem, Lunatone natomiast był księżycem. Oba Pokemony pasowały do siebie.
- Dobrze! Solrock, psychofale!
- Lunatone, kosmiczna siła!
Jawie naprawdę mocno oberwał tymi atakami. Tak mocno, że ledwo wstał.
- Jawie, może zakończymy mecz? Nie męcz się! - powiedziałem niepewnie.
Krokodylek pokręcił łebkiem i wstał na nogi. Nie chciał przegrać. Nie chciał mnie zawieść.
- Solrock, psychopromień!
- Lunatone, psychopromień!
- Jawie... HIPER PROMIEŃ!!!
Następne wydarzenia trwały niezwykle szybko. Kamienne Pokemony zaatakowały psychopromieniem, ale zanim dosięgły one Jawiego, Totodile otworzył pyszczek i zaatakował najsilniejszym hiper promieniem, jaki kiedykolwiek widziałem. Promień ten zmiótł obu jego przeciwników i pokonał ich od razu, sprawiając, że na arenie wzbił się kurz. Kiedy ten opadł, wszyscy zauważyliśmy, że Solrock i Lunatone leżą nieprzytomni, a Jawie utrzymuje się ledwo na nogach.
- Mecz skończony. - rzekł Tate, zawracając Lunatone'a.
- Wygrałeś, Shubi. - powiedizała Liza, uśmiechając się, po czym również schowała swojego Pokemona do Pokeballa.
W tym momencie Jawie uznał, że już może odpocząć, więc padł jak długi na arenę. Należało mu się! Podbiegłem do niego, wziąłem na ręce i ścisnąłem.
- Dzięki, Jawie! Dzięki, dzięki, dzięki! DZIĘKI!!! Dzięki tobie zdobyliśmy siódmą odznakę!
Niestety, Totodile był tak zmęczony, że nie miał siły się cieszyć. Odwróciłem się do przyjaciół, śmiejąc się. Zauważyłem, że wszyscy troje stali jak wryci i nie mogli wykrztusić słowa. Pierwszy odezwał się Chad.
- Shubi... Wtedy, gdy Jawie był na Shelgonie... Zrobił Sketch, prawda? Rysunek? Atak z tego TMu...?
- Tak! - odpowiedziałem, rozpromieniony. - Całe szczęście, że to zrobił, ja sam o tym zapomniałem... Jeszcze raz dzięki, Jawie...
To prawda, że Jawie sam zaatakował rysunkiem. Dzięki temu skopiował dla siebie Hiper Promień. Już na zawsze.
Tate i Liza podeszli do mnie.
- Shubi, naprawdę jesteśmy...
- ...pod wrażeniem twoich umiejętności. Przyjmij więc...
- ...tę oto Odznakę Umysłu na dowód...
- ...że pokonałeś nas w uczciwej walce. Życzymy ci...
- ...powodzenia w Lidze Pokemon!
Gapiłem się na bliźniaki, nie bardzo wiedząc, z kim rozmawiać, więc podziękowałem najpierw Lizie, potem Tate, po czym wziąłem odznakę. Odznaka Umysłu... Już tak blisko Ligi Pokemon!

Powrót do góry

Rozdział 69 - Lodowa jaskinia

Jawie, Grovyle, Scizor i Shelgon długo odpoczywali w Centrum Pokemon. Należało im się. Walka była bardzo ciężka, a wygrywając ją, stanąłem o krok od Ligi Pokemon.
- Shubi, jak się czujesz? Jesteć cały czerwony. - powiedziała Sayo, gdy siedzieliśmy przy stoliku w Centrum Pokemon i czekaliśmy na moje Pokemony.
- To z wrażenia, Sayo. Nie mogę uwierzyć...
Wyciągnąłem wszystkie siedem odznak i obejrzałem je dokładnie. Każda przypominała mi o ciężkiej walce, jaką musiały stoczyć moje Pokemony, bym mógł zdobyć te kawałki metalu. Roxanne, Brawly, Wattson, Flannery, Norman, Winona, Tate i Liza... Żadne z nich nie oddało swojej odznaki łatwo...
- Brakuje jeszcze tylko jednej... I będę mógł startować w Lidze!
- Będziemy tam z tobą, Shubi! - powiedział Chad.
Uśmiechnąłęm się, po czym poszedłem po Pokemony, które właśnie zostały uzdrowione. Następnie wykonałem krótki telefon do Profesora Elma, po czym wróciłem do stolika i położyłem na nim pięć Pokeballi.
- Gligar, Hitmonchan, Tropius, Grovyle i Breloom. Najwyższa pora na zmianę drużyny. - rzekłem sam do siebie.
Joey bardzo chciał zobaczyć mojego Tropiusa, ale powiedziałem mu, że pokażę później.
- Gotowe. Chodźmy! Przed nami droga do Sootopolis...
Wyszliśmy z Centrum Pokemon, kierując się do portu. Jawie dreptał wesoło i grzecznie koło mnie. Nie do pomyślenia, że taki mały Totodile może być tak wspaniałym wojownikiem! Banette, teraz siedzący na głowie Sayo, przez cały mecz patrzył na Jawiego trochę zazdrośnie. Pewnie też chciał udowodnić przyjaciółce, jak dobrze walczy.
Spacer do portu nie zajął nam dużo czasu. Kiedy znaleźliśmy się na miejscu, udaliśmy się na koniec najdłuższego mola, żeby Joey mógł wypuścić swojego Wailorda. Chłopiec już sięgał po Ultraball, gdy usłyszeliśmy krzyki. Odwróciliśmy się, zaciekawieni. Obok głownego budynku portu stało czterech marynarzy i coś krzyczeli do przechodzących ludzi. Może to były zwidy, ale z tamtej odległości wydawało mi się, że marynarze ci mają podarte ubrania i pełno ran na ciele.
- Dobrze... Wybieram cię, Wailord! - krzyknął Joey, nie zwracając uwagi na zajście.
Ja jednak postanowiłem dowiedzieć się przynajmniej, o co chodziło.
- Poczekajcie na mnie chwilę... Zaraz wrócę.
Pobiegłem w kierunku marynarzy, zostawiając przyjaciół z tyłu. Kiedy znalazłem się na miejscu, żeglarze zostali już odprowadzeni przez swoich kolegów po fachu. Chociaż rozglądałem się uważnie, nie zauważyłem, dokąd poszli.
- Niech to szlag... Może się stało coś złego...
Przypadkowo podsłuchałem rozmowę dwojga przechodzących ludzi.
- Słyszałeś? W Lodowej Jaskini podobno coś się dzieje... Ci marynarze wrócili stamtąd poturbowani...
- Przepraszam! Przepraszam, co to za Lodowa Jaskinia?
Ludzie się odwrócili i spojrzeli na mnie dziwnie. Po chwili zorientowali się, że gadają z turystą, więc uśmiechnęli się wyrozumiale.
- Lodowa Jaskinia, nieco na północ od Mossdeep. Nazywa się tak, ponieważ w środku została zachowana temperatura zimowa... Parę stopni na minusie. Można spotkać tam wiele lodowych Pokemonów. Pewnie słyszałeś tych marynarzy... Biedacy, wrócili stamtąd, podobno Pokemony są czymś zdenerwowane...
Mieszkańcy odeszli, zostawiając mnie sam na sam z dylematem. Zanim sam podjąłem decyzję, została ona już podjęta.
- To co, Shubi, gdzie się udajemy? - spytał Chad z uśmiechem na ustach.
- Do Lodowej Jaskini. - rzekłem, szczerząc zęby.
Jawie wskoczył mi na ramię, po czym ruszyliśmy drogą wskazaną przez przechodniów. Szybko doszliśmy do plaży. Jakieś 200 metrów przed nami znajdowała się dosyć duża wyspa. To właśnie w niej była Lodowa Jaskinia. Oczywiście, dzieliło nas od niej morze.
- Tu wszędzie jest płytko. - powiedział Chad. - Jeśli zdejmiemy buty i podciągniemy spodnie, z łatwością przejdziemy.
Tak więc zrobiliśmy, jak radził Chad. Woda w morzu była przyjemnie ciepła w tamtym miejscu, ze względu na porę roku, no i głębokość. Całkiem przyjemnie się szło, oprócz momentu, kiedy zabłąkany Krabby uznał, że będzie fajnie, jeśli uszczypnie mnie w stopę. Nie było fajnie.
Po parunastu minutach dotarliśmy do wyspy. Usiadłem na piasku, złorzecząc pod nosem, po czym wyjąłem z plecaka plaster. Rana może i nie była duża, ale szczypała, ze względu na słoną wodę.
Kiedy już wszyscy wysuszyliśmy nogi i założyliśmy buty, nadszedł czas na wejście do jaskini. Gdy znaleźliśmy się w środku, od razu ogarnął nas ziąb. Przechodnie mieli rację, co do temperatury. Musiałem zapiąć koszulę, a Chad schował ręce do kieszeni. On i Joey pożałowali, że założyli krótkie spodenki.
Wędrowaliśmy spory kawałek czasu, nie napotykając żadnego Pokemona. Szczerze mówiąc, byłem bardzo zawiedziony. Jeśli wierzyć słowom tamtych ludzi, powinniśmy już natrafić przynajmniej na Snorunta, albo chociaż Zubata!
Tymczasem, jedyne co się stało, to Joey potknął się o kamień i pojechał parę metrów do przodu na śliskiej powierzchni. Jawie i Banette zaczęli bawić się w to samo. Joey wstał, lekko obrażony, że Pokemony sobie robiły z niego żarty. Ruszyliśmy dalej, zachęceni nieobecnością Pokemonów, zeszliśmy niżej...
- Shubi, może... - zaczął Chad, zatrzymując się i odwracając. Dobrze zrobił, ponieważ o miejsce, gdzie właśnie miał stanąć, rozbiła się lodowa kula.
Przestraszony chłopiec odwrócił się. Na ścieżce stał dziki Snorunt i charczał na nas groźnie. Mimo woli, cofnąłem się o krok. Chad sięgnął do paska.
- Naprzód, Snorunt!
Pokemon Chada wyszedł naprzeciw swojego kuzyna. Musiałem przyznać, że Chad rzadko używał Snorunta, więc Pokemon mógł być słabszy od dzikiego przedstawiciela tego gatunku.
- Ostrożnie, Chad!
- Wiem, Shubi! Snorunt, lodowy wiatr!
Snorunt Chada zaatakował, natomiast dziki Pokemon uskoczył... A podopiecznego chłopca uderzyła lodowa kula, nokautując go. Obejrzałem się, żeby dostrzec, co zaatakowało Snorunta. W pewnej odległości od nas stały dwa Sneasele i jeden Spheal. Dwa wyższe Pokemony jak na komendę zaczęły przygotowywać atak cienistej kuli. Najwyraźniej nie chciały nas tam widzieć!
- Atak, Jawie!
- Ty też, Banette!
Sayo pierwszy raz użyła tego Pokemona. Byłem ciekaw, jak nim pokieruje.
- Jawie, wodna broń!
- Cienista kula, Banette!
Wszystkie ataki uderzyły w siebie jednocześnie, wywołując niegroźną eksplozję.
- Szybko, póki są skołowani! - zawołał Joey. - Zwiewamy!
Złapałem Jawiego, a Banette usadowił się na ramionach Sayo, po czym nawialiśmy. Snorunt Chada biegł obok niego. Biegliśmy przed siebie spory kawał drogi, gdy doszliśmy do pewnego strasznego wniosku.
- Niemożliwe... - rzekłem, dysząc ciężko. - Przecież przyszliśmy z tej strony...
- Może coś nam się pomyliło... - powiedział Chad, opierając się o ścianę. Byliśmy zmęczeni biegiem. - Musieliśmy źle skręcić. Nie widzę wcale wyjścia. - dodał po chwili.
Rozejrzałem się bezradnie. W każdej chwili mogły nas zaatakować lodowe Pokemony.
- Nie jesteśmy tu mile widziani... Trzeba znaleźć wyjście. - rzekłem sam do siebie.
- Shubi, ja się zastanawiam, czemu tutejsze Pokemony są takie agresywne. Przecież nic im nie zrobiliśmy..
Zastanowiłem się nad tą kwestią, ale nic rozsądnego nie przychodziło mi do głowy. Oprócz rozwiązania problemu.
- Chyba wiem, jak możemy się stąd wydostać. Z którejś strony musi wiać tu wiatr, co nie? Czujemy powiew. Wiatr wieje od wyjścia.
- Dobry pomysł, Shubi... Wiem, kto wyczuje wiatr! Naprzód, Castform!
Mały duszek opuścił Pokeball. Zamiast zadrżeć z zimna, uśmiechnął się szeroko do Chada.
- Tak, Castform, też się cieszę, że cię widzę. Czy możesz coś dla mnie zrobić? Musimy wiedzieć, skąd wieje wiatr. Pomożesz nam?
Duszek zamknął oczy, myśląc przez chwilę... A może właśnie używał swojej mocy? Po chwili otworzył ślepka i poszybował jednym z korytarzy. Ruszyliśmy za nim, pełni dobrych przeczuć.
Niestety, Castform nie doprowadził nas do wyjścia, chociaż musiałem przyznać, że na pewno się starał. Znaleźliśmy się w wielkiej grocie, która na pewno była w samym centrum Lodowych Jaskiń. Nie mieliśmy pretensji do Pokemona, że nie udało mu się nas wyprowadzić, ponieważ do groty prowadziło mnóstwo tuneli i przez wiele z nich wpadał wiatr.
A sama grota wyglądała bardzo ciekawie. Przez szczeliny w sklepieniu wpadały promienie słoneczne, które, po odbiciu się od lodu, pokrywającego wszystko, oświetlały wnętrze. Na ścianach połyskiwało mnóstwo kamieni szlachetnych, oraz muszelek. W grocie znajdowało się jezioro słonej wody, tworzące parę przejść i wysepek. Doszedłem do wniosku, że żyjącym tam Pokemonom musiało być bardzo dobrze.
A właśnie Pokemonów było tam sporo.
Chad zawrócił Castforma i cofnęliśmy się do wyjścia, łudząc się, że nas nie zauważyły. Niestety, Spheale pływające w jeziorku dostrzegły nas, tak samo jak Zubaty, wyczuwające wszystko echosondą. Mieliśmy już odwrócić się i zwiewać, ale za nami dotarły korytarzem dwa Sneasele, Spheal i Snorunt - nasi wcześniejsi znajomi. Chcąc uniknąć ataku, który właśnie szykowali, wybiegliśmy z tunelu i niefortunnie ześlisnęliśmy się na sam środek groty.
- To koniec... - jęknął Chad.
- Wcale nie! - stanąłem na nogi i wskoczyłem na jedną z wysepek, unikając lodowej kuli. - Nie poddam się! To są tylko Pokemony! Naprzód, Breloom!
Roślinny Pokemon wyszedł z Pokeballa i stanął na kamieniu, prezentując się.
- Shubi, przecież wiesz, że roślinne Pokemony przegrywają z lodowymi!
- Tak, Chad, ale ty też wiesz, że lodowe przegrywają z walczącymi! Breloom, szybkie uderzenie!
Pokemon odrzucił Spheala, który już szybkował się do rzucenia lodowej kuli.
W tym samym momencie parę Golbatów i sporo Zubatów rzuciło się na Sayo, Chada i Joey'ego.
- Zostawcie nas! Wychodźcie, Plusle, Minun!
Kiedy Pokemony opuściły Pokeballe, od razu wzięły się do dzieła: odstraszały nietoperze szokami elektrycznymi. Moi przyjaciele postanowili tak samo się bronić, jak ja.
- Idź, Raticate!
- Naprzód, Snorunt!
Walka się zaczęła. Kazałem Jawiemu trzymać się mnie, gdy wydawałem polecenia Breloomowi. Roślinny Pokemon skutecznie odstraszał wszystkich przeciwników. Pokemony Sayo i Joey'ego również radziły sobie całkiem nieźle.
- Snorunt, lodowy wiatr! Nie, zostawcie go! Odejdźcie!
Kątem oka zobaczyłem, że Chad biegnie na pomoc Snoruntowi, którego zaatakowało około 20 Zubatów. Nie mogłem długo patrzeć, gdyż Breloom prawie został zamrożony przez wrogi atak.
- Nie poddawaj się, Breloom! Teraz...
Nie zdążyłem wydać komendy, gdyż lodowa kula uderzyła mnie z całej siły w brzuch. Straciłem równowagę i wpadłem do jeziora. Przez chwilę nic nie czułem. Później pomyślałem, że pewnie doznałem wtedy szoku termicznego. Pamiętam, że zanurzyłem się w lodowatej wodzie i opadałem na dno, patrząc w kierunku powierzchni. I wtedy to zobaczyłem. Kawałek materiału, przepływający na wysokości moich oczu. Wyciągnąłem rękę, żeby go pochwycić. Był niebieski. Znajomo niebieski. Poczułem, że gotuję się wewnątrz z wściekłości, co dodało mi sił. Wynurzyłem się z wody i wspiąłem się s powrotem na wysepkę. Niestety, nie miałem sił, żeby wstać, więc obserwowałem, co się działo.
Joey i Sayo walczyli, całkiem nieźle. Natomiast Chad własnym ciałem ochraniał Snorunta. Niestety, chłopiec nie mógł walczyć jak Pokemon, więc kiedy Golbat zadrasnął go skrzydłem w policzek, a parę kropel krwi poleciało na Snorunta, Chad złapał ręką za ranę i syknął z bólu. Zupełnie zapomniał o pozostałych Pokemonach. Wyraz pyska Snorunta był wtedy nie do opisania. Nigdy nie widziałem takiej wściekłości na obliczu Pokemona... Albo sobie w tamtej chwili nie przypominałem. W każdym razie, Snorunt wyskoczył w powietrze i wypuścił lodową kulę, nokautując Golbata. Następnie zalśnił i ewoluował. W Glalie, lodowego Pokemona, jednego z najcięższych stworków. Teraz nowy Pokemon Chada ochraniał swojego trenera, używając całej swojej mocy.
W tym momencie poczułem, że coś mnie szturcha w ramię. Spojrzałem w tą stronę, ale okazało się, że był to tylko Jawie. Totodile zmartwił się moim stanem i chciał mi pomóc. Już chciałem mu powiedzieć, żeby uciekał i się schował, gdy zorientowałem się, że ciężko mi mówić i wykonywać jakiekolwiek ruchy. Do pasa ciągle byłem zanurzony w lodowatej wodzie. Wtedy pomyślałem, że umrę z wyziębienia organizmu. No, może nie pomyślałem dokładnie tak, ale byłem świadom, że śmierć wreszcie nadchodzi.
Tymczasem lodowe Pokemony wystawiły ciężką broń. W jeziorze pojawiły się Sealeo, wśród nich jeden odznaczający się. Zazwyczaj Sealeo bywają niebieskie, natomiast ten jeden był nie tylko od nich większy, ale także miał kolor fioletowy. Wszystkie Sealeo, jak na komendę, zaatakowały promieniem jutrzenki.
- Jawie... musisz coś zrobić... trzeba ratować... zrób... hiper promień...! - wykrztusiłem do Pokemona.
Jawie posłusznie stanął przodem do Sealeo, otworzył pyszczek i wypuścił Hiper Promień. Jednak stało się to, czego się najmniej spodziewałem. Atak ten był dla Totodile'a zbyt silny! Promień wprawdzie wystrzelił, ale odbił Jawiego do tyłu i wycelował w sklepienie jaskini, rozwalając je. Wszyscy zatrzymali się, patrząc, co się dzieje. Skalne odłamki spadały wokół nas. Breloom skakał nade mną, rozwalając te, które groziły mi, natomiast Glalie, używając swojej mocy, osłonił Chada, Sayo i Joey'ego.
W pewnym momencie zauważyłem, że ze sklepienia odrywa się wielki kawał kamienia, dokładnie nad niezwykłym Sealeo. A że Pokemon już był przygnieciony przez inny kamień, nie mógł uciec. Zostało mi tylko jedno.
- Trzeba... go ocalić... - jęknąłem, sięgając do paska. - Poke... ball... naprzód...!
Piłka poleciała w kierunku fioletowego Sealeo, zamknęła go w środku i znikła dokładnie w momencie, gdy wielki głaz roztrzaskał się w tamtym miejscu. Jawie pozbierał się, po tym, jak Hiper Promień wgniótł go w ziemię i spojrzał na mnie. A ja czułem się coraz gorzej, gdy nagle...
- Shubi, zobacz! - krzyknęła Sayo.
Nie miałem siły się odwrócić i odpowiedzieć. Zobaczyłem jednak to, co na pewno miała na myśli dziewczyna. Dokładnie przede mną, w odległości parunastu metrów, unosił się parę centymetrów nad ziemią bardzo dziwny Pokemon. Wyglądał jak robot, ale był zrobiony z lodu i wprost czuło się od niego przeraźliwie niską temperaturę.
- Regice! - krzyknął Chad. - Czytałem o nim w Legendach Pokemon!
- Regiiiiiiiii ice! - Pokemon ten wydawał odgłosy przypominające robota. Przestraszyłem się go, ale nie miałem siły się ruszyć.
Nagle Regice zrobił coś dziwnego. Jego ciało zaczęło błyszczeć mniej, a woda w jeziorku zrobiła się cieplejsza. Może mi się tylko wydawało, ale i mnie było cieplej!
Nie wydawało mi się. Lód wokół Regice zaczął topnieć. Pokemon nie tylko ogrzewał wodę, ale także i mnie. Czułem, jak wypełnia mnie energia. Podniosłem się i stanąłem na wysepce. Odetchnąłęm głęboko. Jawie wskoczył mi na ręce, a Breloom ciągnął mnie za rękaw, domagając się pieszczot, więc go pogłaskałem. Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu, po czym spojrzałem znowu na Regice. Pokemon przywrócił już poprzednią temperaturę Lodowej Jaskini.
- Regiiiii iiiii iiiice! - zgrzytnął lodowy robot, wskazując ręką jeden z korytarzy, na pewno prowadzący do wyjścia, po czym oddalił się, znikając w innym. Wtedy zauważyłem, że znikły także wszystkie inne Pokemony. Odwróciłem się do przyjaciół. Sayo i Joey patrzyli z otwartymi ustami za Regice, a Chad głaskał Glalie pomiędzy rogami.
- No to co robimy? - krzyknąłem do przyjaciół. - Wychodzimy stąd! Muszę dać komuś nauczkę!
Obiecując Zespołowi Aqua zemstę za ingerowanie w środowisko Pokemonów, schowałem kawałek materiału do kieszeni, po czym wszyscy wyszliśmy z Lodowej Jaskini i popłynęliśmy na Wailordzie prosto do Sootopolis...

Powrót do góry

Rozdział 70 - Łódź podwodna

Płynęliśmy na Wailordzie w kierunku Sootopolis, a ja rozmyślałem nad przygodą w Lodowej Jaskini. Kolejny raz prawie pożegnałem się ze światem, tym razem przez wychłodzenie. Gdyby moi rodzice wiedzieli o tym wszystkim, nigdy nie pozwoliliby mi ruszyć się z domu. Na szczęście, nikt ich jeszcze nie uświadomił.
Chad wypuścił Marilla z Pokeballa i nauczał go nowego ataku, a Sayo rozmawiała z Joey'em. Przyjemnie było płynąć sobie na wielkim Pokemonie. Wiatr wiał w twarz, wodne Pokemony ciekawie nam się przyglądały, a Wingulle szybowały ponad falami. Nawet Jawiem nie musiałem się przejmować, ponieważ zajął się nim Banette, pokazując mu atak wywołania płomieni.
Wyjąłem z kieszeni niebieski kawałek materiału. Zespół Aqua... Zapłaci za to. Niszcząc środowisko naturalne dzikich Pokemonów, niszczymy także nasze własne. Ludzie muszą nauczyć się żyć w zgodzie z Pokemonami. Bez tych stworków nasze życie byłoby praktycznie niemożliwe.
Przeciągnąłęm się i rozłożyłem na grzbiecie Wailorda. Kiedyś dam nauczkę Zespołowi Aqua, pomyślałem. Ale zaraz po tym, jak zniszczę Zespół R. W ogóle, to jest ze mnie bardzo zajęty trener. Zaśmiałem się na tą myśl.
Nagle Wailord zatrzymał się gwałtownie, zupełnie jakby w coś uderzył. Chad w ostatniej chwili przytrzymał Marilla, a Banette złapał Jawiego.
- Wailord, co...? - zaczął Joey, ale nie dane mu było dokończyć.
Z wody wynurzył się peryskop. A na nim było niebieskie A - znak Zespołu Aqua. Musieli mieć łódź podwodną. Peryskop nie był skierowany w naszą stronę, ale lada chwila mogli nas zauważyć. A gdyby zobaczyli mnie... Marny byłby nasz los. Musieliśmy się ukryć, ale na środku morza ciężko znaleźć jakąś kryjówkę.
- Marill... Teraz atak mgły! Tak, jak cię uczyłem! - poinstruował Pokemona Chad.
Wodna mysz nabrała powietrza w płuca i dmuchnęła mgłą. W parę chwil wokół nas widoczność zmalała niemal do zera. Chad jednak był dobry w uczeniu Pokemonów.
- Miejmy nadzieję, że uznają to tylko za przypadek... Że na przykład uderzył w nich dziki Pokemon... - mruknęła Sayo.
Ja też miałem taką nadzieję.
Na nasze szczęście, peryskop znikł po chwili pod wodą. Łódź podwodna musiała zostać pokierowana na dno.
Marill przestał wywoływać mgłę, a Chad odetchnął.
- Ufff... Niewiele brakowało.
- Owszem. - rzekłem - Ale nie mogę ich puścić wolno! Muszę coś zrobić, ale co...?
- Jeśli chcesz zanurkować - wtrącił się Joey - to użyj Jawiego. A ja pożyczę ci taki mały, zmyślny aparacik tlenowy, co ty na to?
Uśmiechnąłem się szeroko. Joey był dobrze przygotowany!
- Daj go! - rzuciłem szybko. Jawie już był gotowy do nurkowania.
Joey pogrzebał w plecaku, po czym rzucił mi aparacik. Zrzuciłem z siebie tylko koszulę, wsadziłem urządzonko do ust, po czym wskoczyłem razem z Jawiem do wody.
- Shubi, poczekaj!
Obejrzałem się. Sayo stała wyprostowana na grzbiecie Wailorda, co było nie lada wyczynem. W ręku trzymała Pokeball.
- Idę z tobą, Shubi, nie puszczę cię samego! Idź, Lanturn!
Elektryczna ryba pojawiła się obok mnie i Jawiego. Totodile był zadowolony z towarzystwa. Ponieważ aparacik tlenowy umożliwiał rozmowy, mogłem co nieco krzyknąć do Sayo.
- Ale Sayo! Przecież nawet nie masz aparatu tlenowego!
- Właśnie, że mam, Shubi. - odpowiedziała dziewczyna, biorąc urządzenie od Joey'ego. - Dzięki, Joey, kochany jesteś.
Po chwili razem z Sayo nurkowaliśmy w poszukiwaniu łodzi podwodnej. Byłem zaskoczony determinacją zwykle niezdecydowanej dziewczyny. Ale, jak to czasem bywa, nawet ktoś, kogo bardzo dobrze znasz, potrafi cię zaskoczyć.
Powoli nurkowaliśmy coraz głębiej. Na szybsze nurkowanie nie mogliśmy sobie pozwolić ze względu na ciśnienie. Coraz bardziej żałowałem tej heroicznej decyzji. Może lepiej było wrócić na powierzchnię i darować sobie...?
I w tym właśnie momencie, kiedy to pomyślałem, zobaczyliśmy z Sayo zarys potężnej łodzi podwodnej. Podpłynęliśmy bliżej, trzymając się naszych Pokemonów.
- Eee... Sayo? Ja nie pomyślałem o tym... jak się dostaniemy do środka? - rzekłem cicho.
Dziewczyna najwyraźniej też miała ten sam problem. Popłynęliśmy jeszcze głębiej i znaleźliśmy się pod łodzią, szukając drzwi, okna, włazu, czegoś w tym rodzaju. Nic. Nasza wyprawa miała okazać się bezsensowna? Na pewno nie!
- Sayo, musimy się koniecznie dostać do środka... Nie wiem, jak... Chyba się nie przebijemy, za grube metalowe ściany.
Dziewczyna spojrzała jeszcze raz na łódź, po czym powiedziała szybko:
- Shubi, a luki torpedowe? Jeśli mają coś w tym rodzaju, to na pewno można się przez nie dostać do środka!
- Świetny pomysł!
Poinstruowaliśmy Pokemony i podpłyęliśmy do łodzi z przodu. Mieliśmy szczęście, że akurat Zespół Aqua nie chciał nigdzie płynąć... Bardzo szybko znaleźliśmy dwa wielkie luki torpedowe. Trochę przerażała mnie perspektywa wślizgiwania się do takiego miejsca, ale nie było wyjścia. Oznajmiłem Sayo, że wchodzę pierwszy, po czym to zrobiłem, w duchu modląc się, żeby nie zechcieli wystrzelić torpedy. Sayo zawróciła Lanturna, po czym weszła za mną.
Tunel nie był długi, ale zakręcał lekko ku górze. Było to zrozumiałe, gdyż nie można było pozwolić na zatopienie łodzi podczas załadowywania torpedy. W luku tworzyła się poduszka powietrzna, dzięki której mogliśmy wyjąć aparaciki tlenowe z ust. Przy pomocy szczęk Jawiego otworzyliśmy właz. Mały Pokemon pierwszy wyjrzał na zewnątrz, a kiedy oznajmił nam, że teren czysty, wyszliśmy i my. Oboje trzęśliśmy się z zimna.
- Nie wiem, jak ty, Sayo... Ale dla mnie ta woda nie była zbyt ciepła...
- Racja, Shubi... - odpowiedziała dziewczyna, po czym rozejrzała się.
Pomieszczenie, w którym się znajdowaliśmy, nie było zbyt wielkie. Służyło tylko do załadowywania torped i porozumiewaniu się z górą.
Widząc, że Jawie za bardzo się rozhasał, przywołałem Pokemona do porządku, po czym podszedłem powoli do drzwi, nasłuchując. Gdy nie usłyszałem żadnych dźwięków, skinąłem lekko głową na Sayo.
- Chyba droga wolna... Jawie, wyjrzyj, ale ostrożnie...
Uchyliłem lekko drzwi. Pokemon wyjrzał na zewnątrz, po czym oznajmił, że teren czysty. Razem z Sayo wyszliśmy za nim i przechadzaliśmy się korytarzem. Przejście to znajowało się pewnie dokładnie na środku łodzi, gdyż po obu jego stronach znajdowało się mnóstwo drzwi. Przechodząc, odczytywałem szeptem plakietki, które wszędzie wisiały.
- Magazyn... Magazyn... Skład... Pralnia... Pralnia! Sayo! Mam pomysł, chodź!
Oboje weszliśmy do pralni. Szczerze mówiąc, byłem pod wrażeniem. Ta łódź była tak wyposażona, że można było w niej bez przeszkód zamieszkać! Pewnie nieco dalej znajdowała się kuchnia, a później może i kręgielnia...
Rozejrzałem się po pomieszczeniu. Na półkach znajdowały się porządnie złożone niebieskie uniformy, a przy samej ścianie mocno przymocowany rząd pralek.
- Shubi, one są bardzo nowoczesne... Możemy uprać nasze ubrania i od razu je wysuszyć! Szczerze mówiąc, nawet chętnie bym skorzystała z tego, bo moje ciuchy już sztywne od soli...
Przekręciłem kluczyk w zamku, zamykając pralnię.
- Czego sobie życzysz... - powiedziałem, mrugając okiem do przyjaciółki.

***


Pranie i suszenie naszych ubrań trwało zaledwie 20 minut. Wcześniej nie rozumiałem podziwu dziewczyny do zwykłej pralki, ale teraz zrozumiałem i ja.
Mieliśmy już wyjść, gdy wpadłem na jeszcze jeden pomysł.
- Sayo, a może załóżmy na nasze ubrania uniformy Zespołu Aqua, co? Dzięki temu będziemy mogli poruszać się tutaj niepostrzeżenie.
Dziewczyna zgodziła się na propozycję, po czym szybko założyliśmy uniformy na nasze ubrania. W samą porę, gdyż ktoś dobijał się do środka.
- Ej tam! Otwierać! Nie wolno się zamykać od środka! - krzyczał ktoś, waląc w drzwi.
Próbując zachować zimną krew, podszedłem do drzwi i otworzyłem je. Natychmiast do pralni wpadł nieco wkurzony Aqua i wszczął awanturę.
- Shelly wielokrotnie powtarzała, żeby nie zamykać żadnych drzwi na klucz! Chyba szukacie kłopotów, rekruci!
Nie wiedzieliśmy, co powiedzieć, więc tylko staliśmy i słuchaliśmy, co Aqua miał do powiedzenia. Trwało to może z dziesięć minut, ale po pierwszych czterech nam się znudziło. Czekałem tylko, aż się wygada, po czym coś wreszcie zrobi. Niestety, Aqua miał dużo do powiedzenia, a swoją przemowę skończył wypchnięciem nas z pralni i zamknięciem się w niej na klucz.
- Palant. - skwitowała to Sayo, przez co nie mogłem się powstrzymać od parsknięcia śmiechem.
Ruszyliśmy wzdłuż korytarza. Jawie siedział na moim ramieniu i starał się wyglądać na groźnego. Cieszyłem się, że Banette został na Wailordzie, gdyż mógł zdrowo namieszać z tym swoim wesołym zachowaniem.
Po chwili znaleźliśmy schody prowadzące na wyższe partie łodzi.
- Shubi, czego właściwie szukamy? Chyba nie chcemy zniszczyć łodzi? - zapytała Sayo.
- Nie, oczywiście, że nie. Chciałem wybadać, jakie są plany Zespołu Aqua, może uda się je pokrzyżować... Na pewno znając je, będziemy mieli pewną przewagę.
- Czy nie przesadzasz z udawaniem bohatera?
Westchnąłem ciężko.
- Przesadzam, Sayo... Przesadzam...
Powoli wspinaliśmy się po schodach. Kierowaliśmy się nosem Jawiego. Na nasze szczęście, mały Pokemon miał dobry węch i zaprowadził nas do pomieszczenia, w którym znajdowało się najwięcej członków Zespołu Aqua.
Stanęliśmy pod drzwiami do największego pomieszczenia w łodzi podwodnej. W środku znajdowało się conajmniej czterdziestu ludzi, chociaż mogłem się mylić.
- Może uda nam się wśliznąć... Zdaje się, że mają zebranie, bo rzadko kogo spotykaliśmy... - szepnęła Sayo. - Powinno się udać...
Chciałem uchylić lekko drzwi, ale uznałem, że lepsze będzie pewne zachowanie. Zawsze przecież można było odegrać numer "pomyłka, nie te drzwi".
Wziąłem głęboki oddech i śmiało pchnąłem drzwi, wchodząc do środka. Nikt nie zaprotestował, więc za mną weszła i Sayo. Znaleźliśmy się w całkiem sporym i podłużnym pomieszczeniu. Nie było żadnych okien, na środku znajdowała się wielka mapa Hoenn, a wokół niej stłoczeni byli członkowie Zespołu Aqua. Nikt nie zwrócił uwagi na nas, gdy weszliśmy, więc pospiesznie zmieszaliśmy się z tłumem, jednocześnie się nie rozdzielając. Udało nam się nawet dopchać do mapy i dotarły do nas strzępki jakichś instrukcji wydawanych przez jakąś młodą kobietę, najpewniej Shelly, wspomnianą przez palanta z pralni.
- ...i dlatego to musi się udać. Od wielu miesięcy żaden plan się nie powiódł! Góra Chimney, wyłapywanie Tropiusów, złapanie Moltresa... Wszystkie plany spaliły na panwece. Przez jednego dzieciaka. No, ale nie możemy go niestety winić za to, że nie mogliśmy założyć bazy w Lodowej Jaskini... Kto by pomyślał, że lodowe Pokemony są tak przywiązane do terytoriów? W każdym razie, dobrze, że przynajmniej kradzież tej łodzi się powiodła. Założymy bazę na dnie oceanu, tam nikt nie trafi... A potem będziemy kraść Pokemony z Lilycove, Rustboro, Mossdeep, Sootopolis i Pacifidlog... W miarę, jak będziemy je szkolić, nasz zasięg rozciągnie się na Dewford i tak dalej... A jak wpadnie nam w łapy ten dzieciak z tym małym, wkurzającym Totodilem, to...!
Nie dowiedzieliśmy się, co się stanie, bo na nasze nieszczęście, Jawie postanowił zawalczyć o swój honor... Wskoczył na mapę i wyszczerzył groźnie kły na Shelly. Kobieta spojrzała na Totodile'a zaskoczona, po czym jej wzrok spoczął na mnie.
- Ty. Nie znam cię. Kim jesteś, mów. - rozkazała.
- Ja jestem... yyy... Sh... Shelby! - wyjąkałem. - Tak, Shelby... I jestem tu nowy.
- Czy naprawdę uważasz, że jestem taka głupia...?
- Prawdę mówiąc, uważam, że jesteś jeszcze głupsza! - krzyknąłem, już zdenerwowany. Jawie wskoczył mi na ramię. Dopiero wtedy dotarło do mnie, na jakie niebezpieczeństwo nas naraziłem. Sayo stanęła bliżej mnie, a pozostali członkowie Zespołu Aqua odsunęli się, sięgając po Pokeballe. Shelly szybko wydała rozkaz.
- Złapcie ich i odbierzcie im Pokeballe!
Paru Aqua od razu podbiegło i odpięło mi pasek z Pokeballami, Sayo też zabierając. Jawie szybko został związany i rzucony pod ścianę, przy czym pisnął żałośnie.
- Dzieciak bez Pokemonów jest tylko zwykłym dzieciakiem, prawda? - powiedziała z uśmiechem Shelly, kiedy przytrzymywało mnie dwóch dorosłych Aqua. Nie miałem ochoty jej odpowiadać. Byłem taki wściekły, że gdyby mój wzrok mógł palić, Shelly byłaby kupką popiołu. Ale niestety, nie była.
- Pozbądźcie się ich... Szybko i bez śladu. - rozkazała.
Nie traciłem zimnej krwi. Spojrzałem na mój pasek z Pokeballami trzymany przez jednego Aqua i oceniłem odległość... I kopnąłem w niego, odczepiając jeden Pokeball, a tym samym, otwierając go! Ze środka kuli wyszedł Gligar.
- Gligar, pomóż! Użyj trujących kolumgfmgg...! - nie dokończyłem komendy, gdyż Aqua zasłonił mi usta.
Mimo tego, Pokemon zrozumiał komendę i przypuścił atak na Shelly. Niestety, kobieta odskoczyła na bok i wysłała przeciwko Gligarowi Sealeo. Mój Pokemon nie mógł walczyć, jeśli nie wydawałem mu komend!
- Naprzód, Jolteon! Piorun kulisty! - usłyszałem krzyk Sayo.
Zerknąłem w bok i ujrzałem jak obok dziewczyny unosi się Pokeball, a po chwili otwiera się, wypuszczając Jolteona. To było niesamowite!
Elektryczny Pokemon Sayo zaatakował Sealeo, pokonując go prawie od razu. Niestety, zrobiło się nieciekawie, gdyż wszyscy Aqua sięgnęli po Pokeballe, wypuszczając Carvanhy, Sharpedo, Zubaty, a niektórzy mieli nawet Tentacruele i Mightyeny! Gligar i Jolteon nie mogli walczyć z tyloma przeciwnikami na raz... Nawet Banette, którego obecność odkryłem, bo kto niby podał Sayo Pokeballa?
Nasza sytuacja wydawała się beznadziejna, ale...!
- STAĆ!!! - krzyknął ktoś.
Wszyscy Aqua odwrócili się, jak na komendę. Za Shelly stał jeszcze jeden Aqua... I to on krzyknął. Kiedy wszyscy zwrócili na niego uwagę, zdjął uniform... Tak samo, jak my, miał pod nim inne ubranie... Niebieski, stylowy garnitur! A kiedy zdjął czapkę, jego siwe włosy uformowały się w postawioną na żel wymyślną fryzurę.
- Zostawcie ich...
- A kimżeś jest, dziadku, żeby nam rozkazywać? - sptała drwiąco Shelly.
- Jestem Juan... Lider areny w Sootopolis!
Na tą wieść po prostu mnie zatkało... Ale nie tylko mnie! Zespół Aqua nie wiedział, co ma zrobić. Juan błyskawicznie sięgnął do kieszeni i wyciągnął Pokeball.
- Idź, Luvdisc, pokaż im puls wodny!
Z Pokeballa wyskoczył mały różowy Pokemon, o kształcie serduszka. Jak dla mnie, nie wyglądał na silnego, ale pozory mogą mylić. I tak też sie okazało. Luvdisc wypuścił z małego pyszczka pojedyńcze bąbelki wody, kierując je na kolejnych Aqua. Każdy Aqua, którego dotknął bąbelek, padał na ziemię zdezorientowany.
Niestety, kiedy Juan zajął się Zespołem, Shelly postanowiła się ewakuować. Do tego nie mogliśmy dopuścić! Ponieważ byłem już wolny, szybko sięgnąłem do paska leżącego obok i rzuciłem Pokeball w jej kierunku.
- Idź, Hitmonchan! Przyłóż jej piorunującą pięścią!
Hitmonchan szybko wykonał komendę i przyłożył kompletnie zaskoczonej Shelly. Kobieta padła pod ścianę, sparaliżowana. Podszedłem do niej, zrzucając po drodze uniform Zespołu Aqua.
- Pani wybaczy... ale nie jestem gentelmanem w stosunku do takich pań.
Obejrzałem się. Luvdisc Juana rozprawił się ze wszystkimi Aqua, a ich Pokemony były bezbronne. Wygraliśmy. Sayo rozwiązała Jawiego, przy okazji dziękując Banette za dobrze wykonane zadanie. Nie przypuszczałem, że ten Pokemon będzie umiał się opanować...
Nieśmiało podszedłem do Juana.
- Panie Juan... Przepraszam za moją bezmyślną akcję... Nie będę zgrywał bohatera... Ale nie mogłem się powstrzymać, po tym, jak Zespół Aqua zdenerwował Pokemony w Lodowej Jaskini... Na pewno pan miał jakiś plan, a ja przerwałem i...
- Uspokój się, Shubi. Tak wiem, kim jesteś. - rzekł Juan, mrugając przyjaźnie jednym okiem. - Tate i Liza powiedzieli mi o tobie parę dni temu. Wiem, że chcesz się pojedynkować o Odznakę Deszczu... No i wykazałeś się bohaterstwem, mimo, że tym niemądrym... - poczułem się niezręcznie. - Więc, jeśli chcesz, przyjmę twoje wyzwanie, jak tylko wrócimy do Sootopolis. Co ty na to?
- Co ja na to?! Chcę walki, to chyba oczywiste!

Powrót do góry


  • by Shubi